Muzyka

Si ascendero in caelum

To początek słów utworu, którym chciałabym się z Wami dzisiaj podzielić.

Chciałam, żeby ten blog był – tak w podtytule – o wszystkim, co dobre i postaram się być konsekwentna i nie zawsze pisać o robótkach.

Uwielbiam muzykę, a w tym moim uwielbieniu na bardzo wysokim miejscu, o ile nie na najwyższym, znajdują się utwory, w których śpiewa chór. Już dawno doszłam do wniosku, że taka muzyka najlepiej mi brzmi w kościołach, a ponieważ siłą rzeczy w kościołach wykonywana jest zasadniczo muzyka liturgiczna, czy bardziej ogólnie: sakralna, toteż najchętniej słucham właśnie takiej. Nie chcę umniejszać roli wspaniałych sal koncertowych, ale jednak chętniej słucham utworów skomponowanych specjalnie do wykonywania w kościołach.

Przykładem takiej muzyki jest niezwykły utwór młodego polskiego kompozytora, którego nazwiska nie ośmielę się odmienić, bo nie bardzo wiem jak 🙂 . Nazywa się on Szymon Godziemba-Trytek, a z tego co zdążyłam się zorientować, pisze muzykę nie tylko dla chórów i nie tylko sakralną (ale mnie właśnie ta najbardziej interesuje 🙂 ).

Si ascendero in caelum to fragment z psalmu 139, pod nagraniem znajduje się tłumaczenie, zatem ja już nie będę go tutaj zamieszczać, poza tym cały psalm jest tak piękny, że zachęcam do przeczytania (po to właśnie dodałam do niego odnośnik). Wracając do utworu, słyszałam, że do jego wysłuchania potrzeba odrobiny cierpliwości, czego ja akurat w odniesieniu do siebie powiedzieć nie mogę: mnie wciąga od samego początku, choć rzeczywiście tzw. kulminacja następuje mniej więcej w połowie. Zachwycają mnie głosy solistów, szczególnie sopran: Aleksandra Turalska. Może to dlatego, że mnie niezbyt często zachwycają solistki śpiewające sopranem, ale nie chciałabym się wymądrzać na temat technik wokalnych, bo za specjalistę się nie uważam i jakoś wybitnie się w życiu nie nasłuchałam. Napiszę tylko, że lubię głosy ciepłe, „aksamitne”, nasycone, a jednocześnie lekkie. Tak właśnie odbieram głos pani Turalskiej.

Zachwyca mnie warstwa instrumentalna w utworze, choć na ten temat już zupełnie nie powinnam się wypowiadać, z racji nieznajomości tematu. A na marginesie, brakuje mi w tym nagraniu tylko jednego: żebym mogła widzieć wykonawców, bo to zawsze jakoś tak przyjemniej, kiedy się widzi, kto gra i śpiewa oraz jak gra i śpiewa. Zapraszam do posłuchania, tylko przygotujcie się na to, że początek jest bardzo subtelny i delikatny, więc jeśli nie będziecie słyszeć dźwięku, to wystarczy podgłośnić.

Reklamy
Dziergonomia stosowana

„Jest zima, to musi być zimno”

To wiadomo. W każdym razie powinno być zimno, a jeśli zbyt długo nie jest zimno, to człowiek (mam na myśli siebie) zaczyna za tym zimnem tęsknić. Nie chodzi o przejmujące lodem wiatry, których nie lubię, ale o mróz, który poszczypie w policzki, niech nawet czasem przymrozi mózg (ja tak mam: kiedy jest już strasznie zimno, mam wrażenie, że moje zwoje zamarzają, a myślenia wystarcza mi tylko na poszukiwanie schronienia przez zimnem, choć może to już nie jest myślenie, tylko instynkt samozachowawczy).  Ale przy okazji zaświeci czasem słońce, które rozjaśnia zimowy świat, że aż razi w oczy blaskiem chrupiącego pod stopami śniegu. Ach zimo, prawdziwa, zimna, zimowa zimo ze śniegiem, jak mało cię ostatnio widuję i doświadczam!

IMG_8721.JPG
To dowód na to, że ją w tym roku widziałam na żywo, oczywiście zdjęcie jest tylko namiastką pięknego widoku, który miałam przed sobą

A jednak, czasem jedno popołudnie potrafi zmienić burą rzeczywistość we wspaniałą krainę śniegu. Wielkie płatki śniegu powoli i spokojnie opadają na ziemię i nie ważne, że to chodnik i trzeba sobie ścieżkę wydeptać, albo że jezdnia i już pojazdów nie wystarcza, żeby ten śnieg rozjeździć. Zarówno przechodnie, jak i kierowcy muszą zwolnić, kiedy zapanuje natura. Śnieg wycisza wszelkie hałasy. Uroczo wygląda na tym tle rowerzysta, który rano wybrał się do pracy swoim jednośladem, sunąc zapewne po czarnej nawierzchni, a późnym popołudniem wraca po ubitym już przez auta śniegu (bo że poza miastem rowerzysta się wybrał po śniegu, to normalne, w mieście, z uwagi na szerszą ofertę komunikacyjną, nie jest to powszechne zjawisko). Nie zdarzyło mi się oglądać scen z prowadzeniem roweru, sama z resztą po śniegu jeździłam. Z mojego okna nie widać dzieci lepiących bałwanki lub igloo, ale tej zimy po dużych opadach śniegu spotkałam bałwana, który miał chyba ze 2 metry na wysokość, a najniższa kula była pewnie toczona przez kilka osób – imponujące dzieło.

I właśnie wtedy, gdy spadnie śnieg i chwyci mróz, dostaję (a konkretnie raz się to zdarzyło) wiadomość sms od koleżanki, takiej mniej więcej treści: „Czy nie wydziergałabyś może pary rękawic dla jednego chudego Hindusa, który nie umie się ubrać na mróz?” A jakże, wydziergałabym z radością! Tylko, żeby to było szybko, bez pomiarów, to będą tzw. rękawiczki z jednym palcem (czyli z oddzielonym tylko kciukiem) i z jakiejś włóczki, którą mam. Wyciągnęłam z pudła to, co wydało mi się najlepsze (poza mohairem, którego mężczyzna mógłby nie chcieć nosić nawet pomimo ciepła, które mohair zapewnia): Czterdziestkę z Arelanu (czy tak się to odmienia?) w kolorze grafitowym, dodałam do niej czarną wełnę, bezimienną, ale bardzo grzejącą, bo to miały być bardzo ciepłe rękawiczki. Jest tam coś jeszcze, chyba cienkie szare merino z akrylem, ale teraz już nie pamiętam czy na pewno to. W dwa dni powstały szybkie rękawiczki, ciasno przerabiane, żeby wiatr zimny miał mniejsze szanse przedostania się przez nie (chciałam napisać „przezeń”, ale to się chyba odnosi do liczby pojedynczej, więc musiałam zrezygnować). Oto one: dziergane na oko, przymierzane do dłoni Męża mego (zawsze to większa szansa trafienia z rozmiarem, niż gdybym mierzyła do swojej). Fotografowane późnym wieczorem, bo zaraz potem przekazałam je koleżance, która zapotrzebowanie zgłosiła, ale za to w warunkach dla rękawiczek stworzonych – na śniegu.

IMG_8664

Oraz bez śniegu:IMG_8669

Skoro już jestem przy wyrobach o charakterze ocieplających, za jednym zamachem przestawiam skarpetki i podkolanówki, które zrobiłam dla siebie, bo mi stopy marzną, a ciepłych skarpetek mam niewiele. Te są grube i powstały w ramach wyrabiania zalegających włóczek. Na pierwszy rzut oka widać, do jakiego stopnia były to resztki – sztukowane bez głębszego namysłu, aby tylko mniej więcej do siebie pasowały. Z resztą, to nie jest odzież wyjściowo-świąteczna, więc może być trochę szurnięta 🙂 .

IMG_8733

Jeżeli chodzi o podkolanówki, Mąż mój powiedział, że kiedy je zobaczył, myślał, że to będą od dwóch różnych par. No więc nie, to jest jedna para.

IMG_8741

IMG_8739

Piętę w podkolanówkach zrobiłam według wzoru Wendy D. Johnson, ale powiem szczerze, że nie wpadłam w szał. Łączenie pięty z resztą skarpetki po zakończeniu rzędów skróconych jest bardzo widoczne, jakbym tam nie wiem ile nitek włóczki razem przerabiała. Możliwe, że jest to spowodowane grubością włóczki, że przy cieńszej wyglądało by to bardziej estetycznie – tak mi się widzi, kiedy oglądam realizacje u innych dziewiarek. Wzoru nie skreślam, bo w sumie prezentuje dość ciekawe podejście do kształtowania pięty, ale następnym razem wykorzystam go przy cieńszej nitce.

We wszystkich powyższych wyrobach oczka zamykałam po włosku – uwielbiam tę metodę.

Mam jeszcze prawie gotowe dwie czapki i chustę, ale po pierwsze: czapki są przed praniem i kształtowaniem (mam wrażenie, że potrzebują jednego i drugiego), a chusta przed blokowaniem (czeka już ponad dwa tygodnie…). To do następnego spotkania! Ja idę do kuchni szykować ciasto na chleb.

A na koniec jeszcze trochę tegorocznej zimy.

IMG_8723

 

Dziergonomia stosowana

Zaległych drobiazgów część druga

Już bardzo dawno temu moja Siostra wspaniałomyślna poprosiła mnie o czapkę. Kupiłyśmy włóczki, ale nie mogłam się wziąć do pracy z powodu zmienności wspomnianych wspaniałych pomysłów Siostry albo też braku szczegółów niezbędnych dla mnie do rozpoczęcia produkcji, kiedy już idee się jej klarowały. Kreatywność mojej Siostry, muszę to szczerze przyznać, nie zna granic, ale żeby tak jakiś konkret z tego wyniknął – to już okazało się być w moich rękach. Więc po ostatniej rozmowie (w temacie czapki), podczas której padły słowa ocierające się o konkret, a tym konkretem było coś o kształcie kaptura, przypomniałam sobie jeden znaleziony dawno temu wzór i zapewniłam Siostrę, że już ja wiem, co to będzie. I tak się zaczęła walka z czapką. Wybrana włóczka to akryl (dla tej, którą wszystko żre) Himalaya oraz Dora, które miały być przerabiane razem dla uzyskania cieplejszej materii. No więc te włóczki są w porządku, z czego Himalaya jest niezmiernie milutka, a Dora się rozwarstwia, ale to niewielki problem. Znacznie większym, zasługującym na miano kamienia u szyi (choć planowałam tę czapkę wrzucić do worka „zaległości”), okazał się sam wzór. Myślałam, że źle zrozumiałam, ale nie. Wręcz, że nie umiem estetycznie robić rzędów skróconych, ale to też nie (zrobiłam w końcu po swojemu, inaczej niż w instrukcji). Że może to przez akryl, ale to mało prawdopodobne. Bo gdybym nie zrobiła próbki…, ale zrobiłam. Według podanych dla mniejszej głowy wskazówek (są dwa rozmiary), bo mi próbka wyszła inaczej niż autorce wzoru, czapka wyszła za płytka i za krótka. To sobie pomyślałam: nie będę tak ścisło przerabiać oczek. Sprułam i zaczęłam od nowa. Nic z tego, większa, ale ciągle za mała. To sprułam raz jeszcze i nabrałam oczka na większy wymiar. Dodatkowo, już po pierwszym modelu doszłam do wniosku, że proponowane we wzorze rzędy skrócone przy mojej grubości włóczki źle wyglądają, robią się fałdy, a powinno być gładko. Wobec tego już od drugiej wersji rzędy skrócone robiłam na zasadzie „owiń i odwróć” i przynajmniej tutaj udało mi się problem rozwiązać. W międzyczasie zdążyłam zmartwić się brakiem umiejętności zrobienia i-cordu tak, żeby nie podwijał się pod spód, ale to też się okazało (w kolejnej wersji), że można inaczej, niż w instrukcji i wtedy się nie podwija. Już nie pamiętam, czy prułam trzy, czy cztery razy, ile razy do końca, a ile razy częściowo, ale byłam zdecydowana nie poddać się. Ostatecznie pozostałam przy liczbie oczek do większego rozmiaru, to już bowiem było wystarczająco, żeby czoło i kark były zakryte. Ze zmian w stosunku do instrukcji: na początku oczka nabrałam na łańcuszek szydełkowy, żeby potem i-cord robić na żywych oczkach – dzięki temu nie podwija się; zmieniłam sposób przerabiania rzędów skróconych (jak wyżej), a oczka do odjęcia zamykałam przed oczkiem owijanym (czyli: oczka, oczka, oczka, dwa razem, w&t itd.); paski do wiązania robiłam o szerokości trzech oczek, bo przy grubej włóczce z sugerowanych czterech byłyby zbyt szerokie. To chyba tyle zmian. Największą radość sprawiły mi zmieniające się kolory w nitce Himalaya 🙂 oraz listeczki i kwiatki z i-corda naszyte na czapce, chociaż ich przytwierdzanie wymagało ode mnie więcej kreatywności i pracy, niż się tego spodziewałam. Kiedy już skończyłam dzierganie, wyprałam, starannie wysuszyłam nadając odpowiedni kształt w zakresie, na jaki pozwala akryl, ucieszyłam się gotowym wyrobem, wymęczonym jakby nie było, kiedy kamień z szyi i kulę od nogi udało mi się odczepić, wtedy przymierzyłam czapkę, spojrzałam w lustro i załamałam się z lekka. Nie ostatecznie, bo to tylko robótka, ale wiecie co, żeby się człowiek tak narobił z jedną czapeczką, a tutaj… jakbym zrywkę foliową albo worek po ziemniakach na jednym boku rozpruty na głowę założyła, a podejrzewam, że satysfakcja byłaby porównywalna. Bo się okazało, że w tym kształcie to nie spełni funkcji czapki. Z powodu nabrania większej liczby oczek i uzyskania rozmiaru zdolnego zakryć czoło, wyszło mi za dużo materii w części dolnej, na karku. Nie sprawdziłam tego wcześniej, a efekt był taki, że na karku czapka odstawała. Nie mogłam na to patrzyć, a musiałam, jeśli chciałam cokolwiek zmienić. Chociaż największą miałabym frajdę, gdyby ta czapka zniknęła, jako że rzucenie w kąt problemu nie rozwiązuje. Jedyne, co mi przyszło do głowy, to wciągnięcie gumki w tę część na karku (po przyszyciu aplikacji o pruciu wolałam nawet nie myśleć). Miałam taką cienką okrągłą, a i-cordowe wykończenie całkiem dobrze do tego pomysłu się dopasowało. To, że nie unicestwiłam czapki i nie zniechęciłam się do dziergania na co najmniej kilka następnych dni, zawdzięczam niezastąpionemu wsparciu mojego Męża, który ze swoim wrodzonym opanowaniem powstrzymał mnie przed drastycznymi czynami (następnego dnia radośnie zabrałam się za golf na szyję dla Męża). Tak też zmarszczyłam tył czapki, dzięki czemu nie wygląda już tak źle, a może nawet wygląda nieźle, choć uważam, że na korzyść jej odbioru wpływa przede wszystkim ozdoba z prawej strony i wielokolorowa włóczka.

IMG_8644

IMG_8680

Z dwóch akrylowych motków zostało mi jeszcze sporo włóczki, więc zgodnie z tym, na co umawiałam się z Siostrą, zrobiłam z nich rękawiczki bez palców. A ponieważ wspominała kiedyś, jakim to wspaniałym rozwiązaniem są „zamykane” palce, dorobiłam jej takie zamykanie. Sama miałam ochotę zobaczyć, jak mi to wyjdzie, bo jeszcze takich nie robiłam. Wyszło całkiem dobrze. Najwięcej myślenia wymagało przyszycie tego zamykania do części podstawowej. Bo ja te „przykrywki” robiłam tak, jak skarpetki zaczynane od palców: nabrałam oczka metodą Judy’s magic cast on, przerobiłam jedno okrążenie na prawo, w kolejnych rzędach dodałam po kilka oczek na poszerzenie, potem przerobiłam kilka okrążeń prosto i zamknęłam oczka. „Przykrywkę” doszywałam z rękawiczką na własnej ręce, bowiem w żaden inny sposób mi to nie szło. Dorobiłam rękawiczkom jeszcze po jednym listeczku i i-cordowym zawijasie. Zostały mi dwie małe kulki – po jednej z każdej włóczki. Nad zastosowaniem myślę, jednocześnie tworząc kolejną czapkę, tym razem według własnego projektu, aczkolwiek podpatrzonego. Ale o niej napiszę, jeśli mi wyjdzie.

 

IMG_8648

IMG_8651

Podsumowanie techniczne: włóczka Madame Tricote Dora (100% akryl, 100 g = 250 m), kolor 051 (fioletowy) oraz włóczka Himalaya Everyday Rengarenk* (100% akryl anti-pilling, 100g = 250 m), kolor 70312; zużycie na czapkę i rękawiczki: po 93 g każdej (a ściślej rzecz ujmując: 92 g Dory i 93 g Everyday’a). Rozmiar na dorosłego człowieka.

{* zastanawiałam się, co to znaczy rengarenk i sprawdziłam, że to znaczy wielokolorowy, różnobarwny, pstrokaty; taka właśnie jest ta włóczka, aż miło jak się kolory tak zmieniają}

To chyba wszystko odnośnie zaległości, ale mam jeszcze dwa zagadnienia, które chciałabym poruszyć.

Pierwsze: ostatnio doszłam do wniosku, że posiadanie niedokończonych robótek to nie takie zło, jak się to czasem przedstawia. Dzięki nim nie zdarza się sytuacja, w której można powiedzieć (albo zakrzyknąć w panice), że nie mam żadnej robótki i nie wiem, co by sobie podziergać. U mnie to tak właśnie bywa, zarówno z robótkami do porobienia, jak i z książkami do poczytania. Zbliżający się koniec jedynej, jaka mi została w trakcie, powoduje nasilenie się objawów histerii, że nastąpi przerwa pomiędzy jedną a drugą, a do takich przerw nie wolno przecież dopuszczać. Chyba, że mam dość i potrzebuję krótkiej przerwy, co się sporadycznie przytrafia.

Druga: to właściwie nie zagadnienie, ale zabawna sytuacja, która się wydarzyła kilka tygodni temu. Zmywałam sobie właśnie naczynia w kuchni, kiedy z pokoju dobiegł mnie głos Męża: „coś tu sfilcowałaś” [to było po skończonym praniu]. Głos, w którym wyrażała się co najmniej dezaprobata. Ja zupełnie spontanicznie i szczerze zawołałam: „o jak super!” Na co Mąż: „no nie wiem, czy super”, tym razem z powątpiewaniem i dezaprobatą w głosie. Ja już natenczas zdążyłam dobiec do pokoju, gdzie ujrzałam Męża mego, trzymającego w rękach moje mohairowe podkolanówki, które były za duże. Teraz już nie wyglądały na za duże, ale za to były zlepione, sczepione razem na całej długości. Niewiele myśląc, bez rozczulania się nad nimi, chwyciłam je i rozdzieliłam (na siłę, przyznaję). Nic się im nie stało, poza tym oczywiście, że się sfilcowały. I teraz są w odpowiednim rozmiarze.

A nie! To nie koniec! O szybkich robótkach szybko się zapomina, a jest przecież jeszcze powłoczka na wiśniową poduszkę. Wiśniowa poduszka zawiera w swoim wnętrzu wysuszone pestki wiśni. Pestki te mają cudowne właściwości (tak przynajmniej deklarują wszyscy, którzy te poduszki rozprowadzają) – mogą rozgrzewać, mogą chłodzić, łagodzić bóle, rozluźniać napięte mięśnie. Mnie zależało na tych właściwościach rozgrzewających: wraca człowiek do domu zimą ze zmarzniętymi kończynami, na ten przykład, więc zamiast moczyć się w gorącej wodzie, rozgrzewa sobie taką poduszkę w mikrofalówce lub na kaloryferze, czy gdzie tam jeszcze instrukcja przewiduje (przewiduje obok pieca, jak ktoś ma), po czym przykłada tam, gdzie mu zimno, a poduszka oddaje ciepło i człowiek czuje się znowu świetnie, o, już może z powrotem wziąć druty albo szydełko, bo znowu ma czucie w palcach. Tak to sobie przynajmniej wyobrażam, chociaż ta konkretna poduszka nie należy do mnie, tylko do Męża, który nie dzierga, ale sama Mu kupiłam, to i obszyć się zobowiązałam. W związku z tym, kiedy jednego niedzielnego popołudnia postanowiłam zasiąść z kawą, do kawy wzięłam kilka resztek różnej maści i treści włóczek i zrobiłam powłoczkę na poduszkę. [Odnośnie niedzielnej kawy na kanapie: bez robótki ona być nie może i tym razem na szczęście szybko sobie o tej poduszce przypomniałam, bo nie zaparzyłabym kawy, zanim bym nie zorganizowała sobie robótki, to tak a propos tej wyżej wspomnianej histerii bezrobótkowej.] No dobrze, że zrobiłam to można było powiedzieć w poniedziałek, bo wtedy skończyłam. Poszło szybko, pomimo plątania się nitek – uparłam się, że się nie poddam i na tym projekcie poćwiczę żakard, który nadal stanowi dla mnie wyzwanie. Nie wiem, czy miałam dobry dzień, czy co, ale ta namiastka żakardu nie dość, że mi wyszła, w sensie – włóczka nie jest ani na luźno ani za ciasno prowadzona, to jeszcze wygląda przyzwoicie, a ja coraz łatwiej radzę sobie z dwoma nitkami jednocześnie, w szczególności z ich trzymaniem, żeby nie trzeba było na każde oczko włóczki osobno nabierać. Ach, jak wiele jeszcze przede mną, zanim żakard polubię! O ile w ogóle. Ale przynajmniej moje wielkie zniechęcenie po czarno-białych podkolanówkach przeszło 🙂 .

img_8671.jpg

IMG_8676

 

Dziergonomia stosowana

Drobiazgowo (co za słowo!), ale jak się okazuje – nie tylko

Tak sobie pomyślałam, napisawszy to słowo: drobiazgowo. Że co to za dziwne słowo, jak ono brzmi! Słowo jak słowo, a brzmi – jak brzmi. Czasem mam wrażenie, że za dużo myślenia utrudnia życie. Bo jak człowiek pisze, co ma do napisania i nie rozkłada każdego jednego słowa na czynniki pierwsze, to jest szansa, że dobrnie do końca. Ale jak zaczyna rozważać poszczególne wyrazy, czy na pewno chce ich użyć, jak to w ogóle brzmi… w ten sposób można nigdy nie skończyć, tylko wszystko skasować i dać sobie spokój.

Ja sobie spokoju nie daję, tytułu nie zmieniam. Żeby nie rozdrabniać drobiazgów, do nich właśnie przejdę.

Po ukończeniu wszystkich robótek okołoświątecznych, zmęczona nieco tempem dziergania, ale jednak dziewiarsko uszczęśliwiona, z zapałem wcale nie pomniejszonym przez napięty w grudniu grafik, postanowiłam dzielnie zmierzyć się z nieuchronnym, czyli z zaległościami i kamieniami u szyi 🙂 . Najpierw wzięłam się jeszcze za projekt rozpoczęty jesienią. Musiałam go przerwać w celu realizacji prezentów świątecznych. To nie jest drobiazg, ale wiele o nim do napisania nie mam. Tyle, że kiedy szukałam wzoru na owalny obrus, znalazłam jeden piękny i musiałam, po prostu musiałam się zań zabrać natychmiast. [Wzór pochodzi z czasopisma Anna Najpiękniejsze robótki ręczne, nr 1/1998] Chwyciwszy pierwszą lepszą włóczkę z kategorii „trzeba ją zużyć” (akurat miałam jej pod dostatkiem, tak się zdarzyło, że to była pierwsza lepsza, bo już wcześniej ją wyciągnęłam, żeby ją spożytkować), w soczyście żółtym, jakże nienoszalnym (dla mnie) kolorze, nabrałam oczka na to coś. No właśnie: co? Nad tym zbytnio się nie rozczulałam, choć z tyłu głowy kręciła mi się myśl, że dobrze by było znaleźć przeznaczenie dla produkowanej rzeczy. Ostatecznie mogła stać się kocykiem, narzutką, a po zszyciu w paru miejscach – czymś swetrowo-ponczowatym. Na pewno nie obrusem, w każdym razie, bo jak żyję, wełnianego obrusu nie widziałam, poza tym czy można by tak zmarnować właściwości grzewcze? Stół docieplenia nie potrzebuje. Nie wiem, czy to jest wełna 100%, pewnie nie, ale słuszną woń przy praniu czułam wyraźnie, ponadto gryzie nieco, więc wnoszę, że zawiera. To może narzuta na łóżko / fotel? Za małe wyszło, a nie blokowałam, bo na to z kolei wyszło za duże; musiałabym wynieść z pokoju kanapę albo stół, a to po pierwsze jest dla mnie niewykonalne, po drugie – dokąd? Bo co do spodziewanej reakcji Męża, to śmiem podejrzewać, że zgodziłby się bez wahania, a nawet pomógł 🙂 Swoją drogą, przez cały czas miałam obawy, czy mi to coś w ogóle wyjdzie, bowiem znaleziony opis nie zawiera wszystkich danych, jakich bym sobie w tym wypadku życzyła, szczególnie w zakresie nabierania oczek wokół części centralnej. Postąpiłam według własnego rozeznania i widziałam wyraźnie, że mi się niepokojąco robótka faluje i marszczy. A jednak po praniu, bez żadnych dodatkowych zabiegów poza rozwieszeniem na suszarce, wszystko się ładnie wyrównało i mniej więcej wyprostowało. Chętnie bym ten wyrób rozciągnęła do granic jego możliwości, żeby poznać te możliwości i zobaczyć, co mi wyjdzie, ale ostatecznie i bez tego naprawdę bardzo mi się podoba. Może jeszcze na coś przerobię, ale dopóki to nie nastąpi, będzie kocykiem na zimne nóżki podczas zimowych posiedzeń z drutami.

Podsumowanie techniczne: Bez żadnego naciągania i blokowania wyrób mierzy 102 x 140 cm i waży 226 g. Oczka zamknęłam sporo przed przewidywanym przez schemat końcem, ponieważ skończyła mi się włóczka (a jednak nie miałam jej pod dostatkiem), a łatanie tego żółtaszka innym kolorem zupełnie mi się nie uśmiechało. Nie wiem, ile metrów zużyłam, bo nie znałam parametrów włóczki; wygląda mi na jakieś 600 m na 100 g, ale to moje domysły. Zapomniałam, jakimi drutami dziergałam, ale najpewniej trójkami, a potem 3,25.

Sesja fotograficzna:

IMG_8696
Zbliżenie na część środkową

IMG_8693

IMG_8697
Na człowieku, zarzucone dość niedbale
IMG_8700
Nietoperzem jestem… aa

 

A teraz zaległości: ta konkretna kwalifikuje się do tej kategorii tylko ze względów prezentacyjnych – gotowa była przed Świętami, a jeszcze jej nie pokazałam. Jego, właściwie, a nie jej, bo to golfik dla trzylatka. Taka rzecz zamiast szalika. Wykonany tak, jak się robi raglan od góry. Kupiłam na ten golfik włóczkę akrylową Nako Elit 50, która jest jedną z najmilszych, z jakimi miałam do czynienia. Znalazłam ją w małej pasmanterii stacjonarnej, a wybrałam z uwagi na odpowiedni kolor, grubość oraz „niegryzącość” 🙂 [Tak przy okazji: czy ja mam jakieś zaćmienie umysłu, że nie umiem znaleźć istniejącego słowa, które by oznaczało, że włóczka nie gryzie?] Włóczkę pomagał wybierać Mąż najlepszy pod słońcem, bo ja mam trudności z określeniem, jaki kolor będzie odpowiedni dla małego chłopca. Wskazówka była taka, żeby był to kolor męski. Hmm, dla małego dziecka to i jakiś weselszy mógłby być, jak na mój gust, ale wolałam zdać się na męski punkt widzenia w tej kwestii i wspólnie wybraliśmy właśnie ten grafit. Mama trzylatka zaakceptowała wyrób. Tym golfikiem anuluję pogłoskę o tym, że szara chusta Alpejskie Łąki była ostatnim z przedświątecznych zamówień. Prawdą jest, że była wykonana jako ostatnia, ale przed nią był jeszcze ten tutaj mały bohater.

IMG_8615IMG_8618IMG_8617

Podsumowanie techniczne: włóczka Nako Elit 50, 250 m /100 g (motki mają po 50 g = 125 m), kolor nr 790 (grafitowy), zużycie 69 g. Druty nr 3,25. Rozmiar: robiłam na trzylatka, ale sześciolatek też by się nie udusił 🙂 .

I pomimo, że to jeszcze nie koniec drobiazgów, na dzisiaj kończę, bo o kolejnych robótkach, jak się okazało, jest zbyt wiele do napisania, żeby wszystko zmieścić za jednym razem.

A zatem: ciąg dalszy nastąpi 🙂

Dziergonomia stosowana

Alpejskie Łąki w szarości

To ostatnie z zamówień przedświątecznych. Na chustę w kolorze szarym, wzór miałam wybrać sama. Zamówienie od wyjątkowej osoby, dlatego bardzo chciałam, żeby ta chusta była wyjątkowa. Zdecydowałam się na jeden z najładniejszych (według mnie) wzorów: Alpine Meadows Oksany Kushchovenko. Do była moja druga wyprawa na Alpejskie Łąki i pamiętam, że tamta pierwsza chusta wyszła pięknie. Szczególnie lubię w tym wzorze pikotkowe wykończenie, które nadaje chuście elegancji. Dodatkowo księżycowy kształt jest bardzo praktyczny – łatwo się tym omotać, nawet bez oglądania się w lustrze.

IMG_8642

 

Włóczka to mieszanka merino i akrylu, delikatnie lśniąca. Nawet po praniu ten połysk jej nie przeszedł, co mnie bardzo cieszy, z kolei dodatek akrylu nie zaprzepaścił ażurowego wzoru, czego się obawiałam. Jest to cienizna, zawierająca 1250 m w 100g, ale przerabiałam ją podwójną nitką. Nie żebym miała dość cienkich włóczek 🙂 . Bardziej chodziło mi o uzyskanie mniejszej dziurowatości wyrobu, żeby chusta nie tylko wyglądała, ale i grzała konkretną ilością materii oraz żeby wyszła sporej wielkości. Pamiętam te moje pierwsze Alpejskie Łąki, które powstały z Haapsalu – włóczki nieco cieńszej od tej tutaj. Wyszły piękne, ale niezbyt duże, choć w zupełności spełniające kryteria chusty do owinięcia się. I znów muszę się przyznać, że nie doceniłam możliwości szarej włóczki: wprawdzie już przez blokowaniem chusta wydawała się wystarczająco duża, jednak po blokowaniu jest naprawdę duża. Przynajmniej w mojej noemnklaturze chusta, która ma 216 cm wzdłuż krótszej krawędzi (górnej) i 380 cm wzdłuż dolnej zasługuje na takie miano. Na szerokość mierzy 55 cm. Odnośnie blokowania, jak już wspominałam, mam do dyspozycji już nie jedną, lecz dwie karimaty, więc spokojnie i z radością (względem tego, co spodziewałam się uzyskać) przystąpiłam do nadawania chuście kształtu. Cóż, co dwie karimaty, to nie jedna, ale i te dwie okazały się niewystarczające. Na szczęście brakło dosłownie kilku centymetrów i wyznaję skruszona, że wbiłam szpilki pomiędzy klepki parkietu, co widać na jednej z fotografii, o tej:

IMG_8630

 

Bo nie po to człowiek robi te pikotki, żeby z powodu braku trzeciej karimaty nie móc ich potem wyeksponować. Gdybym z resztą nawet tę trzecią miała, to i tak nie byłoby jej gdzie położyć. Znowu konieczne byłoby przemeblowanie mieszkania. Inna sprawa, że gdy mój Małżonek najlepszy na świecie zobaczył, jak się mierzę z wyzwaniem (ale bez przesady, nie kosztowało mnie to wiele trudu), stwierdził, że będzie musiał jednak podjąć jakieś kroki w celu zorganizowania mi szerszych możliwości 🙂 . Cały czas mam w głowie drewniane stelaże do blokowania. Zobaczymy, może będzie się dało przełożyć te myśli na konkret.

Wracając do szarych łąk alpejskich, pamiętałam z poprzedniej edycji, że coś tam było, co mnie skłoniło do nie wzięcia się natychmiast po raz kolejny za ten wzór (pomijając brak zapału do dziergania dwóch takich samych chust jedna po drugiej, choćby nie wiem jak piękne były). Mam na ten temat obszerną notatkę, jednak żeby się sama nie demotywować, nie zajrzałam do niej ani przed, ani w trakcie dziergania. Ani potem, bo kiedy przyszło do pikotek, przypomniałam sobie: to one! Są naprawdę śliczne, ale nie byłam jeszcze w połowie długości dolnej krawędzi wykończenia, kiedy musiałam sobie zrobić krótką przerwę, tak miałam ich dosyć. Ale wiedziałam, że nie ma się co zniechęcać, bo efekt będzie godzien włożonej pracy, której z resztą wcale nie było jakoś specjalnie dużo.

To wszystko o tej chuście, nie wiązały się z nią żadne dramaty ani skrajne emocje. Jedyne, o czym musiałam zdecydować, to czy chcę robić wersję mniejszą, czy większą. Chciałam większą, ale z dużym prawdopodobieństwem nie wystarczyłoby mi włóczki, dlatego wybrałam mniejszą. I dobrze, myślę sobie, bo jeszcze większą chyba bym musiała blokować na suficie, jako jedynej duuużej wolnej powierzchni.

Podsumowanie techniczne:

włóczka: mieszanka wełny merino i akrylu, 1250m / 100 g, przerabiana podwójnie, zużycie 103 g (czyli pewnie jakieś 650 m podwójnej nitki)

druty nr 3,25

rozmiar gotowej chusty: 216 cm wzdłuż górnej krawędzi, 380 cm wzdłuż dolnej, 55 cm szerokości

Sesja fotograficzna:

IMG_8634

IMG_8633

IMG_8637

IMG_8638

IMG_8639

IMG_8640

IMG_8641

IMG_8635

IMG_8632

 

Dziergonomia stosowana · Muzyka

Bawełniana „Jesień”

Tak, ja wiem, że teoretycznie jest zima, ale „Jesień” to nazwa wzoru, według którego powstał obrus, który chcę dzisiaj przedstawić. Znalazłam go w zakupionej przez internet cudownej książce Wery Tuszyńskiej Serwety. Książka została wydana w 1961 roku i nosi ślady użytkowania w postaci autografu właścicielki na stronie tytułowej oraz oderwanej okładki. To jednak w niczym nie umniejsza jej wspaniałej zawartości – wzory na serwety i obrusy są tak piękne… no dobrze, może nie wszystkie mnie urzekają, ale większość chciałabym wykonać, dla samego procesu produkcyjnego chociażby.

01IMG_8550

 

Z tej właśnie książki wybrała wzór koleżanka moja, która zleciła mi wykonanie obrusu jako prezentu świątecznego dla swojej mamy. Wybrała Jesień, według mnie jeden z najpiękniejszych obrusów zaprezentowanych w książce. A ja wzięłam się czym prędzej do pracy, ponieważ spodziewałam się wielu godzin spędzonych z przepięknymi motywami i miłą w przerabianiu bawełną Maxi Altin Basak. Tak rzeczywiście było: wzór okazał się znacznie mniej skomplikowany, niż się tego spodziewałam oglądając zdjęcie w książce, jednak przerobienie 184 okrążeń zajęło mi sporo czasu. Gdyby ktoś jeszcze zapragnął obrusu według tego samego wzoru zgodziłabym się od razu, tak dobrze mi się nad nim pracowało. Tym bardziej, że mam już rozrysowany schemat. Rzecz w tym, że w książce wszystkie wzory są podane w postaci opisów słownych. Po kilkunastu pierwszych okrążeniach postanowiłam nie męczyć się nad zajmującymi po kilka linijek książkowych opisami (kilka linijek dla jednego okrążenia), tylko przerysować je sobie na kartkę w kratkę przy użyciu znanych mi symboli. Autorka zamieściła wprawdzie także opis wykonania z zastosowaniem skrótów, których rozwiązania znajdują się w książce, ale gdybym ja miała jeszcze przyswajać ten kod, to ten obrus powstałby może na Wielkanoc.

02IMG_8552
Na tej fotografii kolor jest nieadekwatny do rzeczywistego, ale ładnie mi ostrość wyszła 🙂

 

Dzierganie było dla mnie źródłem niezwykłej radości. Istnieje możliwość wykonania Jesieni w dwóch wielkościach: większy, z dodatkowym okrążeniem z liści na brzegach i mniejszy – ten, który wybrałam ja. Miałam ochotę porobić sobie jeszcze, ale w pasmanterii zabrakło kordonka w wybranym przeze mnie kolorze, ponadto obawiałam się, że poza kordonkiem brakłoby mi i czasu. Skończyłam na kilka dni przed Świętami, a przecież trzeba było jeszcze nadać memu dziełu (tak, uważam ten obrus za niezłe dziełko) kształt i przekazać do wręczenia.

Z blokowaniem nie było łatwo, ale tylko ze względu na ograniczoną powierzchnię i wspomniany już przy chuście brak karimat (dzisiaj, kiedy to piszę, mam już dwie). Tym razem ręczniki nie zdałyby się na nic, gdyż bawełniany wyrób chciałam powyciągać znacznie mocniej, niż delikatną wełenkę chusty. Obrus musiał porządnie trzymać się podłoża i jedyne, co mi przyszło do głowy – i co zrobiłam – to blokowanie na kartonach 🙂 . Już tak kiedyś wykombinowałam dla jednej niewielkiej serwetki i to był wtedy świetny pomysł. Ale obrus to nie serwetka. Musiałam tych kartonów naukładać tyle, że powyciągałam w zasadzie wszystkie, jakie znalazłam. Spisały się bardzo dobrze, a jedyne, odnośnie czego mam niedosyt, to uzyskana wielkość obrusu. Wykorzystałam całą dostępną powierzchnię, ale gdybym miała więcej czasu, poczekałabym na możliwość poprzestawiania mebli i wtedy dałoby się wyciągnąć jeszcze parę centymetrów. Zdaje mi się, że nigdzie sobie nie zapisałam średnicy, ale o ile dobrze pamiętam, było to około 130 cm. Dodam jeszcze, że przed blokowaniem wykrochmaliłam obrus w słabym roztworze z mąką ziemniaczaną. Dzięki temu jest lekko usztywniony, ale nie na tyle, by go połamać lub wybić nim okno 🙂 . Tutaj mała dygresja, bo mi się na tę okoliczność przypomniało. Będąc młodą nastolatką, wyjechałam na szkolną wycieczkę, w programie której znalazł się wyjazd do Czech. Nocowaliśmy w domkach kempingowych pod Brnem (które było przedmiotem wycieczki). Nazajutrz dzieciarnia dostała od czeskich gospodarzy zaplanowany przez organizatorów wycieczki suchy prowiant na dalszą drogę. Nie pamiętam wszystkich części składowych, ale jedno zapamiętam do tzw. końca życia – serki topione, chyba w trójkącikach, ale może w kostkach, już teraz nie jestem pewna. Serki te (topione, zaznaczam) były tak… skamieniałe, że zachwyceni i zainspirowani, jak jeden mąż zaczęliśmy nimi obrzucać siebie oraz szyby autokaru, którym się przemieszczaliśmy. Podejrzewam, że gdyby kto mocniej rzucił, poszłaby szyba w autobusie. Nie pamiętam w ogóle reakcji wychowawców. Na pewno nie zostaliśmy zbesztani, może tylko uspokojeni. Bo oni też zdaje się mieli w swoich paczuszkach te serki 🙂 .

Wracając do meritum, czyli do obrusu, z wyniku mojej pracy jestem naprawdę zadowolona. Obrus pojechał w podróż pod choinkę i wiem, że mamie koleżanki się spodobał. Ja sama nie mogłam się nim nacieszyć, dopóki był w moich rękach. Sesja zdjęciowa pochodzi w znacznej większości z kanapy w dużym pokoju. [Na kanapie, chociaż duża, niczego nie blokuję, ponieważ nie mam odwagi wbijać szpilek w miejsca, gdzie się siedzi lub śpi; no dobrze, poza karimatami, ale w nie szpilka nie wbije się bezpowrotnie, poza tym zawsze jeszcze na karimatach leży ręcznik… no dobrze, sama się pogrążam, w ręczniki i prześcieradła wbijam szpilki; ale w kanapy i łóżka nie]

 

Podsumowanie techniczne:

włóczka: Maxi Altin Basak (565 m / 100 g), 100% bawełna merceryzowana, kolor nr 9660 (w rzeczywistości, trudnej do odzwierciedlenia, jest to taki naturalny, lniany odcień, ciemniejszy niż ecru, ale nie beż, o złotawym odcieniu, widocznym w zależności od oświetlenia), zużycie: 188 g (czyli ok. 1060 m);

druty nr 3,25 (hmm, ale czy na pewno? chyba tak)

średnica: (o ile mnie pamięć nie myli) ok. 130 cm.

A na koniec,  trochę nie na temat, pozostawiam Wam utwór, za którym przepadam, który chciałam zaproponować w Adwencie przy okazji bluzki, o której wtedy pisałam (też byłoby nie na temat), ale zapomniałam. Więc teraz, proszę: Stella splendens in monte. Średniowieczna pieśń-taniec pochodzi z XV w., ze zbioru LLibre Vermell de Montserrat, jednego z najstarszych zachowanych manuskryptów zawierających muzykę. Za Wikipedią: pieśni zostały stworzone w benedyktyńskim klasztorze Montserrat. Spisano je po łacinie oraz po katalońsku dla pielgrzymów. Autorzy utworów nie są znani. Stella splendens to pieśń polifoniczna (innymi słowy: wielogłosowa, w tym przypadku głosy są dwa). Z całej mojej muzycznej części serca i duszy zachęcam do wysłuchania. Można sobie też potańczyć.

03IMG_8556

10IMG_8580.JPG

11IMG_8582

12IMG_8588

09IMG_8563

08IMG_8564

06IMG_856204IMG_855713IMG_8586

 

 

 

 

 

Dziergonomia stosowana

Wyśniona noc księżycowa

Od odwlekania nie przybędzie, a wręcz ubędzie – pamięci o tym, co mogłabym napisać o pracach, które powstały w ostatnim czasie. Nie ma tego zbyt wiele, tym razem dominowały duże formy, z czego jedna miała być normalna, ale nie doceniłam włóczki. I o tej właśnie będzie dzisiaj, bo chociaż mam ochotę uciec do drutów, na których dzieje się chusta, to jednak odwlekanie relacji z działalności dotychczasowej spowoduje tylko nagromadzenie treści do podzielenia się z Wami. Treści dzierganej rzecz jasna.

IMG_8611.jpg

Zatem chusta. Wyśniona. Właściwie to nie chusta była wyśniona, lecz włóczka, z której chusta powstała. Chustę zamówiła koleżanka jako prezent pod choinkę dla swojej siostry. To ona wybrała wzór (pochodzi z Małej Diany Extra nr 4/2012), ale to ja wybierałam włóczkę. Miała być szara i nie mohair – wiadomo więc – wełna. Postanowiłam znaleźć coś wyjątkowego i kręciłam się z tym dość długo (osiołkowi…), przede wszystkim wokół wełen o parametrach zbliżonych do 800 m w 100g. W oryginale, czyli w instrukcji chusty w gazetce, występuje włóczka mohairowa, mająca bodajże te właśnie 800 m na 100g. Nie chciałam cieńszej, żeby liście nie wyszły malutkie, ale też dlatego, że zamówień miałam więcej i musiałam z nimi zdążyć do Świąt Bożego Narodzenia. I tak się wahałam, zdecydować nie mogłam, bo a to kolor nie do końca ten (co z ekranu komputera też niekoniecznie wynika), a to gryząca (wolałam nie ryzykować i dlatego nie wybrałam estońskiej artystycznej, choć miałam na nią wielką chrapkę), a to struktura jakaś podejrzana (w mojej nomenklaturze to może oznaczać bardzo wiele, jeśli włóczki nie znam, to oceniam po wyglądzie i mam przeróżne pomysły na to, dlaczego coś mi nie pasuje). Po głowie natomiast nieustannie chodziła mi doskonała moim zdaniem, tylko zdecydowanie za cienka wełna Moon Night Lotus Yarns. Marzyłam o tym, by kiedyś dostać ją w swoje ręce, odkąd pierwszy raz ujrzałam (w internecie to było). Nie będzie niespodzianką, jeśli zakończę ten wywód tym właśnie, że się złamałam i ją kupiłam. Dwa motki po 50 g, 600 metrów w każdym. Cienka cienizna. Ale wyśniona. Ja po prostu strasznie chciałam ją mieć i coś z niej zrobić. Jeszcze przed zakupem poczytałam sobie, co ludzie piszą na jej temat, sprawdziłam jak wychodzą dziergane z niej chusty i szale, jaki rozmiar drutów najczęściej jest do niej wybierany. I tylko się tą lekturą upewniłam, że to dobry wybór, a nie jedynie moja zachcianka.

Po otwarciu przesyłki z pasmanterii patrzyłam sobie na te dwa śliczne moteczki, z lekką jednak obawą. Niby wiedziałam, że to cieniutka włóczka, ale ona jest naprawdę bardzo cieniutka i chyba w skrytości ducha miałam nadzieję, że jednak nie aż tak. Ale to nie zmieniło mojego zachwytu: kolor doskonały (nr 04) – szary o chłodnym odcieniu, mizialność na najwyższym możliwym poziomie i tak ogólnie zachwyciłam się.

IMG_8595

Niewiele więcej mogę napisać. Chusta powstawała dość długo, chociaż miała być szybką robótką, bo z tym schematem już kilka razy pracowałam. Cienkość nitki to spowodowała, że przestałam liczyć godziny nad chustą spędzone (miałam taki plan, że policzę sobie, ile mi poszczególne robótki czasu zajmują). Ale jak miło spędzone! Gdyby nie czas, który mnie naglił, zwolniłabym sobie, żeby mieć z tego dziergania jeszcze więcej radości. Z resztą, z każdym przerobionym oczkiem zbliżałam się do kolejnego projektu, którego nie mogłam się doczekać, tak bardzo mnie cieszył wzór, który był zaplanowany. W każdym razie, chusta ma więcej, znacznie więcej powtórzeń głównego wzoru (ale nie pamiętam ile), niż przewidywał to schemat, bo przecież to nie był założony przez autora chusty mohair, a i grubość nitki inna. Tutaj wracam do wspomnianej niespodzianki, jaką mi włóczka uczyniła (a swoją drogą, mogłam się domyślić, że tak się to skończy!). Otóż powtarzałam ten motyw liści więcej razy, niż schemat przewidywał i ciągle wydawało mi się, że ta chusta malutka wyjdzie, bo przecież rozciągam ją i widzę, że to takie maleństwo, a jak tu wręczyć komuś, kto zamówił, takie niewymiarowe coś, co swojej funkcji nie spełni? No nie można, więc zawzięcie dziergałam kolejne rzędy liści, aż w końcu miałam tak dość, że musiałam zaprzestać, żeby mi nauczony już na pamięć wzór nie obrzydł (szczęśliwie, nie zdążył). Poza tym nie pamiętałam, ile włóczki będzie mi potrzebne na końcową część chusty, a to – jak wiadomo – jest niejednokrotnie powodem prucia, stresu i straconego czasu, a ja nie miałam czasu do stracenia. Koniec końców, zostało mi jeszcze trochę włóczki, ale z tego, że nie kontynuowałam dziergania ucieszyłam się natychmiast po namoczeniu gotowego dzieła w wodzie z płynem do prania wełny. Napiszę więcej: ja się nie tyle ucieszyłam, co przeraziłam tym, jak mi się nagle moja malutka meduza zmieniła w… wieloryba niemalże. Wzięłam głęboki oddech, ale musiałam się nagimnastykować i uruchomić całą posiadaną kreatywność, by przy blokowaniu zmieścić ją na podłodze w dużym pokoju (na dostępnej powierzchni tej podłogi). Zwykle blokuję chusty w małym pokoju, ale w tym przypadku takie rozwiązanie nie wchodziło w grę. Największą trudnością okazał się brak trzech karimat (miałam jedną), bo tyle by chyba wystarczyło na to, co zeszło z moich drutów. Chusta po zablokowaniu mierzy 225 cm wzdłuż górnego (najdłuższego) brzegu i 103 cm na wysokość. A byłaby większa gdybym miała więcej podłogi i trzy karimaty (z naciskiem na więcej podłogi,  bo trzeba jeszcze mieć gdzie ułożyć tyle dóbr). Niemniej, jestem z niej bardzo zadowolona. Wyszła naprawdę ładna, teraz już mogę napisać, że Obdarowanej spodobała się.

IMG_8574.jpg

Włóczka jest bardzo mięciutka, aż trudno uwierzyć, że to czysta wełna (95% jagnięcej i 5% kaszmiru). Blokuje się doskonale – po wyjęciu szpilek zostało mi to, co z niej wyciągnęłam (a raczej: na co ją naciągnęłam 🙂 ). Nie mam wielkiego doświadczenia z cieniutkimi włóczkami, ale jakieś tam już mam i uwielbiam z nimi pracować, a z Moon Night pracuje się cudownie i mi szło naprawdę szybko (ja takie cienizny przerabiam szybciej, niż grube włóczki, jak słowo daję). Trzeba jednak być uważnym, bowiem włóczka jest dość śliska (przeczytałam o tym wcześniej u Intensywnie Kreatywnej i wiedziałam) i jeden nieostrożny ruch, a oczka lecą z drutów i trudno je w tym locie zatrzymać. Z drugiej strony, nitka jest na tyle elastyczna, że nie jest trudno trafić w oczko i go nie zgubić, tylko właśnie – trzeba być czujnym. Ale co ja się będę wymądrzać – takie włóczki służą przede wszystkim do wzorów ażurowych, które i tak czujności i uwagi wymagają, więc to baczenie na włóczkę to już tak przy okazji 🙂

Ach, jak ja uwielbiam cienkie włóczki! Ale z przerwami na coś mniej cienkiego. O tym będzie następna opowieść.

To koniec. A ja myślałam, że napiszę krótko, że więcej będzie zdjęć, niż tekstu. To może następnym razem. Ale nie obiecuję 🙂

Podsumowanie techniczne:

Włóczka: Moon Night Lotus Yarns (1200 m/100 g), zużycie: 77 g (czyli ok. 920 m)

druty nr 2,75

wymiary chusty: 225 x 103 cm

W roli tła na fotografiach wystąpiło prześcieradło, którego nie wyprasowałam. Rzeczywisty kolor to ten najjaśniejszy.

IMG_8547IMG_8568IMG_8569IMG_8573IMG_8604IMG_8608IMG_8601