Dziergonomia stosowana

Fylleryd i Alpine Meadows, czyli ciąg dalszy następuje

To jest dosłownie ciąg dalszy, dlatego zawiera odniesienia do poprzedniego wpisu.

Kolejną włóczką, do której dobrałam wzór z założeniem takim samym, jak przy Sunny Roses (czyli wzór dobrany był do dostępnego metrażu), była Haapsalu Shawl w kolorze głębokiej, ciemnej, leśnej zieleni (przepiękny jest ten kolor, u mnie na banderoli ma nr 480). Wybrałam do niej wzór Fylleryd i to z dwóch powodów: poza tym, że pasował mi do posiadanej ilości włóczki, chciałam sobie porobić bąbelki zwane nupkami (nie lubię tego słowa, będę go unikać), ale bez przesady z ilością, a w tym wzorze nie ma ich zbyt dużo. Kiedyś już tę chustę dziergałam i wtedy wydawała mi się taaaka pracochłonna. Ale latka lecą i po wielu przerobionych ażurach tym razem Fylleryd zajęła mi dosłownie kilka dni (nie policzyłam godzin), a to między innymi dlatego, że zmieniłam sposób tworzenia bąbelków – dotarło do mnie, że oczka i narzuty trzeba w nich robić luźno, żeby potem bez trudu i zgrzytania zębami zebrać je na lewo w kolejnym rzędzie. Z tą chustą przyszła mi na nowo ochota na robótki z bąbelkami, także w miarę dostępnego zasobu czasowego zamierzam porobić ich jeszcze trochę (w następnych chustach i szalach rzecz jasna).

004 (2)

I znów, pomimo szczerych chęci zużycia włóczki do końca, zostało mi jej. Ale tym razem, nawet gdybym wiedziała, że tak będzie, nie dobrałabym grubszych drutów. I tak robiłam chustę na drutach nr 2,75, co wydaje mi się największym dopuszczalnym rozmiarem dla Haapsalu, która ma 1400 m w 100 g. To znaczy wiadomo, można i na szóstkach dziergać z cienizny, ale ja nie chciałabym zbyt dużych dziur. Jak już pajęczynka, to niechże ma swoją gęstość. No i ta chusta ją ma (nieładnie tak pisać: „no i”, ale tak mi najbardziej tutaj pasowało). Z efektu jestem naprawdę zadowolona. Z resztą, czy można nie być zadowolonym z chusty, która dzięki świetnej włóczce zablokowała się cudownie i po odpięciu szpilek nadany kształt pozostał taki, jak powinien? Gotowa chusta mierzy 182 cm wzdłuż górnej krawędzi i 77 cm na wysokość. Waży 47 g, można powiedzieć, że jest lekka jak piórko (choć to zależy, od jakiego stworzenia to piórko).

009008 (3)006 (3)006

003 (2)

008 (2)

 

I na koniec, z nożem – w postaci upływającego czasu – na gardle, powstał szal (a może to chusta?) Alpine Meadows Oksany Kushchovenko, czyli po naszemu Alpejskie Łąki. To w mojej dziewiarskiej działalności trzeci zdaje się szal według tego wzoru i jak słowo daję, chociaż wybitnie mi się podoba, chwilowo mam go dość. Zmęczyłam się nim (ciekawe, kiedy znów wezmę go na warsztat zapominając o tym wyznaniu). Niemniej, nadal uważam, że jest to jeden z najpiękniejszych szali, jaki znam. Tym razem była to robótka celowa: szal zrobiłam w prezencie urodzinowym dla mojej Chrzestnej Mamy, która jest bardzo ważną osobą w moim życiu i dla której chciałam wydziergać coś wyjątkowego. Wiedziałam, że ten wzór Jej się podoba. Kolor włóczki wybrała sama, nie wiedząc do końca na co (poza tym, że miało być na szyję – to była istotna wskazówka przy doborze koloru), z zaproponowanych przeze mnie możliwości. Nie ukrywam, że przedstawiłam Chrzestnej włóczki, z których bardzo chciałam sobie podziergać, a których dotąd nie miałam w rękach. Ku mojej wielkiej radości, wybór padł na Malabrigo Lace w kolorze Garnet (nr 42, farbowanie 11737). Kiedy przyszły ze Sklep-IKu zamówione motki, byłam nimi tak uradowana, że aż sobie je sfotografowałam. I dzięki temu mogę teraz zaprezentować, jak wygląda ta włóczka w motkach. Proszę bardzo, jeszcze w pudełku (pod spodem bladoróżowa Haapsalu, której zamówieniu „przy okazji” oprzeć się nie mogłam):

001

Szal robiłam na drutach nr 2,75 (zależało mi, żeby część dżersejowa była w miarę zwarta) i 3,25 (to na border). Malabrigo to czysta wełna merino, przy której praca nad ażurowymi wzorami ma sens – po blokowaniu chusta zachowała kształt i pięknie się rozciągnęła, także górna krawędź ma ok. 215 cm. Dolnej nie mierzyłam. Na szerokość w najszerszym miejscu jest nieco ponad 42 cm. Szkoda, że nie więcej, ale to dlatego, że kiedy blokowałam szal, nie mogłam wygospodarować więcej miejsca na podłodze. Tak czy inaczej, gotowe łąki alpejskie są szalem, więc nie wiadomo jak szerokie być nie muszą. Chrzestnej Matce szal bardzo się spodobał i to jest dla mnie w tym wszystkim najważniejsze.

DSC_0102

Jest jeszcze jedna historyjka związana z tym szalem, czy może raczej jest to pomysł, jaki nań miałam, kiedy dumałam nad tym, czy dwa motki Malabrigo, czyli około 860 metrów, to dość na Alpejskie Łąki. Wymyśliłam mianowicie wyjście z tego problemu, a inspiracją był w pewnym zakresie szal Sunny Roses. Szal Alpine Meadows oryginalnie powstaje z góry na dół, czyli najpierw dziergana jest część gładka, dżersejowa. Poszerzanie górnej krawędzi odbywa się poprzez dodawanie oczek na brzegach (trzy oczka na dwa rzędy bodajże), po czym następuje część ażurowa, również z poszerzaniem i na koniec pikotkowe zakończenie. A gdyby tak zacząć jeden rząd przed ażurem na prowizorycznym łańcuszku, zrobić ażur do końca (bo przecież nie od końca, jak w Sunny Roses), po czym zebrać oczka z łańcuszka i rzędami skróconymi pociągnąć szal w górę? Mogłabym wówczas dostosować wielkość części gładkiej szala do posiadanych zasobów włóczkowych. Byłam prawie zdecydowana na takie rozwiązanie, jednak poczytałam sobie Ravelry, a konkretnie wyszukałam parametry gotowych szali, jakie powstały z wzoru na Alpejskie Łąki i wyszło mi, że włóczki wystarczy. Tak też się stało – nie tylko starczyło, ale i nie wykorzystałam wszystkich posiadanych metrów, zużyłam 83 g. W każdym razie jest to jakiś sposób na konstruowanie szali w księżycowym kształcie.

Bez nazwy 2

DSC_0115

DSC_0114

DSC_0113

DSC_0111

DSC_0101

DSC_0100

DSC_0107

DSC_0109
Jak pod słońce 🙂
Reklamy
Dziergonomia stosowana

Tęczowy otulacz i szal Sunny Roses (przy czym ciąg dalszy nastąpi)

Otulacz i szal, które chcę dzisiaj zaprezentować, powstały w sierpniu i wrześniu (roku 2018). Dawno… ale mam jakieś tam notatki ich dotyczące. Wróć. Tęczowy szalik powstawał bodajże od lipca, ale w bardzo ślamazarnym tempie, bo zaaawsze się okazywało, że jest coś innego, co można by porobić, a włóczki nie ubywało… to ja może od tego szalika zacznę.

DSC_0699

Był sobie wściekle tęczowy i strasznie cieniutki akryl. Chociaż nie całkiem był cieniutki, miejscami był grubszy, bo to taka nitka o zmiennej grubości, ale według załączonej doń informacji miał jakieś 1200 m w 100 g, co dla mnie znaczy, że był cienki. Część przerobiłam na chusty, dodając pojedynczą jego nitkę do mohairowej szarej. Te chusty już pokazywałam, o tutaj. Chusty nie pochłonęły zbyt wielu metrów i jeszcze sporo tej tęczy mi zostało, powiem jednak szczerze, że nie sądziłam, że będzie tego aż tyle, ile się być okazało. W każdym razie, postanowiłam tęczę przerobić na szalik, tym razem bez żadnych dodatkowych włóczek, natomiast tęczą potrojoną. Inna sprawa, że byłam ciekawa wyglądu takiej potrójnie wziętej nitki, która już pojedynczo jest dość szalona. Zrobiłam próbkę i zadowolona z efektu przystąpiłam do pracy. Och jakże mi się ta praca dłużyła! Na początku szło mi opornie z uwagi na to potrojenie nitki – ja nawet przy pojedynczej dość często trafiam drutem między włókna, a co dopiero przy potrójnej! Jak wiadomo, do prawie wszystkiego można się przyzwyczaić i choć do samego końca nie pozbyłam się wspomnianego problemu, to jednak po niedługim czasie doszłam do jakiej takiej wprawy. A i zmienna grubość włóczki też mi zadania nie ułatwiała. Natomiast materia, która schodziła z moich drutów nr 3 ściegiem głównie francuskim (z małym dodatkiem dżersejowego), była tak milutka, że hej. To taki rodzaj akrylu – śliski, chwilami zjeżdżający z drutów, ale bardzo milutki i lejący w „konsystencji”, że się tak wyrażę.

DSC_0703DSC_0705

Tak to sobie dziergałam, jednak ze słabnącym zapałem, gdyż włóczka wydawała się nie mieć końca, a ja się uparłam, że wyrobię ją całą. Na dodatek plątała mi się, a rozplątywanie zajmowało sporo czasu. Plątanie było moją winą, ponieważ ciągnęłam nitkę od środka motka, a wiadomo, jak to się czasem układa – zamiast nitki wychodzi pęczek, albo wręcz pęk, który trzeba rozsupłać. I ja, jak ten Kopciuszek, rozsupływałam. Odkładałam robótkę na święty nigdy przy każdej możliwej sposobności, czyli kiedy tylko wpadło mi coś innego do wydziergania (w większości sama sobie wymyślałam, co by tu sobie innego porobić, byle odłożyć ten szalik), ale w końcu włóczka się skończyła (hurraaa!!!). Natenczas zdążyłam już zmienić koncepcję (po drodze szalik miał być miedzy innymi bluzką) i ostatecznie sprułam początek, po czym połączyłam go graftingiem z końcem i tym sposobem powstał otulacz, przeeedługi otulacz, którym można się omotać na kilka razy – u mnie do pięciu razy). Złożony na pół ma 158 cm długości (na szerokość ma 25 cm), to sobie łatwo policzyć ile by miał jako zwykły szalik. Gdybym wiedziała, że wyjdzie taki długi, zrobiłabym szerszy, a krótszy. Obrobiłam mu brzegi na szydełku zwykłymi półsłupkami, żeby się nie rozciągał na długość, jak to się często dzieje w przypadku ściegu francuskiego. Nie miałam już tęczy, toteż wybrałam pasujące kolorystycznie szmaragdowe merino. Przy tej swojej długości, otulacz waży wcale niedużo – 186 g. I to by było na tyle o tęczowym szaleństwie, dla którego teraz szukam właściciela.

DSC_0716

DSC_0700

DSC_0715DSC_0721DSC_0718DSC_0723

 

Następny w kolejce był szal Sunny Roses, którego autorką jest Larisa Valeeva. Ten wzór przerabiałam już co najmniej raz (wydaje mi się, że więcej, ale głowy za to nie daję, nie pamiętam; pisząc, że przerabiałam, mam na myśli, że robiłam z niego szal, a nie, że coś w nim zmieniałam) i bardzo bardzo mi się on podoba. Ma księżycowy kształt, który uważam za bardzo praktyczny i łatwy do zawinięcia na szyi, ale przede wszystkim ma śliczne ażurowe róże (z nazwy szala wnoszę, że to róże). Pięknie to autorka wzoru zaprojektowała. Szal jest o tyle ciekawy, że jego dzierganie zaczyna się od dolnej krawędzi, która powstaje na szydełkowym łańcuszku, a liczba oczek stopniowo jest redukowana. Część bez wzoru jest tworzona przy pomocy rzędów skróconych. Wszystko to jest bardzo miłe i przyjemne, może poza kilkoma rzędami początkowymi, kiedy robótki jest dużo na szerokość, a mało na wysokość, co powoduje, że to, co jest kręci się na drucie i trzeba odwijać i odwijać, i jeszcze raz odwijać. Ale przynajmniej nic się nie plącze, poza tym można sobie zawsze powiedzieć, że najdłuższe rzędy ma się już za sobą.

DSC_0616

Szal powstał z włóczki Gazzal Dennis w kolorze nr 911 (ciemny morski) na drutach nr 4. Miałam tej włóczki jeden motek i zamierzałam tak przeprowadzić robótkę, żeby mi te 500 metrów wystarczyło (włóczka ta ma 500 m w motkach po 50 g). Tak naprawdę dobrałam wzór do włóczki. Bo ten wzór można sobie dostosować: skoro zaczyna się od części ażurowej, to przecież po jej ukończeniu mogłam sobie dalej zrobić, co mi się będzie podobało, na przykład zrobić mniej rzędów skróconych albo ostatecznie zrezygnować z ażuru, który autorka wzoru zaplanowała przy górnej krawędzi. Jak się okazało – nie było takiej konieczności, ponieważ włóczki nie tylko nie brakło, ale jeszcze trochę zostało (powstały z niej dwa spore prostokąty w krzywym kocyku). Gdyby zatem ktoś zapałał pragnieniem samodzielnego stworzenia szala Sunny Roses (na dobrą sprawę, ja nie wiem, czy w takim kształcie to jest szal, czy raczej chusta), to 500 m cienkiej włóczki przerabianej na czwórkach wystarczy. A może i na 4,5 by starczyło. Moje słoneczne róże mają 158 cm wzdłuż krótszej krawędzi, 204 cm wzdłuż górnej, 37 cm na szerokość i ważą 43 g (a zatem poszło na nie ok. 430 m).

DSC_0715
Nie ma się co oszukiwać: Gazzal Dennis jest bardzo milutką (merino w składzie) i ładną włóczką (na fotografii nie widać cudnych iskrzących niteczek, które widać przy sztucznym świetle), ale nie blokuje się najlepiej na świecie

DSC_0716

DSC_0718
Kiedy wisi, prezentuje się bardzo dobrze…
DSC_0719
… jednak na leżąco górna krawędź nie za bardzo pamięta, że była blokowana

DSC_0717

DSC_0614
Tak to wyglądało na podłodze po odpięciu szpilek (dziwne tło zrobiłam w programie graficznym, po wymazaniu karimat i prześcieradła)

Ciąg dalszy nastąpi, ponieważ kolejna chusta i szal zajmą trochę miejsca, a na dzisiaj wystarczy.

Dziergonomia stosowana

Aaa, kocyki dwa… duży i mały

Po ukończeniu pracy nad dużym kocem i jednym rzucie oka na całość, przypomniała mi się piosenka z dzieciństwa, której pierwsza zwrotka zaczynała się od słów: „Był sobie kocur bury”. Bo to taki duży koc wyszedł, czyli kocur 🙂 . I na dodatek jest bury, gdyż takich włóczek miałam najwięcej.

002

Dzierganie koca zaczęłam jeszcze w maju lub czerwcu, już nie pamiętam. I nie pamiętam, czy to przez przypadkiem znaleziony w internecie wzór o nazwie „OpArt”, który bardzo mi przypadł do gustu, czy z potrzeby opróżnienia choć jednego pudła z włóczkami, na które nie miałam pomysłu, a chciałam zwolnić trochę powierzchni życiowej w domu. Dość, że jedno i drugie powiodło się – koc zrobiłam i pozbyłam się jednego pudła. Gwoli ścisłości, użyte włóczki nie zajmowały całego pudła – pozostałe upchnęłam gdzie indziej, żeby koniecznie pozbyć się tego jednego. Co za wspaniałe uczucie – pozbyć się czegoś, co zagraca (zagraca oczywiście pudło, nie włóczki).

Koc kończyłam na początku października, ale to nie dlatego, że zabrał mi całe letnie miesiące, o nie! Letnie miesiące po prostu nie nadawały się do dziergania koca z uwagi na upał nie do zniesienia (przemilczmy mohairowy szal, który pojawił się w jednym z wcześniejszych wpisów), toteż zawiesiłam pracę nad kocem, czekając na lepszy czas.

Dziergało mi się całkiem przyjemnie, choć przy ostatnich okrążeniach nie mogłam się doczekać końca, a i tak nie dotrwałam do takiej liczby okrążeń, jaką zakłada wzór dla rozmiaru dorosłego, a mianowicie dającej 888 oczek w jednym okrążeniu. U mnie jest ich nieco ponad 800, ale jest to naprawdę małe nieco. Tak więc dzierganie było łatwe i przyjemne, szczególnie, że koc jest cały wykonany ściegiem francuskim, czyli na zmianę okrążenia prawe i lewe; podejrzewam, że byłaby to doskonała robótka filmowo-meczowa lub lekturowa dla osób, które lubią podczas dziergania porobić coś jeszcze – ja nie bardzo, dostaję oczopląsu.

Pozytywnie zaskoczył mnie wynik wykorzystania różnokolorowych włóczek, nie sądziłam bowiem, że takie pomieszanie może dać zamierzony przez autorkę wzoru efekt iluzji optycznej – wydawało mi się, że będzie to możliwe tylko przy użyciu dwóch kontrastujących ze sobą kolorów naprzemiennie, tak jak u Melissy. W dodatku zgodnie z wzorem pasy kolorów powinny być coraz szersze, a u mnie podyktowane są najczęściej ilością włóczki w danym kolorze. A tu proszę, mam wrażenie, że linie na kocu są powykręcane. Osiągnąć ten efekt można w bardzo prosty sposób: zwykle kwadrat w okrążeniach tworzy się dodając w co drugim okrążeniu po dwa oczka w każdym rogu kwadratu, a dokładniej – jedno oczko przed rogiem i jedno za rogiem, czyli w sumie 8 oczek w co drugim okrążeniu; tutaj oczka dodawane są w każdym okrążeniu, tyle że w sumie 4 i tylko za rogiem. Gdybym miała możliwość zablokowania koca w celu nadania mu bardziej wyraźnego kształtu, uzyskany wiatraczek wyglądałby jeszcze ciekawiej, ale taką powierzchnią (wolną) nie dysponuję. Koc nie jest wprawdzie przeogromny, bez rozciągania jeden bok ma ok. 130-135 cm, a po przekątnej 200, ale ścieg francuski ma to do siebie, że można go mocno rozciągnąć, zwłaszcza, jeśli się przerabiało oczka w miarę luźno, a ja tak właśnie robiłam. I takiej powierzchni wolnej nie mam. Przy użyciu drutów nr 4,5 oraz włóczek różnej grubości i o różnym składzie, oczka wychodziły raz bardziej raz mniej ściśle, ale w większości – mniej ściśle. Niektóre włóczki były tak grube, że te druty były dobrane akurat, inne włóczki zostawiały trochę luzu, jeszcze inne przerabiałam w dwie lub więcej nitek (do ośmiu, o ile dobrze pamiętam, przy bardzo cienkich nitkach). Oczka zamykałam na drutach nr 6.

Tak to właśnie było z tym burym w kolorystyce kocem, który jest intensywnie użytkowany (również jako narzuta na kanapę lub peleryna, gdy Mąż wietrzy pokój), świetnie można się nim otulić, a rozciągliwość działa bardzo na jego korzyść – przy mojej długości ciała wystarcza od stóp do głów (dosłownie, ponieważ już przykrywałam się razem z głową). I to by było na tyle odnośnie dużego koca.

Mały kocyk z dużym ma wiele wspólnego – poza tym, że jest bury, on też powstał z zalegających włóczek, samych końcówek właściwie, z tym że według własnego mego pomysłu pod roboczą nazwą: łącz kolory we wszystkie strony bez przekładania drutów i zszywania. Zamiar miałam taki, by kolejne elementy dorabiać w różnych kierunkach, czyli na przykład dobierać oczka na boku właśnie zakończonego fragmentu, zaczynając od miejsca, w którym ten fragment skończyłam. I udało się, choć miałam chwile zwątpienia, czy jest sens, bo mi to trochę chwilami na siłę wychodziło. Zaczęłam od dużego niebieskiego prostokąta, po czym leciałam dalej, ale w jakiej kolejności to już nie tylko nie pamiętam, ale nawet nie jestem w stanie odtworzyć na podstawie gotowego kocyka. Ramkę robiłam już w okrążeniach, ale też zaczynając od miejsca, w którym skończyłam wcześniejszy element.

DSC_0478

Jeśli ktokolwiek chciałby poczynić uwagę na temat doboru włóczek i tego, jaki mają wpływ na potrzebną ilość oczek oraz ostateczny kształt wyrobu, to ja od razu informuję, że wiem, widzę, że kocyk jest niemożliwie krzywy, ale nie, zupełnie mi to nie przeszkadza, choć nie było tego w planie. A nawet mi się podoba, bo dzięki krzywiznom nie jest… prosty. No dobrze, nie wiem, jak to wyrazić. Po prostu nie jest taki bardzo od-do. Chociaż mógłby jako całość bardziej przypominać prostokąt.

Kocyk powstał na drutach nr 2,75 (oraz 3 na ostatnie okrążenia i 4 do zamykania oczek) z włóczek o grubościach od 400 do 1000 m na 100 g (Gazzal Dennis, Alize Lanagold 800, Drops Fabel i jeszcze takie bez nazwy). Ma 77 na 83 cm, czyli jest to malutki kocyk i cienki dość, ale za to lekki. Kolory ogólnie bure, choć jest tam i różowy i niebieski i piękna zieleń, nie mówiąc już o intensywnie żółtym.

I tak od koca (kocura) burego do kocyka małego wyszły mi… aaa… kocyki dwa.

To wszystko na dzisiaj. Uprzejmie dziękuję za uwagę i oddalam się w kierunku obowiązków domowych (mówiąc wprost – idę szykować zaczyn na chleb).

Dziergonomia stosowana

[spektakularny tytuł] Szal orenburski

Zastanawiałam się, jaki by tu niezwykły tytuł nadać dzisiejszemu wpisowi, ale jedyne, co mi przyszło do głowy to… „Imperium atakuje”. Ma się to nijak do delikatnej materii, jaka jest treścią, a ponadto mogłoby wywołać nieodpowiednie skojarzenia natury politycznej. A przecież chodzi tylko o nazwę szala: Russian Empire. Zostanę więc przy najbardziej prostym z możliwych, bo przecież chodzi o szal orenburski.

DSC_0034

To był ten większy projekt, podczas którego robiłam sobie przerwy na inne robótki. Kiedy sobie wspomnę, ile czasu powstawał mój pierwszy orenburski szal (przypomnę: półtora roku), sama nie mogę się nadziwić, że tym razem poszło tak sprawnie – około półtora miesiąca, nawet trochę mniej. Szal dziergałam w lipcu i sierpniu. Przerwę zrobiłam sobie mniej więcej w połowie pracy, wtedy bowiem zaczął mi się mylić wzór, poprawki (czytaj: prucie) obejmowały coraz większe fragmenty, a oczka wykazywały tendencje do zjeżdżania z drutów. Tak więc doszłam do wniosku, że konieczna jest krótka przerwa. Krótka – żeby mi rytm, w który już zdążyłam wpaść nie uleciał zupełnie. Bo ten szal dziergało mi się cudownie (pomijając to przesilenie), dość szybko pomimo cienkiej nitki (Haapsalu od Midary) i cienkich drutów (nr 2). Co więcej, po zmianie drutów na grubsze przy innej robótce jakoś nie mogłam sobie poradzić, tak się do tych, jak to wiele osób nazywa, wykałaczek przyzwyczaiłam. 

DSC_0043

Na temat samego szala nie ma się co specjalnie rozpisywać, wymienię tylko to, co najważniejsze. Po pierwsze, powstał na podstawie wzoru Russian Empire, którego autorką jest Russian Lily. Powstał przy pomocy kursu stworzonego przez Intensywnie Kreatywną (po raz kolejny oglądałam niektóre filmy, chociaż tym razem już wystarczyły mi fragmenty). I nie wiem, czy nie najważniejsze: zrobiłam ten szal dzięki kochanej osobie, która zapragnęła taki mieć dla siebie, po tym jak zobaczyła mój. Ja się z zamówienia bardzo ucieszyłam, bo tworzenie tego szala to wielka przyjemność (była, jest i będzie) i od razu wyraziłam gotowość zabrania się do pracy. Dopiero po chwili przypomniałam sobie, ile czasu zajęło mi dzierganie mojego, ale przecież to było dawno, poza tym miałam ostatnio znacznie więcej czasu na robótki. Jak to miło pracować nad czymś, jeśli się całym sercem do pracy człowiek garnie. Nie wiem nawet, jakich by słów użyć, żeby były adekwatne do radości, jaką ja miałam dzięki temu szalowi. Po raz kolejny napiszę: uwielbiam cienkie włóczki i dodam jeszcze, że również cienkie druty. O niegasnącej miłości do ażurowych wzorów nie wspominając.

DSC_0051

To właściwie wszystko. Nie było po drodze żadnych dramatów ani komplikacji, które mogłabym opisać, tak dobrze mi się pracowało. Tylko jeszcze szczegóły robocze: włóczka to Haapsalu Shawl Yarn od Midary (100% wełna merino, 1400 m w 100 g), kolor 030; zużyłam 110 g na drutach nr 2. Starałam się dziergać ścisło, żeby oczka były równe, co zaowocowało wymiarami szala 64 x 183 cm.

I przypomniał mi się jeszcze jeden szczegół, który korzystnie wpłynął na tempo mojej pracy nad szalem. Otóż ja wolę schematy, dlatego rozrysowałam sobie przygotowany przez Intensywnie Kreatywną opis słowny brzegu szala, zostawiając na kartce po jego prawej stronie miejsce na odhaczanie rzędów części głównej szala, których jest blisko 800. Obok każdej linijki w schemacie wpisywałam sobie kolejno, który rząd przerabiam i dzięki temu łatwo było mi się połapać i nie pogubić pomiędzy brzegiem a szalem, którego schemat miałam wydrukowany na osobnej kartce. Tej metody używałam już wcześniej przy innych pracach i w moim przypadku sprawdza się ona doskonale.

Na tym kończę, pozostawiając Was z efektami mojego dalszego zapoznawania się z nowym sprzętem do fotografowania.

DSC_0065
Szal widziany od jednego końca
DSC_0055
i od drugiego
DSC_0063
od lewej strony
DSC_0045
i od prawej
DSC_0059
w całości w poziomie

A dalej w mniejszych lub większych fragmentach:

DSC_0052DSC_0063DSC_0066DSC_0036DSC_0037DSC_0038DSC_0039DSC_0040Bez nazwy 1

Pięknego dnia!

Dziergonomia stosowana

Serweta Magda oraz dygresja językowa

Kolejnym, po szalu estońskim, przerywnikiem w większym projekcie była ta oto serweta o nazwie / imieniu Magda.

DSC_0077 (2)

Wzór pochodzi z książki „Serwety wykonane na drutach” (Warszawa 1961) Wery Tuszyńskiej i jest drugim po Jesieni, za który się zabrałam. Nauczka, jaką otrzymałam od mohairowego szala, wystarczyła, by tym razem do przerabiania wybrać bawełnę, a jak bawełna, to czemu by nie serweta? Mam oczywiście na myśli dzierganie w upale – nigdy więcej mohairu, kiedy żar się leje z nieba (ciekawa jestem, swoją drogą, kiedy o tej deklaracji zapomnę i znowu sama się wrobię, no, pewnie nie wcześniej, niż za rok). Wybrałam zatem śliczną, błękitną bawełnę Cotton Fillet by Sajnóg. Teraz będzie dygresja. Dlaczego, niech mi kto powie, polski producent nadaje swoim wyrobom obcojęzyczne nazwy i banderole opisuje również w obcym języku? Ja wiem, że angielski nie jest taki znowu obcy wielu Polakom, ale nasz polski język to jednak nie jest. Ciekawa jestem, czy jakikolwiek angielski wytwórca nazywa przedmioty swojej oferty po polsku. Bardziej jednak od tej nazwy Cotton Fillet nie mogę zrozumieć pozostałych elementów opisu kordonka. Na banderoli jest bowiem zamieszczona informacja: „100% cotton, mercerized – gassed – combed”, podany jest metraż, obrazki o praniu oraz następująca notka: „produced for: Sajnóg Pasmanteria” i dalej dane adresowe – już po polsku. No i dla kogo te kordonki są produkowane? Czy to aż tyle idzie na eksport, że nazwa i informacja o włóczce musi być w obcym języku? Ale gdyby tak było, wówczas adres i opis kontaktu z producentem też powinny być nie po polsku. Ech, nie rozumiem tego. Jaka tu motywacja? Żeby nie było wątpliwości, sam kordonek bardzo mi pasuje, wprawdzie przerobiłam ledwo 3/4 motka, ale nie mam mu niczego do zarzucenia. Koniec dygresji.

Wracając do serwety, podniosła mi ona ciśnienie w kilku miejscach i były momenty, kiedy zamierzałam ją spruć i dać sobie spokój z tym wzorem. Ale nie doszło do tego, przede wszystkim z powodu takiego, że nie lubię się poddawać (przy robótkach i ażurach w każdym razie), no bo co w końcu – jeśli nawet instrukcja nie jest dokładna i trzeba się domyślać (a ja bardzo lubię, kiedy opis nie pozostawia żadnych wątpliwości), to przecież wiem mniej więcej, co ma wyjść i jak nie jedną, to inną drogą cel osiągnę. Pytanie tylko, jaką wybrać drogę, żeby efekt był satysfakcjonujący. W tym przypadku nie mogłam się zdecydować jak przerabiać podwójny narzut na łączeniu kolejnych okrążeń. Jeśli podwójny narzut jest w środku okrążenia, to nie ma problemu – w następnym okrążeniu wybieram takie jego przerabianie, jak mi pasuje i zawsze wygląda to tak samo. Na łączeniu okrążeń tak się nie da – mimo wszystko jest to łączenie i oczka nie leżą idealnie z jednej linii. Z taką sytuacją, przyznaję, jeszcze się nie spotkałam, a autorka wzoru nigdzie nie wspomniała, jaki ma pomysł na to zagadnienie. I teraz nastąpi faux paux, że się tak wyrażę, ponieważ to było w lipcu i ja nie pamiętam, na co się w końcu zdecydowałam. Jest to jednak o tyle bez znaczenia, że gołym okiem widać, gdzie jest w serwecie to nieszczęsne łączenie, czyli moja taktyka nie okazała się być najszczęśliwszą. Gdyby ktoś znał dobre wyjście z tego podwójnego narzutu, ja bardzo proszę o podzielenie się. Na poniższym obrazku występują: po lewej – podwójny narzut na łączeniu okrążeń, po prawej – w środku okrążenia (to te oczka biegnące przez środek w poziomie).

Coś tam jeszcze było w tej serwecie, co mnie do niej zniechęcało (oczywiście nie pamiętam co), ale ostatecznie powstała i zostanie u mnie, ja bowiem ten błękit zakupiłam po to, żeby zrobić z niego coś, na co sama będę mogła popatrzeć. Gorzej, że efekt nie jest taki, jaki bym sobie wymarzyła (właśnie przez te podwójne narzuty), ale też prawdą jest, że nerw mi przeszedł i już nie widzę mankamentów, a w każdym razie nie rażą mnie one.

Do wykonania serwety wprowadziłam tylko jedną zmianę względem opisu, a mianowicie na początku oczka nabrałam na szydełkowy łańcuszek. W serwecie najpierw powstaje prostokątny środek, po czym na jego brzegach nabiera się oczka do pracy w okrążeniach. Ja lubię mieć w takich przypadkach oczka tak zwane żywe, o ile to możliwe, a nie nabierać z brzegu, a tym razem szczególnie mi na tym zależało, ponieważ na końcu prostokąta, na krótszej krawędzi, i tak miałam oczka na drucie, więc logiczne, że po przeciwnej stronie dobrze wyglądają takie same, a nie nabierane z brzegu. Dlatego zastosowałam ten szydełkowy łańcuszek, a nie zwykłe nabieranie oczek.

Serwety nie krochmaliłam, za to po zablokowaniu ośmieliłam się ją wyprasować… Liczyłam na to, że luźno zamknięte oczka na brzegu (wiem, widać to gołym okiem) rozciągną się i trochę poprawię w ten sposób wygląd serwety. Cóż, może i się nieco naciągnęły, ale to nic w porównaniu z tym, że całość zaczęła falować, jakby w tej części w okrążeniach było zbyt dużo oczek. Druga, bardziej prawdopodobna wersja wydarzeń jest taka, że nieprawidłowo przerabiałam rzędy powrotne w środkowym prostokącie. Wszystkie widoczne tam dziurki to podwójne narzuty i ja w rzędach parzystych robiłam je nie pamiętam dokładnie jak, ale zdaje się, że przekręcałam jedno, żeby te dziurki estetycznie wyglądały, ale siłą rzeczy dziurki są mniejsze, niż gdybym robiła z nich zwykłe prawe plus lewe, a zatem cały prostokąt na tym stracił. Dla porównania, w okrążeniach robiłam już prawe i lewe – i efekt jest inny. Dziwne, że przyblokowaniu ten nadmiar oczek nie był widoczny, wyszedł dopiero po uprasowaniu.

0DSC_0076
Oto dowód – zdjęcie z blokowania

To wszystko o błękitnej Magdzie, a na koniec jeszcze dane produkcyjne:

włóczka Cotton Fillet by Sajnóg (100% cotton, eee… 100% bawełna merceryzowana, 100g = 570 m), kolor 0051, zużycie: 75 g

druty nr 2,75 i 3,25

wymiary gotowej serwety: 64 x 74 cm

I jeszcze kilka fotografii:

DSC_0070DSC_0072DSC_0079DSC_0078

 

Wszystko inne

Pyszna końcówka lata

Nie mogłam się oprzeć. Bo wiecie, ja wprawdzie nie przepadam za śliwkami (w odróżnieniu od mego Męża, który je uwielbia), ale powidła śliwkowe… Głód mnie dopada na samą myśl. Zapragnęłam swoich własnych powideł. I mam, przepyszny słodko-kwaskowy smak zamknięty w słoiczkach. Nie z kuprowego garnka, bo takiego nie posiadam i nie zanosi się, bym miała go mieć. Smażone nie trzy dni, tylko dwa – z braku czasu i mocy przerobowych. Ale za to prawdziwe – z samych tylko śliwek, bo powidłom nie potrzeba niczego więcej. Resztka z garnka, której było zbyt mało na kolejny słoiczek, została wyjedzona przez nas bardzo, bardzo dokładnie i jeszcze na ciepło.

Dzisiaj mało treści, mało fotografii, ale za to mnóstwo smaku. Kto lubi powidła śliwkowe?

DSC_0070

DSC_0072

Dziergonomia stosowana

Mohairowy grzejnik letni, czyli jak się samemu potorturować podczas upałów

[Wpis ten powstał ze dwa tygodnie temu, to tak odnośnie ulgi po zakończeniu upałów; opóźnienie publikacji wynikało z braku obróbki zdjęć 🙂 ]

Ufff, najgorsze już chyba przeszło i jeśli nawet w ciągu dnia jest gorąco, to przynajmniej wieczory i noce są chłodne – można żyć. Nijak jednak nie umiem wytłumaczyć, co mnie napadło, żeby przy tych upałach, jakie nawiedziły nas tego lata, dziergać szal z mohairu. W motku mohair jest milutki, mięciutki i nie gryzie, ale przecież tyle już z niego wyrobów wytworzyłam, że dobrze wiem, jakie to włókno: grzejące (co najmniej). I chociaż chciałam bardzo szala, to przecież nie musiał być z mohairu.

DSC_0080000

Zaczęło się od tego, że potrzebowałam zrobić sobie niedługą przerwę w czasochłonnym i pracochłonnym projekcie, innym szalu z resztą. O tym innym będzie w najbliższej przyszłości, bowiem zostało mi tylko jego pranie i blokowanie. Bardzo potrzebowałam tej przerwy, gdyż zaczynało mi się wszystko mylić, co oznacza w moim przypadku zwyczajne zmęczenie materiału (czyli mnie). Jako robótkę odpoczynkową koniecznie chciałam obrać jakiś projekt z książki, która kilka dni wcześniej przyszła do mnie pocztą i oczywiście nie mogłam się oprzeć, żeby jej natychmiast nie wykorzystać. Książka to znana miłośnikom szali, chust i ażurów, a mianowicie Art of lace knitting Nancy Bush. Co do samej książki, czytałam o niej wiele bardzo zachęcających do zakupu opinii, widziałam zdjęcia zamieszczonych w niej wzorów i doszłam do wniosku, że ja też chcę ją mieć. Rzeczywiście, zgodnie z tym, co wcześniej czytałam, opowieść o historii szali estońskich jest bardzo ciekawa i warto ją poznać, żeby wiedzieć, co się dzierga, kiedy się za szale estońskie zabiera. Miałam wprawdzie pewne wątpliwości odnośnie autorki – to znaczy myślałam sobie: co może nawet bardzo zafascynowana Amerykanka wiedzieć o wyrobach z Estonii, poza tym, co wystudiowała i czego się nauczyła, żeby aż pisać książki – podręczniki na ten temat, jednak przyznać muszę, że jej relacja o szalach z Haapsalu (i nie tylko) świadczy o tym, że może wiedzieć wiele. Fotografie w książce bardzo istotnie podnoszą jej wartość estetyczną, że tak powiem – są piękne. Nie odtworzyłam jeszcze (!) dołączonej do książki płyty DVD, dlatego moja ostateczna opinia nie jest dotąd ukształtowana. Bo póki co, w szał niestety nie wpadłam. Ja się po prostu spodziewałam czegoś więcej: więcej opisów na cienizny, a nie na grubsze włóczki, no i przede wszystkim więcej samych schematów estońskich ażurów. Cieszę się z tej książki, choćby dlatego, że już w trakcie czytania wstępu wiedziałam, że w następnej kolejności będę szukać książki o szalach szetlandzkich oraz orenburskich (o ile znajdzie się w jakimś języku, który jestem w stanie zrozumieć), wspomnianych przez autorkę.  Mimo wszystko mam wrażenie, że kupiłam nie tę książkę, którą chciałabym mieć. A chciałabym mieć dzieło The Haapsalu Shawl. A Knitted Lace Tradition from Estonia, autorstwa Siiri Reimann i Aime Edasi. Spotkałam się z nim już kiedyś gdzieś w internecie, ale nie wiedziałam co to. Zbiegiem okoliczności niedawno zobaczyłam tę książkę na stronie Intensywnie Kreatywnej we wpisie AgatkiM, której bardzo dziękuję za dokładne informacje o tym wydawnictwie. Przede mną zatem polowanie, ale to raczej nie w najbliższym czasie, bo mi tego czasu zwyczajnie nie starcza na wszystko, co jest do zrobienia.

Już wracam do tematu przewodniego dzisiejszego wpisu, czyli do mohairowej udręki. No dobrze, udręki w niepełnym tego słowa znaczeniu, bo przecież sam szal był bardzo wdzięczny w produkcji. To właśnie wzór wybrałam w pierwszej kolejności, dopiero do niego przypałętał się ten motek, jako idealnie pasujący. Szale estońskie cechuje zazwyczaj bogate zdobienie w postaci bąbelków, ślicznych małych kuleczek, będących często zmorą dziewiarek. Dla mnie to może nie zmora, ale pożeracz czasu, toteż nie zdecydowałam się tym razem na ich dzierganie – w końcu to miał być tylko przerywnik. Wybrany przeze mnie Lilac leaf shawl ma dosłownie drobny rzucik tych kuleczek. A jak już się człowiek wreszcie weźmie i zdecyduje na wzór, to trzeba znaleźć w zasobach (absolutnie nie poza nimi, trzeba je używać, nie tylko gromadzić) odpowiednią włóczkę. Na ten szal nie pasowała cienka (zbytnio) Haapsalu, innej typu lace w wystarczającej ilości nie znalazłam, a zatem – cienki mohair, a konkretnie Kid Royal Alize – to jest to – pomyślałam zupełnie nie bacząc na to, że przecież się ugotuję od tej włóczki w lipcowym upale. No i się niemalże ugotowałam, ale się zawzięłam i szal powstał.

DSC_0068

Szal powstał tak, jak go zaprojektowała autorka, poza jednym drobnym zabiegiem, polegającym na zrobieniu na początku obydwu ozdobnych brzegów. W instrukcji kolejność pracy jest następująca: pierwszy ozdobny brzeg i dalej bez przerywania reszta szala aż do drugiego brzegu, po czym osobno drugi brzeg, który po ukończeniu jest doszywany do głównej części szala. Żeby sobie oszczędzić zastanawiania i obliczeń, na ile mi starczy włóczki, zrobiłam obydwa brzegi jeden po drugim i na tym drugim ciągnęłam szal – co to za różnica, w końcu brzegi są identyczne.

Do blokowania szala przyłożyłam się bardzo i spędziłam sporo czasu z miarką i szpilkami wyznaczając równe odstępy pomiędzy tymi ostatnimi. Warto było się pogimnastykować, gdyż szal po odpięciu od karimaty jest równiutki i na szczęście nie skurczył się pomimo nie najbardziej wyszukanego składu włóczki. Samej włóczce nie mam do zarzucenia nic, poza tym, że podczas pracy zrzuca nieco swych kłaków. W te upalne dni sam ich widok mnie gryzł, ale szczytem wszystkiego było znalezienie jednego na talerzu ze śniadaniem… Wstyd jak nie wiem co, na szczęście tylko przed Mężem. Ale też nikt nie obiecywał, że śladu po włóczce nie będzie, czego nie można powiedzieć o innej, którą przerabiam obecnie. Ta ma napisane w kilku miejscach „antypilling”, przez co ja rozumiem, że nie zostawia kłaków, nawet obrazek porównawczy zawiera, a tymczasem moja czarna letnia bluzka, którą raz miałam na sobie podczas dziergania, wyglądała jakbym bawiła się ze stadem białych kotków (włóczka jest biała). Ale o tym innym razem.

To ja już podsumuję tę robótkę:

włóczka Kid Royal Alize (motek 50 g = 500 m, kolor 542), zużycie: jeden motek bez kilku metrów

druty nr 3,5 (część środkowa) oraz 4 (brzegi)

wymiary gotowego szala: 46 x 163 cm

DSC_0007
to zdjęcie jest słabe, ale pokazuje blokowanie
DSC_0066
a to jest chyba nieco prześwietlone…

DSC_0064

DSC_0017

DSC_0052
linia biegnąca przez środek szala pochodzi z łączonego tła, nie z samego szala

DSC_0080

DSC_0081
bo ja się uczę nowego aparatu fotograficznego i jeszcze sporo tej nauki przede mną

Na koniec chciałabym wyznać, że szal powstał jeszcze w lipcu, ale żadna siła by mnie wówczas nie zmusiła do biegania z nim po planie zdjęciowym, nawet krótko. Tylko blokowanie uwieczniłam i to się odbyło tuż po zakończeniu dziergania. Na pozostałe zdjęcia szal musiał sobie poczekać i stąd jego prezentacja ma miejsce dopiero teraz.