Dziergonomia stosowana

Szarości ciąg dalszy

Tak się złożyło, że dużo ludzi lubi kolor szary. To może nic odkrywczego, bo ja też lubię, ale włóczkowa szarość ostatnio mnie otoczyła. Koleżanka zamówiła u mnie niedawno berecik w takim właśnie kolorze. Berecik miał być przejściowy, czyli nie na bardzo zimną pogodę. Uzyskałam pozwolenie na wzór ażurowy i rozpoczęłam poszukiwania włóczki i wzoru, gdyż z wytycznych dostałam tyle: żeby był szary i przejściowy. Na włóczkę nie mogłam się zdecydować dość długo, to znaczy ponad tydzień. W międzyczasie rozglądałam się za wzorami i w tym przypadku jeszcze większe miałam problemy decyzyjne. Ech, wybieranie zajęło mi w sumie ze dwa tygodnie, a produkcja beretu bodajże trzy poranki i popołudnia.

IMG_8364

Włóczka to Gazzal Baby Wool, szarość nr 818, ze Sklep-IKu. Zużyłam jej prawie cały jeden motek, czyli prawie 50 g. Niestety nie pamiętam, jakich używałam drutów, ale istnieje spore prawdopodobieństwo, że to były trójki (w sensie rozmiaru oczywiście). Zaczynałam od ściągacza, w okrążeniach, na drutach skarpetkowych bambusowych. Bambusowe druty w wersji skarpetkowej uwielbiam, ponieważ są tak lekkie, że z większości robótek nie wyjeżdżają. Zdarza się to tylko czasem przy śliskich włóknach lub przy wzorach ażurowych, które mam zwyczaj przerabiać nie bardzo ściśle. Do dziergania w okrążeniach mimo wszystko najchętniej wybieram druty metalowe (wszystkie metalowe na żyłkach, które posiadam w swoich zasobach, są prezentem od Męża mego na świecie najlepszego). Mam też jedne zaprzyjaźnione druty aluminiowe pokryte teflonem. To jest gatunek, do którego, odnoszę wrażenie, wstyd się przyznać, że się ma i używa. Ja od takich zaczynałam. Tamte pierwsze już się postanowiły rozłączyć z żyłką (od żyłki? – nie wiem, jak to prawidłowo będzie po polsku), a następne zakupione są okropne z uwagi na sztywność i skręcanie się żyłki, ale mam też jedne, które naprawdę uwielbiam, Opus Natura nr 3, kupione podczas podróży, wtedy właśnie, gdy tamte pierwsze odmówiły współpracy, kupione w pasmanterii w Wolinie. Są lekko zakrzywione w okolicy łączenia z żyłką i ten kształt bardzo mi podpasował. Ale lubię je nie tylko za kształt – one po prostu są bardzo dobre. Włóczka o nic się nie zahacza, bo przejście między drutem a żyłką jest prawidłowo wykonane; powierzchnia drutów jest odpowiednio śliska, by można było dziergać w takim tempie, jak kto potrafi (moje jest umiarkowane przy ażurach, ale całkiem niezłe przy gładkich ściegach); żyłka od samego początku użytkowania nie skręca się, tylko układa tak, jak tego chcę; końcówki są w sam raz ostre zarówno do ażurów, jak i do innych ściegów, tylko przy rozwarstwiających się włóczkach zdarza mi się trafiać między włókna. I to wszystko w tych zwykłych drutach, o cenie niepowalającej na kolana.

Ale miało być o berecie! Zdecydowałam się na wzór od Iwonki. Wydał mi się ładny, bez przesady w zakresie ozdobności i możliwy do modyfikacji szerokościowo-wysokościowej w zależności od użytej włóczki. Ja sobie na samym początku, kiedy włóczka dotarła, zrobiłam próbkę, żeby wiedzieć, ile mi oczek będzie potrzeba i dopiero po uzyskaniu tej informacji mogłam ostatecznie wybrać wzór – taki, żebym go do otrzymanego wyniku mogła w miarę bez trudu dostosować. Wyliczenia wyszły bardzo dobrze, o czym świadczy, że koleżanka beret nosi i uwielbia, a rozmiar jest w sam raz. Oryginalny wzór zmieniłam w zakresie ilości powtórzeń w obwodzie; dodałam też niepełne powtórzenie na wysokość, żeby berecik był odpowiedniej głębokości. A może to było jedno całe i jedno niepełne powtórzenie? Tak to jest, jak człowiek cieszy się dzierganiem, a o notatkach nie pomyśli… Ale to akurat niewielki problem w tym przypadku.

Stan widoczny na zdjęciach nie jest oczywiście stanem ostatecznym – po prostu wykańczanie beretu nastąpiło u koleżanki w domu, a że nie miałam przy sobie wtedy aparatu fotograficznego – nie mam też i zdjęć robótki ukończonej. Jeśli się zdarzy odpowiednia okazja, dorzucę nowe fotografie, szczególnie, że na tych słabo widać, że berecik ma dzyndzelek, czyli tzw. antenkę. Tymczasem przedstawiam beret podczas talerzowania 🙂 .

IMG_8365

Reklamy
Dziergonomia stosowana

Sukienka „Skrawek nieba”

Tekst dzisiejszej opowieści powstał w odpowiedzi na zadanie: „Powiedz, czy lubisz marynarzy”, będące jednym z zadań turnieju, organizowanego przez Intensywnie Kreatywną. Z dużym opóźnieniem na to zadanie odpowiadam:

Nie wiem, czy lubię marynarzy, ponieważ nie znam żadnego. Wiem natomiast, że uwielbiam szanty. Od marynarzy do szant daleko nie jest: marynarze to morze, morze to statki, statki to łodzie, łodzie to żeglarstwo, żeglarstwo to szanty 🙂 . Jest kilka szant, które uwielbiam wyjątkowo, wśród nich – „Biała sukienka” zespołu Spinakery. A tam biała, czy nie biała. Nad morzem rozciąga się niebieskie niebo, to i sukienka może być niebieska. I tym sposobem moja niebieska sukienka jest odpowiedzią na pytanie o to, czy lubię marynarzy.

DSC_5679

Sukienka powstawała długo, ze trzy miesiące. Ale to był czas, kiedy na dzierganie mogłam wygospodarować godzinę w ciągu dnia, czasem trochę więcej, a czasem przez kilka dni z rzędu ani chwili. Przez cały czas potrzebowałam schematu do zerkania weń albo zeszytu do notowania, co zrobiłam, więc też nie była to robótka, za którą można się zabrać w każdej chwili i w dowolnych okolicznościach.

Wszystko zaczęło się od pragnienia posiadania wydzierganej własnymi rękami ażurowej sukienki. Źródłem pragnienia była ta oto sukienka. Miałam ją w głowie ze dwa lata, zanim się wzięłam. A wzięłam się dlatego, że leżały w moim pudle włóczkowym trzy motki Linas Midary w kolorze (wówczas) nr 520, zakupione rok wcześniej w celu stworzenia firanki za okno kuchenne, które to motki nigdy nawet o tę firankę nie zahaczyły. Firanka przestała mnie interesować, a trzy motki cieniutkiego lnu piskały cienko o jakiś większy projekt, godzien cudnego niebieskiego koloru. I tak mi się nałożyło pragnienie sukienki na potrzebę ambitnego zużycia niebieskości.

Nad dołem sukienki nie zastanawiałam się w ogóle – od początku (czyli odkąd zaczęłam o niej myśleć) wiedziałam, że będzie to ten wzór – Freya autorstwa Renate Haeckler, znana wielu miłośnikom ażurów, przy czym mnie bardzo interesowała wersja w pełnym kole. Na górę nie miałam pomysłu, więc nabrałam oczka na prowizoryczny szydełkowy łańcuszek, przeliczyłam liczbę powtórzeń wzoru na liczbę oczek w pasie i zabrałam się za dół. Początkowo szło radośnie, ale bardzo powoli z uwagi na moje umiarkowane wówczas doświadczenie w pracy z lnem. Len jest specyficzny, trochę toporny, ale można się przyzwyczaić. Tak też było u mnie – dziergałam coraz sprawniej, jednak, jak to bywa z pełnym kołem, robótka przyrastała mi coraz wolniej. Po około 20 cm zaczęłam wygadywać sobie samej, bo czy ja naprawdę nie mogłam tego lepiej przemyśleć i nie robić koła, tylko choćby tak trzy czwarte koła, klosz taki. I po co mi to było, i takie tam różne nieprzychylne wobec własnego intelektu frazy.

DSC_5684

W pewnym momencie zorientowałam się, że lnu ubywa mi coraz szybciej, całkowicie odwrotnie proporcjonalnie do tempa przybywania robótki i że wcale nie jestem taka pewna, czy wystarczy mi tych metrów bieżących na przyzwoitą długość, z drugiej strony wcale nie było powiedziane, że mi nie starczy, a jednak wiele, naprawdę wiele już czasu natenczas 🙂 na to poświęciłam i szkoda by było pruć, pomimo, że na drugi raz z całego koła bym nie robiła i praca poszłaby szybciej, ale jednak prucie lnu powoduje jego rozwarstwianie się i to później wkurza i utrudnia, więc wcale znowu tak szybciej by mi nie szło, a przecież nie wyrzucę takiej ilości już przerobionej – półtora motka, o ile dobrze pamiętam, a jednocześnie mam już trochę dosyć tej Freyi i chciałabym od niej odpocząć… więc trzeba wymyślić jakieś inne rozwiązanie, a mianowicie porzucić ten dół okropnie się dłużący i zabrać za górę. I tak oto radość dziergania wróciła mi na nowo. Zabezpieczyłam dół [(żadne tam przekładanie tego mnóstwa oczek, zostały na żyłce, od której odkręciłam druty (o, cudowny Mężu mój, który mi te odkręcane druty kupiłeś!) i przykręciłam do drugiej żyłki (o, Mężu, wspaniałomyślny, że tych żyłek mam więcej niż jedną!)], zebrałam oczka z prowizorycznego łańcuszka i… nadal nie miałam pomysłu na górę. Trochę mi zeszło na myśleniu (dni, nie minut). Chciałam skorzystać z jednego z estońskich wzorów ażurowych, ale żaden z wybranych jako potencjalni kandydaci mi nie pasował: ilość oczek w jednym powtórzeniu zupełnie nie pasowała do tego, co miałam na drutach. A na drutach miałam oczywiście Freyę do góry nogami. W końcu się zawzięłam, bo ileż można myśleć bezowocnie, i postanowiłam sobie jeden z wzorów dostosować. Okazało się, że mimo wiary we własne możliwości, nie jestem mistrzem dostosowywania. Rysowałam w zeszycie w kratkę każde okrążenie i po każdym powtórzeniu wzoru miałam nadzieję, że następne będzie już identyczne z poprzednim, ale wiecznie ilość oczek mi nie pasowała i coś musiałam kombinować, żeby gotowy wzór wyglądał odpowiednio i pasował. Na wysokości biustu dodałam trochę oczek, czym jeszcze bardziej sobie skomplikowałam życie – bo nie dodałam na całym obwodzie, tylko w miejscach, gdzie zwykle są zaszewki. Już dzisiaj nie pamiętam, co ja tam wykombinowałam, ale z westchnieniem ulgi kończyłam ten fragment, kiedy już mogłam te oczka z powrotem odjąć (co też wymagało kombinacji). Mogłoby się wydawać, że ta góra sukienki umęczyła mnie – nic podobnego. To była bardzo radosna twórczość, dziergana z zapartym tchem, a czasem wręcz na wstrzymanym powietrzu, że tak to ujmę, to znaczy – wyjdzie, czy nie wyjdzie. A jednak wyszło, bez większego prucia dotarłam do dekoltu, który sobie wykończyłam na szydełku w sposób zbliżony do ukochanego przez mnie wykończenia chusty Alpejskie łąki, czyli szydełkowymi pikotkami, tylko nie tak obficie, bo to nie miejsce było na taką ozdobność.

DSC_5681

Ukończywszy górę, wróciłam do przedłużania dołu. Z każdym okrążeniem trwało to coraz dłużej, ale przynajmniej nie przeszkadzała mi już myśl, że może mi zabraknąć motków, szczególnie odkąd sukienka osiągnęła przyzwoitą długość. Pracuję do upadłego, czyli aż mnie trafi albo aż się skończy len, pomyślałam sobie. Nie trafiło mnie, skończyłam tylko dlatego, że na kolejny motyw by mi już lnu nie wystarczyło. Ja już nie pamiętam, ile czasu zajmowało mi zrobienie jednego okrążenia, kiedy zbliżałam się do szczęśliwego końca, ale ostatnie 10 cm robiłam… trzy tygodnie 🙂 . Więcej czasu dziennie na to nie miałam, a trzeba się było czasem oderwać. Z drugiej strony bardzo mnie cieszyło, że z każdym przerobionym oczkiem (no może bez przesady – z każdym centymetrem) coraz bardziej oswajałam len i coraz szybciej te oczka przerabiałam. Zamykanie oczek ostatniego okrążenia musiałam rozłożyć na trzy dni w każdym razie (a może dwa? już nie pamiętam). Nie policzyłam, ile ich było na samym końcu, ale ostatnia liczba, jaką mam zapisaną to 1680. Zamykałam szydełkiem, całkiem zwyczajnie, tylko pomiędzy dwoma oczkami złapanymi razem robiłam dodatkowe oczko łańcuszka, żeby się na koniec nie okazało, że się nie da tego rozłożyć w koło. Bo przecież nie po to człowiek się tyle urobił, żeby nie było tego koła, które człowiek tak lubi w sukienkach 🙂 . Stąd taki falowany dół – samo wyszło.

DSC_5698

Po upraniu ręcznym (nie miałam odwagi tej ażurowej materii umieścić w pralce) len zmiękł. Sukienka układa się dobrze, poza tym, że teraz sobie myślę, że tułów mogłam zrobić krótszy. Jakoś mi nie przyszło do głowy, że ten obfity dół go pociągnie. Do sukienki noszę dokładaną odzież, która już wcześniej była w mojej szafie. Na zdjęciach jest biała bawełniana koszulka na ramiączkach i biała spódniczka, też bawełniana, taka z klinów, które współpracują z kołem sukienki. Ten zestaw wypróbowałam już na dwóch imprezach tanecznych i chociaż nie lubię się przechwalać, muszę przyznać, że sukienka robi furorę. Drugi zestaw – na chłodniejsze dni – to czarna spódniczka i czarna dopasowana bluzka z rękawem 3/4 (a może 5/6, 6/7, 7/8 🙂 – nie znam się, za łokieć jest), trochę grubsze i cieplejsze od zestawu letniego. Tak przetańczyłam jedną zimową imprezę. Powiem szczerze: uwielbiam kręcące się sukienki, od dzieciństwa mi nie przeszło.

To właściwie wszystko o niebieskiej sukience. Dodam jeszcze podsumowanie techniczne, bo doszłam do wniosku, że ta informacja zwykle ginie gdzieś w treści, a czasami już mi w głowie ginie, kiedy piszę i jej w ogóle nie zamieszczam:

włóczka: Midara Linas kolor 520 (520 m / 100 g)

zużycie: 266 g (ok. 1380 m)

druty: nr 3 oraz 3,25

Podziękowania za sesję fotograficzną należą się moim Rodzicom kochanym.

DSC_5705

DSC_5687

DSC_5691

DSC_5694

DSC_5689

DSC_5701

DSC_5706

DSC_5725

DSC_5732

DSC_5733

DSC_5734

DSC_5740

 

Dziergonomia stosowana · Muzyka

Czarno-białe

Podkolanówki. Zbyt wiele o nich napisać nie można. Tyle tylko, że usiłowałam zastosować w nich żakard. Próżny trud. Sporo jeszcze nauki przede mną. Bo mi żakard nie wychodzi. Dzianina wychodzi ściągnięta i skarpetki bym przez stopę nie przeciągnęła. Straciłam trochę czasu, zniechęciłam się, ale nie za bardzo. Sprułam do kostek i dorobiłam najmniej ciągnące wzorki, jak to było możliwe. Powstały podkolanówki, które bardzo mi się podobają, kiedy tylko zapomnę, jak miały wyglądać.

IMG_8411

Powstały z resztek czarnej i białej włóczki, z czego czarna to chyba wełna (pochodzenia mi nieznanego, dostałam ją zwiniętą w kłębki), a biała to akryl. Włóczka jest cienka, taka na druty nr 2-2,5.

IMG_8417

Wyszły cieple nóżkogrzejki z oddzielonym dużym palcem – w ramach prób wypracowania schematu idealnego. Albo przynajmniej najwygodniejszego możliwego. Te są już bliskie ideału, tylko mi trochę za duże wyszły, z lenistwa mego własnego, bo się nie chciało po jakąś miarkę sięgnąć i trochę za późno zaczęłam piętę, a potem już nie chciało mi się pruć.

IMG_8412

 

Bo podkolanka dziergane są od palców, jak to u mnie zwykle. W dodatku dziergane dorywczo, w drodze, za jednym razem obydwie. Prucie takich po przejściu przez piętę to tylko w ostateczności albo w przypływie weny na „jednak nie takie”, albo z nadmiaru doskonałego samopoczucia i wolnego czasu, a tego ostatnio bardzo mi brakuje. Komu jeszcze ciągle chce się spać? Może to przesilenie jesienne, ale ja bym spała i spała, a nie tak dawno jeszcze wystarczało mi po 5-6 godzin na dobę i działałam jak nakręcona. Ach, jesieni piękna złota polska, gdzieżeś ty?

To jeszcze zdjęcia skarpetek wybierających się na spacer, przy czym każda zmierza w inną stronę:

IMG_8383

Zbliżenie na wzorek (nie pytajcie, co ja chciałam osiągnąć, bo już sama nie wiem):

IMG_8385

I jeszcze jedno całościowe, jesienne:

IMG_8380

Wszystkim, których nawiedziła melancholia lub coś podobnego, dedykuję przepiękną piosenkę, bo swoją drogą, jak to możliwe, że jeszcze u mnie muzyki nie było?

 

 

Dziergonomia stosowana

Szare chmury na drutach, czyli po prostu Tibetan Clouds

Piszę na tzw. kolanie – choć nie w sensie dosłownym. Bo jednak komputer stoi na stole, ale za to same słowa są z doskoku, z czasu wyłuskanego spomiędzy obowiązków życiowych. Spiętrzyły mi się gotowe prace, które chcę opisać, ale na samo pisanie brakuje mi czasu. Nie wiem, jak to jest u Was z przygotowywaniem wpisów, ale ja nigdy za bardzo nie umiałam się streszczać. Kiedy pojawiły się telefony komórkowe, koleżanka skwitowała moje usilne starania o skonstruowanie smsa: „nie umiesz pisać smsów – to ma być krótka wiadomość tekstowa”. A ja widocznie chciałam tak bardziej po ludzku i w tamtym czasie liczba znaków, której potrzebowałabym użyć nie mieściła się w ramach dostępnej technologii. Był czas, że szło mi lepiej, ale potem z kolei doszłam do wniosku, że niby dlaczego mam takimi skrótami operować? Im więcej skrótów pojawiało się w języku smsowym, tym bardziej ja działałam na przekór. Teraz w ogóle unikam tego rodzaju komunikacji, ograniczam ją do sytuacji, w których jest bardziej uzasadniona, niż rozmowa telefoniczna.

Brak umiejętności słownego streszczania się w każdym chyba życiowym aspekcie pozostał mi do dzisiaj i nie zanosi się na zmianę. To powoduje, że pisanie tekstów dla Was zajmuje mi bardzo dużo czasu. Może się kiedyś wyrobię blogowo. Chwilowo jest tak, że zewnętrzny obserwator mógłby podejrzewać, że szykuję szkolne wypracowanie, a nie po prostu komunikuję z ludźmi. A przecież blog to jakaś forma komunikacji. A niech tam. Lubię pisać 🙂 . Tyle, że nawet mała rzecz do przedstawienia pochłania sporo czasu, a ponieważ nie mam go w jednym kawałku, postanowiłam pisać na raty.

01

Na pierwszy ogień idzie szal Tibetan Clouds. Miał być z możliwością użycia do kreacji wieczorowej, więc wybrałam włóczkę Gazzal Dennis (500m/50g) w kolorze grafitowym. Włóczka ta błyszczące kłaczki ma 🙂 . Pomimo cienkości, jest trochę puchata i aż trudno było mi uwierzyć, że ona naprawdę ma aż tyle metrów na gram. Szal Tibetan Clouds siedział mi w głowie już od dawna jako taki pewniak na widowiskową robótkę. Już kiedyś zrobiłam go dla siebie z mohairowej włóczki, która wydawała mi się bardzo cienka (parametrów nie znałam, włóczka była bezimienna), a wyszedł mi dywan / koc, czy coś w tym stylu. Ja niska jestem, a to różowe coś ma ponad trzy metry długości, o ile dobrze pamiętam. Tym razem ciekawa byłam, co wyjdzie z włóczki naprawdę cienkiej, jak Dennis. Nie miałam szczególnych obaw, że szal będzie za mały, ale długiego też się nie bałam, bo miał być dla wysokiej osoby. Wyszedł w sam raz – 57 cm szerokości i 200 cm długości na drutach nr 3. Swoją drogą, od tygodnia nie mogłam znaleźć tych drutów; za nic na świecie nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie je posiałam, a już zupełnie nie pamiętałam, do jakiej robótki ostatnio ich używałam (bo ten szal skończyłam już miesiąc temu). Teraz, na potrzeby dzisiejszego wpisu, poszłam szukać resztek włóczki, żeby zobaczyć, ile mi zostało (z dwóch motków zostało 9 g, czyli poszło 91 g, a więc jakieś 910 m… jaki zbieg okoliczności – według danych autorki szal pochłania 914 m! Toż to niemal tyle samo!). I zanim jeszcze znalazłam, zaczęłam się zastanawiać, jakimiż to drutami ja ten szal dziergałam… czy przypadkiem nie tymi trójkami, co je – jak mówi moja Mama kochana – koza zjadła? W takim razie może są gdzieś razem z tą resztką Dennisa… Tak! Są! Okazało się, że je ma… nie, nie, nie na własnym nosie 🙂 . Były w jednym z pudełek z włóczkami, nawet nie pamiętam kiedy to zawiniątko tam trafiło. Najważniejsze, że są, bo wczoraj złamał mi się jeden drut z drewnianego zestawu, przy pomocy którego produkuję coś, co miało być serwetą / obrusem, ale chyba zostanie ubraniem. Albo jeszcze czymś innym, nie wiem, póki co pochłonął mnie wzór, nie mogę się oderwać i nie mam czasu się zastanawiać, do czego tę dzianinę wykorzystam 😀 . Jest żółta, co znacznie ogranicza możliwości wykorzystania. Pomyślę potem.

03

Wracając do szala, a właściwie do włóczki, czyli Dennisa – jest piękny. Mam jeszcze jeden motek w innym kolorze, coś jakby petrol i on jest jeszcze piękniejszy. Błyszczy, zwłaszcza w sztucznym świetle, ale nie nachalnie, bardzo odpowiednio na wieczorne wyjście. Ale i do codziennego noszenia może być używany, właśnie przez to, że połyskuje subtelnie. W słońcu też połyskuje. Jest bardzo milutki – w końcu połowa to merino, budyniowate w najsmakowitszym tego słowa znaczeniu, nawet dla tych, co nie lubią budyniu jako jedzenia. Ja budyniu do jedzenia nie znoszę, był zmorą w czasach dziecięcych (Mama mnie nie zmuszała, ale czasem w gościach tak zwanych trudno się było wykręcić) na równi z ciastami z dużą warstwą galaretki i kremu, bezami, ptysiami i ptasim mleczkiem – tak, ja nigdy nie lubiłam ptasiego mleczka.

Skoro już jesteśmy przy słodyczach, w dzieciństwie uwielbiałam kisiel, chałkę z masłem i dżemem, a nade wszystko omlet z dżemem, którego niedoścignioną mistrzynią jest moja Mama. Wprawdzie od dawna mi tego omletu nie robiła, ponieważ primo – nie mieszkam z Mamą, po drugie primo – już teraz by mi było za słodko. Mimo to jestem pewna, że gdyby dzisiaj Mamę poprosić, to ten omlet byłby najlepszy na świecie, dosłownie rozpływający się w ustach. Ach! Kiedy już byłam trochę starsza, pojawiły się cukierki o nazwie Kliwia, od których bym się niechybnie uzależniła, gdyby nie to, że zaprzestano ich produkcji. Już nigdy więcej nigdzie ich nie znalazłam. A takie były pyszne.

Ponownie wracając do włóczki :), Dennis jest bardzo piękny i bardzo miły, ale ma też wady, ale nie wiem, czy jestem w tej wypowiedzi obiektywna, więc miejcie to na względzie. Bo może ja za słabo go blokowałam? Może ja powinnam wybrać druty z innymi końcówkami? Szal po naciągnięciu do blokowania był wielki. Po wyciągnięciu szpilek nie tyle skurczył się, choć trochę tak było, co pomarszczył i spowodował, że wzór nie jest tak czytelny, jak by to było przy innej włóczce, na przykład całkowicie naturalnej. Takie jest moje odczucie na ten temat – połowa wełny to za mało, żeby zachować kształt po blokowaniu. No, chyba żeby sięgnąć po żelazko. Ja się temu oparłam, bo szal i tak bardzo mi się podobał i nie chciałam już kombinować. Druga wada Dennisa, o której wspomniałam, dotyczy rozwarstwiania się nitki podczas przerabiania. Na oko włókna są ze sobą pięknie skręcone, co osobiście bardo lubię i podoba mi się taka struktura w gotowym wyrobie. A jednak często trafiałam drutem pomiędzy te włókna, pomimo tego, że czubki drutów do ostrych nie należą, a i z ostrymi zwykle radzę sobie dobrze i wolę je od zaokrąglonych.

Nie chciałabym nikogo zniechęcić do Dennisa. Mam jeszcze ten jeden piękny motek i zamierzam go radośnie przerobić, tylko jeszcze nie wiem na co. Doświadczenie moje jest takie, że ta sama włóczka różni się miękkością i strukturą w zależności od farbowania. Jeśli by nawet w każdym kolorze włóczka się rozwarstwiała (co do blokowania nie mam już większych złudzeń), ja Dennisowi wybaczam wszystko, taki jest miękki, miły i śliczny. Tyle tylko, że niekoniecznie muszę go używać do wyszukanych wzorów ażurowych. Nie porzucę go, bo po prostu mi się bardzo podoba. Na jego korzyść przemawia jeszcze to, że nie zostawił mi zbyt wiele kłaków. Nawet po praniu kłaczki trzymają się włóczki.

To już będzie koniec, chciałabym jeszcze tylko na koniec napisać, że w oryginalnym szalu Tibetan Clouds występuje ogromna ilość koralików. Ja koralików nie wrabiałam, ponieważ to nie dla mnie, ani dla nikogo, o kim mogłabym z przekonaniem powiedzieć, że chciałby mieć koraliki w szalu. I bez nich ten wzór jest wyjątkowy.

Detal bocznego panelu po ciemku i bez lampy błyskowej – świetliste kłaczki widoczne tylko przy wytężonej wyobraźni i oku wyostrzonym:

02

Część środkowa – najbardziej efektowna moim zdaniem – znów po ciemku (ale innym ciemku) i też bez lampy:

06

A tutaj z lampą błyskową:0405

A na koniec w świetle dziennym, ale niestety jesienno-popołudniowym, więc też blasku brak:

0807

Taki to szal. Zdjęcia studyjne byłyby lepsze, ale studia brak, a prezent już wręczony.

Dziergonomia stosowana

Mój orenburski szal

IMG_7984a

Tytuł jest zwykły, najzwyklejszy, ale to dlatego, że rzecz jest wystarczająco niezwykła, że większego urozmaicania nie potrzebuje.

Dawno, dawno temu (ponad dwa lata, co w świecie robótek ręcznych oznacza lata świetlne) zaczęłam pracę nad jednym w moich wymarzonych projektów. W szalach orenburskich zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Ojej, przecież już o tym pisałam. Wspominałam też wiosną, że nareszcie ukończyłam mój własny szal orenburski. Szal powstawał około półtora roku, ale były tygodnie – po kilka z rzędu – kiedy nie powiększał się ani o jedno oczko. Przyznaję i wzdycham bezsilnie, że niewiele pamiętam z procesu tworzenia, co jest oczywiście skutkiem rozwleczenia czasowego.

Wypada mi wyjaśnić, dlaczego czekałam od wiosny aż do dzisiaj, żeby przedstawić szal oficjalnie na fotografiach. Otóż pomimo podejmowania licznych prób, nie umiałam szala uwiecznić na zdjęciach w satysfakcjonujący mnie sposób. Aż pewnego dnia wrześniowego poprosiłam o pomoc moją Mamę kochaną i Męża umiłowanego i we trójkę urządziliśmy szalowi sesję w dużym pokoju 🙂 Trzy pary rąk, trzy głowy i dwa aparaty fotograficzne – w takim zestawie napstrykaliśmy sporo zdjęć, z których część dzisiaj prezentuję. Moim wyśmienitym współpracownikom z całego serca dziękuję nie tylko za pomoc, ale też za zachwycanie się tym, co własnymi rękami zrobiłam. Wszyscy to wiedzą, ale ja napiszę: to jest nieocenione, kiedy praca rąk własnych znajduje uznanie u innych. Nawet jeśli to Mama i Mąż. Z resztą, inni ludzie, nie spokrewnieni, już szal oglądali i również wyrażali się o nim przychylnie.

Nie byłoby tego szala, gdyby nie kurs Intensywnie Kreatywnej. Technika tworzenia szali w taki sposób, w jaki powstał ten tutaj, była mi wcześniej znana jedynie z obrazów w internecie, ale nigdy z autopsji. Jest wiele rzeczy, które potrafię sama wykoncypować: jak to zrobić, ale w przypadku orenburskiego – nie wiedziałam, chyba nawet nie próbowałam tego pojąć, o ile dobrze pamiętam. Tym większym szczęściem obdarzyła mnie IK decydując o razemrobieniu orenburskiego.

Do mojego szala wybrałam wspaniałą włóczkę Haapsalu Shawl Yarn od litewskiej Midary, kolor nr 030 (znając chimery kolorystyczne Midary wspomnę tylko, że w roku 2015 to był kolor kremowy). Włóczkę zakupiłam w Sklep-IKu. Haapsalu to bardzo cienka włóczka, na dodatek wydawało mi się, że szal orenburski nie powinien być zbyt dziurawy, dlatego wybrałam do pracy nad nim druty nr 2. Z drutami to swoją drogą była historia, o której już wspominałam, ale przypomnę raz jeszcze: zaczynałam na bambusowych, ale kremowa Haapsalu, niezbyt śliska, słabo z drewnem współpracowała, co więcej, długa żyłka plątała mi się okropnie. Dlatego po jakimś czasie zmieniłam druty na metalowe – dwójki skarpetkowe – z końcami zabezpieczonymi metodą chałupniczą, czyli recepturkami, żeby mi szal z drutów nie zjechał, bo bym się zapłakała i prawdopodobnie rzuciła go w kąt. Tak właśnie, szczególnie początek był dla mnie sporym wyzwaniem i gdybym to miała stracić przez zjazd z drutów, a ta włóczka pruje się sama, a ten wzór był na tyle skomplikowany, w dodatku po obydwu stronach dziergany prawymi oczkami, że trudno dojść, co się właściwie spruło, bo wszystkie rzędy są do siebie takie podobne, a jak wiadomo cienka włóczka jakiekolwiek rozeznanie znacznie utrudnia… no więc właśnie bardzo chciałam uniknąć nieszczęścia i to mi się nawet udało, choć te z kolei druty bez przerwy zahaczały mi się o robótkę i czasami wypadały z rąk. Ale ile razy musiałam pruć z powodu własnych błędów, tego już nawet nie chcę pamiętać, kiedy patrzę na gotowy szal i cieszę się nim. Jedno prucie mimo wszystko pamiętam bardzo dobrze, ponieważ dotyczyło kilkudziesięciu rzędów (tak z 60). W tej początkowej fazie, gdy jeden rządek zajmował mi bardzo dużo czasu, to był dramat. A wszystko przez to, że w którymś momencie pominęłam jakiś narzut i zorientowałam się o tym dopiero wiele rzędów później, kiedy już cały motyw był szpetnie przesunięty względem reszty. Pomimo prób ratowania sytuacji w inny sposób, nie było rady: musiałam ten odcinek spruć. To jednak nie takie proste pozbyć się wielogodzinnej, mozolnej pracy; dla mnie było to na tyle trudne, że odłożyłam szal do torby robótkowej, żeby się z tym fantem zmierzyć w przyszłości. Przyszłość nastąpiła po wielu tygodniach, chyba ze trzy miesiące jej nie tknęłam. W końcu zaczęło mnie sumienie kąsać i z mniej emocjonalnym nastawieniem (bo już jakiś czas minął i już trochę zapomniałam, ile roboty jest do zaprzepaszczenia) sprułam co było trzeba, z trudem odnalazłam w schemacie miejsce, od którego należało dziergać ponownie i wznowiłam orenburską działalność.

A właśnie, w ramach razemrobienia szala Intensywnie Kreatywna wyjaśniła jak sobie dostosować pracę, gdyby ktoś chciał inny środek, niż Ona sama tworzyła. Ja chciałam inny, wymarzył mi się bowiem Russian Empire, dostępny tutaj. Nie powiem, cieszę się, że się z nim zmierzyłam, ale szczerze przyznam, że to właśnie z powodu tego wyboru praca na początku tak mi powoli szła. Wzór wcale nie wygląda na skomplikowany, ja jednak wiele razy się myliłam, na szczęście poza przypadkiem opisanym powyżej, nie myliłam się zbyt dramatycznie. Tyle, że to wydłużało czas poświęcony na pracę nad szalem.

Cud prędkościowy nastąpił po tym właśnie wspomnianym dużym pruciu. Nie wiem do dzisiaj, jak to możliwe, że nagle czas wykonania jednego rzędu skrócił mi się o połowę. Bo żeby chociaż o 20%, to tego bym pewnie nawet nie zauważyła. Ale tej tutaj sytuacji nie rozumiem zupełnie. Nie trudno się domyślić, że przyspieszenie tempa pracy miało istotny wpływ na powiększenie radości dziergania. Mimo wcześniejszych błędów ja miałam naprawdę dużo tej radości od samego początku.

Potem przyszedł czas, kiedy musiałam odłożyć szal ze względu na bardzo ważne zamówienie i inne robótki nie mogące czekać, aż ja się z szalem uporam. Przerwa trwała wprawdzie krócej niż poprzednio, ale dziergałam szal dorywczo, między innymi pracami. Na dodatek, kiedy dotarłam do końca górnej części szala i przyszedł czas na górną plisę, nie miałam możliwości odtworzenia nagranego przez Intensywnie Kreatywną filmu okolicznościowego o tej górnej plisie. I właśnie wtedy, kiedy tak czekałam, aż się możliwość owa nadarzy, dostałam w prezencie od Męża nieocenionego w swej wspaniałomyślności druty nr 2 z odpowiedniej długości kabelkiem (bo to moim zdaniem tylko umownie można nazwać żyłką), na widok których zapałałam wielką chęcią dokończenia orenburskiego, nawet gdybym miała sobie radzić bez filmu. I prawie sobie poradziłam. To znaczy obejrzałam fragmenty filmu, tylko że bez dźwięku, bo skoro nie było możliwości posłuchać, to żeby przynajmniej popatrzyć. Za resztę instrukcji wystarczyły pisemne wyjaśnienia Intensywnie Kreatywnej, która wszystko opisała tak szczegółowo, że nawet bez oglądania filmu można by się pokusić o dzierganie. Tyle tylko, że te filmy są bardzo pomocne, dlatego stanowczo wolę pracować z nimi.

Wiosną szal był gotowy, a ja bardzo z tego powodu szczęśliwa. Wielkim wyzwaniem okazało się blokowanie szala. Kto kiedykolwiek miał do czynienia z Haapsalu, ten wie, jak cudna jest ta włóczka w blokowaniu, więc to nie ona była przyczyną trudności – to wszystko przez rozmiar szala. Wyszedł – jak dla mnie niewysokiej – wielki. Przy dostępnych zasobach mieszkalno-materiałowych nie było mowy o zablokowaniu go do takiego rozmiaru, na jaki by pozwoliła włóczka i liczba przerobionych oczek (liczyć ich nie zamierzam, ale jest wiele). Niemniej, szal i tak ma 234 cm długości i 70 cm szerokości. Nauczona tym doświadczeniem (znaczy się, że takie rzeczy należy planować i przewidywać, a nie dziergać na oślep) oraz zakochana już do reszty w tak produkowanym szalu, wyznałam memu Mężowi jednego dnia, że już wiem, jak go skrócę. Na to mój Małżonek zareagował przerażeniem znad talerza z posiłkiem (nie pamiętam, jaki to był posiłek), że chyba nie zamierzam pruć tego szala. A ja po prostu zapomniałam dodać, że myślałam już o kolejnym i że może być spokojny, tego pruć nie zamierzam.

To chyba wszystko, co mam do napisania o orenburskim szalu. Teraz czas na wyznania: uwielbiam Haapsalu, uwielbiam dziergać na cienkich drutach, uwielbiam misterne robótki. Dziękuję ogromnie wszystkim, którzy przyczynili się do powstania mojego szala: Ovillo http://ovillowetoitamto.blogspot.com/, która poruszyła temat i tym samym pobudziła we mnie pragnienie zrobienia i mienia tego szala; Intensywnie Kreatywnej, która stworzyła kurs i otwarła przede mną możliwość zrealizowania mojego marzenia, i która już widziała gotowy szal na zdjęciach i napisała mi, że jest piękny 🙂 ; mojemu Mężowi kochanemu, który mnie wspiera i zachwyca się moimi pracami oraz, wbrew mojej woli czasem, opowiada o nich komu się tylko da, a kiedy mam lenia i nie chce mi się robić ładnych zdjęć, udziela mi reprymendy i pomaga fotografować; przyjaciółce, która raz szal zobaczyła w jego początkowej fazie powstawania, a kiedy się spotkałyśmy wiele miesięcy później pamiętała o nim i pytała jak tam; mojej Mamie cudownej, która wszystko rzuci na hasło, że potrzebna jest pomoc przy uwiecznianiu gotowej robótki i ma lepsze pomysły na zdjęcia, niż ja (Tata też by się przyłączył, ale akurat był poza domem). Coś Wam zdradzę: otacza mnie mnóstwo wspaniałych ludzi i już ja wiem, Kto za tym stoi i Jemu też jestem wdzięczna.

DSCF5777a

DSCF5781a

DSCF5786a

On nie jest taki krzywy, jak wygląda poniżej. Tak jakoś zdjęcie krzywo zrobiłam.

IMG_8358a

DSCF5783a

DSCF5788a.jpg

DSCF5787a.jpg

DSCF5782a.jpg

IMG_7989a.jpg

IMG_7994a.jpg

Mamusia kochana pozwoliła przemeblować pokój, żeby zyskać ścianę na tło.

DSCF5796a.jpg

DSCF5801a.jpg

 

 

Dziergonomia stosowana

Chusta jak las albo może jak morze

Ten kolor jest jak ciemna zieleń lasu, tak piękna, że nie do opisania. To włóczka Haapsalu, w kolorze, który w roku 2015, kiedy robiłam zakupy w Sklep-IKu, miał numer 430. A teraz to nie wiem, gdyż Midara, czyli producent tej boskiej włóczki (100 % wełny) ma niezmierzoną w swej nieprzewidywalności fantazję w zakresie farbowania i oznaczania kolorów swych motków (nie jestem pewna, czy to zdanie jest poprawne logicznie / stylistycznie, ale wyraża to, co chcę przekazać).

IMG_8210

Tak czy inaczej, ta zieleń jest zachwycająca. Sama włóczka, chociaż bardzo cienka (1400 m w 100g) nawet jak dla mnie – a ja lubię cienkie włóczki – jest bardzo miła w przerabianiu i jeśli dobrze dobierze się druty, szybko można nad nią zapanować. Do tej chusty najbardziej pasowały mi druty bambusowe, dzięki którym oczka nie zjeżdżały mi w żadną siną dal. Inna sprawa, że kiedy zaczynałam chustę (jakoś wiosną), nie miałam innych w odpowiednim rozmiarze, czyli 2,5 (a może to były 2? już nie pamiętam).

Wzór to Archipel Corinne Ouillon, dostępy bezpłatnie na Ravelry [dygresja: jak słowo daję, nigdy nie przyswoję pisowni tego słowa Ravelry; za każdym razem, kiedy je piszę, muszę sprawdzać kolejność liter, znaczy się dwóch przedostatnich; a jak wpisuję do wyszukiwarki, to notorycznie mnie ona poprawia i mi tę kolejność zmienia na właściwą, ech!]. Wzór jest prosty i bardzo przyjemny w dzierganiu, pewnie dlatego, że logiczny, kolejny rząd wynika z poprzedniego na tyle jasno, że trudno się pomylić. Inna sprawa, że ja ciągle jeszcze, mimo jakiejśtam już praktyki chuścianej i ażurowej, ja ciągle liczę oczka. A z drugiej strony – co miałabym robić? Już kiedyś doszłam do wniosku, że ja dziergam dla samej przyjemności dziergania, więc jeśli biorę się za robótkę, która wymaga liczenia, albo w której to liczenie pomaga, to liczę. Teraz się zastanawiam, czy to ma jakiś związek z tym, że zamierzchłych szkolnych czasach uwielbiałam matematykę. No dobrze, temat mi się rozjechał.

Wracając do chusty, nie pamiętam niestety ile zużyłam włóczki, ani też jaka wyszła duża. Jeśli nawet gdzieś to zapisałam, to nie pamiętam gdzie 😦 A chusta była prezentowa i nie mam jej, żeby zmierzyć i zważyć. Ale wyszła niezbyt duża, pomimo, że powtarzałam główny wzór więcej razy, niż proponuje autorka.

IMG_8157

Zawsze mnie zastanawia, skąd autorzy wzorów biorą pomysły na nazwy swoich projektów (ale mnie w ogóle interesują nazwy, więc tutaj nie ma wyjątku). Niektórzy opisują, co było dla nich inspiracją i to zwykle jest bardzo ciekawe. W przypadku chusty Archipel jedno jest pewne – z angielskiego archipel to po prostu archipelag. Wytłumaczenia nie znalazłam. Mnie tam się z żadnym archipelagiem ten wzór nie kojarzy, ale i bez tego podoba mi się niezmiernie (samo słowo „archipelag” też bardzo mi się podoba). Chociaż, jak się tak przyjrzę w zbliżeniu, to widzę wyspy otoczone falami… i już jestem na wakacjach, w dalekiej morskiej podróży. Albo nie morskiej: widzę te wyspy i fale z lotu ptaka. Niech by mi się tak dzisiaj w nocy przyśniło, że latam!

Dobrego wieczoru i do zobaczenia, do napisania 🙂

IMG_8216

P.S. Usiłowałam znaleźć zdjęcie, na którym kolor odzwierciedla rzeczywistą zieleń tej włóczki, ale to próżny trud: albo ja nie umiem robić zdjęć, albo ta zieleń może być prawdziwa tylko „na żywo”. Na szczęście mam jej jeszcze jeden motek 😀 Narazie bez planu nań, ale mam.

IMG_8231

 

IMG_8223

Dziergonomia stosowana

Spódnica wielokolorowa z resztek

Zainspirowana spódniczką zrobioną pięknie przez Annikę, a znalezioną u Intensywnie Kreatywnej. Zachwyciłam się tą spódniczką od pierwszego ujrzenia i od tamtej pory chodziło mi po głowie, żeby wydziergać taki element odzieży. Niekoniecznie dla siebie, ale żeby wydziergać. Chętnie z ażurem, ale też niekoniecznie. Dnia pewnego zgłosiła się do mnie moja Siostra nieoceniona z taką właśnie potrzebą: spódniczkę! Doskonale – spódniczka powstała, z delikatnym wzorem ażurowym, ale do dzisiaj nie mogę się doprosić o dokumentację zdjęciową, w związku z czym ta na zdjęciu powyżej to nie jest spódnica mojej Siostry :). Jeśli w końcu się doproszę, to siostrzaną pokażę. A jeśli się nie doproszę, to przy okazji spotkania sama ją sobie sfotografuję. Tak więc dzisiejsza spódniczka to nie tamta. Bo ja zachciałam mieć spódnicę dla siebie i w dodatku miałam stos, a raczej spore pudełko końcówek włóczek do spożytkowania, takich krótkich kawałków od metra do kilkudziesięciu metrów (ilości podane na oko, bo nie mierzyłam), których oczywiście przecież nie mogłam tak po prostu wyrzucić. Początkowo myślałam o zagospodarowaniu tych włóczek na szal, ale świadomość ilości łączeń do pochowania, jaka mi powstanie, skutecznie mnie zniechęciła. Żeby nie było złudzeń, ja ich wszystkich nie pochowałam. Oto dowód:

IMG_8313

Zaszyłam tylko te, które by mi dołem wystawały, a reszta wisi, powiązana supełkami.

Wracając do genezy, tak się złożyło, że potrzeba dziergania spódnic mi po siostrzanej nie przeszła (nawet teraz po tej tutaj jeszcze mi nie przeszło), więc postanowiłam zrobić sobie wersję ciepłą, zimową. Tak, ja wiem, że na dworze lato – dziergałam ją w dużej mierze przy temperaturze wręcz nieprzyzwoitej nawet jak na lato (halo, pogoda? tu klimat umiarkowany, nie tropiki!). Inna sprawa, że ja w tym roku całkiem dobrze znoszę upały, zatem szło szybko na drutach najpierw nr 4, a potem nr 5. Nitki miałam różnej grubości, więc w większości przypadków łączyłam różne kolory, żeby uzyskać melanż. Początkowo chciałam tzw. ombre, ale po pierwsze: najwięcej miałam czerwonego, a stanowczo nie chciałam go na całej spódnicy; po drugie: kolory pasowały do siebie jak przysłowiowa pięść do oka i nie bardzo dało się z tego zrobić pięknie przechodzące barwy w pasującym do siebie następstwie kolorów. Tak więc jest melanż, który na zdjęciach wygląda tak sobie (światło w mieszkaniu niedomaga po południu), a w rzeczywistości wygląda naprawdę ciekawie. Na tych zdjęciach to mi prawdę mówiąc wygląda jak malowane.

IMG_8306

Kolorów używałam następujących: czerwony (jeszcze mi wielka kula została – będzie na szydełkową chustę), żółty (użyłam go tylko dla ożywienia całości, bo wszystkie motki razem w pudle wyglądały strasznie ponuro), fioletowy (wreszcie się skończył, a miałam go sporo; zakręcony sweter z poprzedniego wpisu jest właśnie z tego fioletu zrobiony), kilka odcieni zielonego, brązowego, czarny, mały kawałek błękitnego, niewiele więcej cielistego, trochę kremowego, a właściwie bardziej ecru, dwa odcienie różowego, jasny fiolet w małej ilości i trochę beżowego. Chyba więcej nie było :)

U góry spódnica ma wywinięty i przyszyty pasek, w który wciągnęłam szeroką gumę. Na tym odcinku na pasek dziergałam spódnicę w rzędach dżersejem prawym, potem jeden rząd oczkami lewymi, potem już dalej prawymi i po kilku centymetrach potrzebnych na wywinięcie przeszłam do dziergania w okrążeniach. Po zakończeniu pracy na drutach, ten początek robótki wywinęłam, załamując dzianinę wzdłuż wspomnianego rzędu lewych oczek i przyszyłam od lewej strony. W ten sposób powstał tunel, w który właśnie wciągnęłam gumę (i zszyłam jej końce rzecz jasna 🙂 ). Większość okrążeń jest robiona dżersejem prawym, ale dla urozmaicenia dodałam kilka francuzem i ryżem, co było kiepskim pomysłem, bo mi teraz biodra poszerza. A mierzyłam w trakcie! Tylko, że po praniu spódniczka wyciągnęła się o jakieś 20 cm – i w sumie bardzo dobrze, bo zimowa powinna zakrywać kolana, a więcej resztek włóczek nie miałam, żeby ją po prostu wydziergać dłuższą (tylko ta czerwień). Osobiście pomogłam spódnicy w wydłużaniu po praniu 🙂

Nie spodziewałam się, że ciuch z takiego pomieszania wyjdzie taki podobający mi się :) Przyda się zimą do ciepłych rajstop. Nerki mi nie będą marzły.

IMG_8308
Zrobić sobie zdjęcie w locie z samowyzwalacza – to nie jest prosta sprawa.

Włóczka na samym dole jest trochę kudłata i dlatego wygląda, jakby była kudłata :)