Dziergonomia stosowana

Koronkowe życzenie

Wspominałam ostatnio, że tworzę coś, co bardzo mnie cieszy i to będzie niespodzianka. Na załączonej fotografii widać było tyle, że włóczka to Haapsalu od Midary i że będzie ażurowo. I jest. Skończyłam, zablokowałam, oddałam we właściwe ręce.

IMG_9122.JPG

A było to tak…

Podczas rodzinnej uroczystości pod koniec maja pewna młoda dama, lat 7 i jedna czwarta, zobaczyła mój orenburski szal, w który byłam przystrojona. Zachwyciła się nim natychmiast, dotykała, przykładała do swojej małej postaci i, jak się to mówi, nie posiadała się z zachwytu nad ilością delikatnej koronki. Spojrzała na mnie i poprosiła: „uszyjesz mi taki?”. Cóż, takiej prośbie, popartej takim zachwytem i jednocześnie pragnieniem, jakie ja wyraźnie widziałam w jej oczach, oprzeć się po prostu nie da. Obiecałam, że uszyję, to znaczy zrobię, rzecz jasna, na drutach. Chciała taki sam, zgodziła się oczywiście na rozmiarem dostosowany do siebie (mój jest wielki), ale żeby był cały taki koronkowy i z tej samej włóczki, w tym samym kolorze. Przyznam, że ta prośba zaskoczyła mnie, choć znam tę dziewczynkę na tyle dobrze, że mogłam się spodziewać, że prędzej spodoba się jej koronkowy szal, niż lalka typu barbie lub świecące tenisówki (o młotku i gwoździach nie wspominając – to nie jest żart, ja w jej wieku miałam przy łóżku jako dyżurną zabawkę pożyczony od Taty mały młotek, kilka deseczek i gwózdki, z których z wielkim upodobaniem zbijałam różne rzeczy, a Tatuś mój kochany zaprenumerował mi najlepsze w moim ówczesnym świecie pisemko dla dzieci p.t. „ABC techniki”).

Powróciwszy do własnego domu, wyciągnęłam z pudła z włóczkami Haapsalu, która została mi po moim orenburskim szalu, oceniłam jej ilość jako wystarczającą i zaczęłam szukać wzoru. Miałam wprawdzie pomysł, by wykorzystać Russian Empire, jednak szybko zrezygnowałam z jego pomniejszania (i z niego w ogóle), bo przy tej ilości oczek, jakie miałam w planie, zostałaby tylko jakaś marna namiastka pięknego ażuru. Sporo czasu zajęło mi to szukanie, jak to zwykle u mnie bywa, aż w końcu postanowiłam samodzielnie sklecić coś, co mi będzie pasowało do skromnej wielkości szala. Piszę „sklecić”, ponieważ poza dwoma elementami nie wymyślałam wzorów sama. I tak: ozdobny brzeg szala łącznie ze sposobem jego tworzenia pożyczyłam z szala Ardrum Scarf (jeszcze nie opanowałam samodzielnego dostosowywania schematów brzegów do takiego sposobu tworzenia rogów, jakiego uczyła Intensywnie Kreatywna w swoim orenburskim kursie); dwa wąskie paski ażuru, te najbliżej górnej i dolnej krawędzi, rozrysowałam sobie sama, bo jednak bardzo chciałam tam coś swojego dodać; trzeci pasek – ten najbliższy części środkowej – to pomniejszona wersja choineczek (czy cokolwiek to jest), które stanowią środki rombów wspomnianej środkowej części. Tu następuje kropka, bo ileż można średników wrzucić do jednego zdania. Ażurowe paski rozdzieliłam rzędami zwyczajnej sekwencji: narzut, dwa oczka przerabiane razem. Część środkowa i zasadnicza szala to romby, pochodzące z kolekcji wzorów estońskich. Tym samym (i coś mi się zdaje, że również sposobem tworzenia brzegu) zaprzepaściłam orenburski charakter szala, nadając mu cechy estońskiego. Inna sprawa, że oczka przerabiałam konsekwentnie tak, jak to ma miejsce w szalach orenburskich, a i same romby nieco w tym celu zmodyfikowałam. Wszystkie rzędy są zatem przerabiane na prawo, dzięki czemu szal jest dwustronny. Wszystkie oczka po dwa i trzy razem są przerabiane jako przekręcone, bez układania i zmiany kolejności, czyli po prostu tak, jak leżą na drutach, tak są zebrane razem (u mnie leżały prawą nóżką do przodu, drut wbijałam w nie od prawej do lewej, zbierając je za tyle nóżki – nie umiem tego bardziej zrozumiale opisać). We wzorze rombów nie robiłam bąbli, zwanych też nupkami, gdyż wydaje mi się, że w orenburskich szalach bąble nie występują (jeśli się mylę, bardzo proszę o pouczenie), zamiast nich przerabiając zwykłe prawe oczka.

Sama nie wiem, do jakiej kategorii ten szal zakwalifikować, ale jakie to ma znaczenie? Jest koronkowy, odpowiedniej wielkości, ku własnemu zdziwieniu memu powstał dosłownie w półtora tygodnia (po czym ze dwa czekał łaskawie na zblokowanie…). Przekazałam go Mamie tej młodej damy, od której cała historia wzięła początek, a kilka dni później nowa właścicielka dostała go w swoje ręce. Z relacji wiem, że się tak bardzo ucieszyła, że trudno to wyrazić słowami. Przymierzała przed lustrem i nawet chciała zabrać wychodząc na podwórko, ale to, jak również spożywanie obiadu z szalem na ramionach, zostało jej wyperswadowane. Dla mnie to chyba jeszcze większa radość – z dorosłymi jest jednak inaczej, natomiast dziecku sprawić taką uciechę – to szczególne przeżycie.

Teraz nastąpi sesja zdjęciowa, a po niej ciąg dalszy.

aIMG_9118IMG_9124

aIMG_9114
Blokowanie nie wyszło mi idealnie, wszystko przez pośpiech

aIMG_9129aIMG_9130aIMG_9119aIMG_9141

aIMG_9144
Przez obrączkę przechodzi 🙂

Na wypadek, gdyby ktoś pomyślał, że w wykonaniu takiego szala jest jakaś trudność, chciałabym temu zaprzeczyć, a na dowód rozpiszę krok po kroku, jak szal robiłam. Miejcie tylko proszę na uwadze, że to jest nieduży szal, po zablokowaniu ma 40 x 132 cm. Z nieco grubszej włóczki i na grubszych drutach na pewno wyjdzie większy. No i masz ci los! Nie zapisałam sobie, jakich drutów używałam i teraz nie pamiętam na pewno, ale wydaje mi się, że 2,25. O ile dobrze pamiętam, zużyłam 37 g Haapsalu, czyli malutko.

Szal zaczyna się od ozdobnego brzegu, który powstał według opisu wspomnianego już Ardrum Scarf, do którego Was odsyłam w kwestii instrukcji, z tym, że ja potrzebowałam mieć na środku 55 oczek, dlatego przerobiłam 10 powtórzeń schematu. Każde powtórzenie to 16 rzędów, czyli 8 oczek do nabrania na zasadniczą część szala. To daje w sumie 80 oczek, jednak tutaj nie nabiera się wszystkich oczek z brzegu – w rogach szala brzeg ma zakręcać, zatem tych oczek nabiera się mniej. Autorka wzoru dokładnie to opisała. Co moim zdaniem ułatwi pracę, to nabranie początkowych 12 oczek nie metodą zaproponowaną przez autorkę, ale na prowizoryczny łańcuszek – łatwiej potem przełożyć je na drut.

Po przerobieniu dziesięciu powtórzeń schematu brzegowego, nabrałam 56 oczek na brzegu szala (3×4 oczka, 4×8 oczek i znów 3×4 oczka), co jest bardzo bliskie zamierzonych 55. Tego nadmiarowego nie odjęłam – zostawiłam je po lewej stronie części głównej. To jest jednak widoczne w gotowym szalu i być może na drugi raz odjęłabym to oczko w kolejnym rzędzie, a potem sobie je dodała przed przystąpieniem do dziergania górnego brzegu szala.

To był mój pierwszy rząd zasadniczej części szala. Dalej będę pisać tak, jak powinno być, a nie jak ja zrobiłam, ponieważ u mnie na samym końcu szala trzeba było dorobić cztery rzędy prawych oczek, żeby dopasować się do ozdobnego brzegu, a spokojnie mogłam dwa z nich dodać na początku i wówczas rozkład wzorów byłby równomierny (ale sobie tego nie przeliczyłam na początku pracy). W poniższej instrukcji nadmiarowe rzędy rozłożone są równomiernie. Środkowa część szala liczy 56 oczek (jak u mnie).

Zapomniałam napisać, że należy kontynuować ozdobny brzeg, z tym, że na początku rzędów przerabiamy oczka w odwrotnej kolejności, niż na końcu (te przerabiamy tak, jak wcześniej). Można to sobie podejrzeć w opisie szala Ardrum Scarf, gdyż autorka rozpisała to bardzo dokładnie. A teraz wracam do mojego środka.

Rz. 2-6: wszystkie oczka prawe

Rząd 7: oczko prawe, (dwa razem, narzut) – zawartość nawiasu do końca, na końcu oczko prawe

Rz. 8-12: wszystkie oczka prawe

Rz. 13-22 według schematu 1:

Schemat 1

Rz. 23-26: wszystkie oczka prawe

Rz. 27: jak rz. 7

Rz. 28-32: wszystkie oczka prawe

Rz. 33-40 według schematu 2:

Schemat 2.jpg

Rz. 41-44: wszystkie oczka prawe

Rz. 45: jak rz. 7

Rz. 46-50: wszystkie oczka prawe

Rz. 51-60 według schematu 3:

Schemat 3.jpg

Rz. 61-64: wszystkie oczka prawe

Rz. 65: jak rz. 7

Rz. 66-70: wszystkie oczka prawe

W kolejnym rzędzie rozpoczynamy schemat 4, czyli romby. Przerysowałam go do takiej postaci, w jakiej ja go przerabiałam:

Schemat 4.jpg

Schemat rombów przerabiałam 3 razy na szerokość i 9 razy na wysokość. W ten sposób dochodzi się do rz. 394. Oczywiście można wykonać więcej powtórzeń. W przypadku dziwięciu, dalej przerabiamy następująco (odbicie początku):

Rz. 395-398: wszystkie oczka prawe

Rz. 399: jak rz. 7

Rz. 400-404: wszystkie oczka prawe

Rz. 405-414 według schematu 3 (= Rz. 51-60)

Rz. 415-418: wszystkie oczka prawe

Rz. 419: jak rz. 7

Rz. 420-424: wszystkie oczka prawe

Rz. 425-432 według schematu 5:

Schemat 5.jpg

Rz. 433-436: wszystkie oczka prawe

Rz. 437: jak rz. 7

Rz. 438-442: wszystkie oczka prawe

Rz. 443-452 według schematu 1 (= Rz. 13-22 )

Rz. 453-456: wszystkie oczka prawe

Rz. 457: jak rz. 7

Rz. 458-464: wszystkie oczka prawe

Na tym koniec części środkowej i powinno się to zgodzić z ostatnim rzędem schematu ozdobnego brzegu. W następnej kolejności należy dorobić górny brzeg – zgodnie z instrukcją w opisie szala Ardrum Scarf. U mnie wyszło to tak, że przy trzech pierwszych powtórzeniach schematu brzegowego przerabiałam ostatnie oczko brzegu z jednym oczkiem części środkowej szala (jako 2 razem) w co 4. rzędzie. Przy kolejnych czterech powtórzeniach – w co 2. rzędzie i w ostatnich trzech – znów w co 4. rzędzie. Oczka, które pozostały na drucie trzeba połączyć z tymi z lewego brzegu szala. Ja łączyłam graftingiem, ale jeśli ktoś nie lubi, może je po prostu zszyć (u mnie grafting jest bardziej estetyczny, niż szycie).

Ufff, to koniec. Tylko namoczyć i zablokować. Mam nadzieję, że niczego nie poplątałam, gdyby jednak coś było niezrozumiałe, piszcie proszę w komentarzach pod tym wpisem.

Na sam koniec chciałabym wyrazić swoje uwielbienie dla cienkich włóczek. Kocham cienkie włóczki i Haapsalu Midary jest wśród nich 🙂 .

Pięknego dnia!

 

 

Reklamy
Dziergonomia stosowana

Różowo-wrzosowy…

…sweter raglanowy. Prawie same prawe oczka, prosty krój, tylko odrobinę taliowany. Praca nad nim szła naprawdę szybko i gdyby nie upały, mogłabym go tutaj pokazać już ze trzy tygodnie temu. Nie byłam jednak w stanie zabrać się za układanie go do zdjęć, a nawet ta sesja była szybka. Na człowieku zdjęć nie ma, ponieważ ta różowy włóczka nie dość, że grzeje jak piec, to jeszcze gryzie. Zastanawiam się, jak ja byłam w stanie dziergać go w upale, bo tak było – w upale dziergałam.

Wiele do napisania o tym cukierkowym w kolorze wytworze nie ma. Jest to raglan robiony od góry, bezszwowo, oczkami prawymi z małym dodatkiem ozdobnym w postaci rzędu dziurek i pojedynczych warkoczyków w ramach ściągacza. Dekolt podniosłam, by go nieco zaokrąglić. Podniosłam, szczerze przyznaję, trochę za wysoko, jak na moje upodobania, albo może raczej jak na to, co jestem w stanie znieść pod szyją. Ale nie duszę się, co więcej, zakładam, że jeśli będę swetra używać w stosownych okolicznościach, czyli zimną lub przynajmniej chłodną porą roku, wówczas i dekolt i gryźliwość będą odpowiednie.

Cukierkowy róż złamałam wrzosem. Wrzosowa włóczka to jakieś inne włókno, nie gryzie w każdym razie. Skład obydwu jest mi nieznany – to tzw. zrzuty od osoby, która pozbywała się swoich zasobów. A teraz ja chciałam je przerobić, żeby mi dłużej nie zalegały w pudłach. Wykorzystałam cały dostępny róż, a z wrzosowego ostała się mała kuleczka, która też już zniknęła – w kolejnym wyrobie, dziejącym się obecnie na moich drutach.

A teraz będzie swetrowa anegdotka. Na wstępie chciałabym zaznaczyć, że ja dla siebie róż odkrywam od niedawna i w niewielu odcieniach czuję się dobrze. Ale rzeczywiście jest to dla mnie odkrycie, jako że różem przez wiele lat gardziłam i uznawałam jego istnienie tylko u innych, przekonana, że ktoś kto kocha kolor niebieski w żadnym wypadku nie może się tykać różowego. Zdanie zdążyłam zmienić, jednak mimo wszystko, no właśnie, nie każdy róż jest dla mnie i ten raczej nie za bardzo mi pasuje (wykorzystałam go dla siebie, żeby nie zeżarł nikogo innego). Tak też myśląc o tej sprawie stałam przed lustrem przymierzając gotowy sweter. Na to wszedł mój Mąż ukochany i jedyny. Mówię doń, by zobaczył, jaki sobie sweter zrobiłam i zanim zdążyłam zapoznać się z opinią Męża, dodałam: „okropność, ten kolor”. W tym samym momencie, kiedy ja wymawiałam słowo „okropność”, Mąż mój powiedział o swetrze, że ładny. Ja, szczerze zaskoczona zapytałam: „naprawdę Ci się podoba?” A zgodny Mąż na to: „no nie, skoro uważasz, że okropność, to ja nie śmiem zaprzeczyć”. Bo Jemu się naprawdę sweter spodobał. Wobec uznania Męża własnego nie będę miała oporów, żeby ten róż na sobie nosić w miejscach publicznych. Po raz kolejny wyszło na jaw, że nie tak nas inni widzą, jak my sami siebie. Takie to oczywiste.

To raz kilka zdjęć i na tym koniec na dzisiaj. Podsumowanie materiałowe pojawi się w uaktualnieniu, kiedy tylko dostanę się do moich notatek.

Aktualizacja: z moich notatek dowiedziałam się tyle, że część różową dziergałam na drutach nr 3, a fioletową na 2,75.

IMG_9147IMG_9152

IMG_9161
Zbliżenie na dekolt…
IMG_9160
…i ściągacz na dole
Dziergonomia stosowana

Roboty drogowe, czyli robótki na czas podróży

Istnieje co najmniej kilka rodzajów robótek, które można zabrać w podróż, co najmniej kilka, które ja mam zwyczaj zabierać. Mam tu na myśli tylko czas przejazdu różnorodnymi środkami transportu, a nie całe wycieczki łącznie z pobytem gdziekolwiek.

Po pierwsze i najłatwiejsze – doskonałe są robótki nie wymagające żadnych schematów, zapisków, kartek, ołówków, ani innych przedmiotów, które mogłyby przeszkadzać. Takie na przykład skarpetki, jeśli się już opanuje na pamięć kolejność wykonywanych czynności.

IMG_9070.JPG

Opanowaniu temu dobrze służy wydzierganie dwóch lub trzech par jedna po drugiej, choć oczywiście można się też nauczyć na pamięć. Jedyny problem odnośnie skarpetek dotyczy rozmiaru, a zatem, jeśli dziergamy dla siebie trzeba w tej podróży znaleźć moment na przymierzenie, a jak wiadomo uwalnianie stóp z obuwia w środkach komunikacji zbiorowej do czynności mile widzianych nie należy. O ile nie jedziemy transportem nie posiadającym toalety, sytuacja nie jest bez wyjścia. Poza tym można sobie na drogę zabrać jakiś przyrząd mierniczy (to już jest niestety dodatkowy grat lub gracik, w zależności, czym dysponujemy). W każdym razie skarpetki należą do tych robótek, które u mnie jako zajęcie podróżne się pojawiają. A przyrządem mierniczym jest… telefon, bo jego długość odpowiada tej, od której zaczynam wyrabianie pięty. Ach, zapomniałabym – warunek dziergania skarpetek w podróży to praca na drutach z żyłką. Przy pięciu skarpetkowych komfort nasz oraz współpasażerów spada poniżej poziomu opłacalności wyciągania robótki z bagażu, a przyznacie, że nie ma w tej materii nic bardziej frustrującego niż mieć przy sobie coś do dziergania i nie móc z tego skorzystać.

Moje kamelowe skarpetki (co to za kolor, jeśli nie kamel, niech mi kto powie) powstały z milutkiej włóczki akrylowej na drutach nr 2,75. Powstały z głowy, łącznie z elementem ażurowym. Ażur był tak prosty, że nie zapisałam sekwencji oczek, a mimo to powtórzyłam go trzy razy na wysokość – normalnie natchnienie jakieś mnie naszło i w dodatku mi wyszło. Wystarczył jeden motek 50 g.

IMG_9082
Tak wygląda wzmocniona pięta
IMG_9081
One są równe, tylko ja nie umiem równo założyć skarpetek
IMG_9068
Suszenie na słońcu

Kolejnym przykładem są wszelkie nieskomplikowane szaliki, czapki – słowem wszystko to, co można dziergać bez spoglądania w schemat. Ale ileż można tworzyć prostych szalików i czapek! Do nich mam mniej cierpliwości, jeśli nie posiadają elementów ozdobnych i przyznaję, że rzadko się za nie zabieram. Chyba, że mam do dyspozycji ciekawą włóczkę – wówczas nawet szalik ściegiem francuskim może być wciągający. Taki jeden mam właśnie w trakcie, ale jego ukończenie będzie wymagało jeszcze kilku godzin.

Jeśli warunki są sprzyjające, kiedy na przykład jadę pociągiem w wagonie bezprzedziałowym (tam są półeczki przy siedzeniach), albo kiedy – och cudowna okoliczności – nikt obok mnie nie siedzi, wtedy mogę sobie rozłożyć schemat i tylko trzeba się zastanowić, czy nie jest tak rozbudowany, że od samego spoglądania połączonego z poruszaniem się pojazdu nie dostanę oczopląsu. Od oczopląsu boli głowa, a tego wyjątkowo nie znoszę. Są w każdym razie takie robótki, które dobrze się tworzy w podróży nawet ze schematem. W moim przypadku ostatnio był to malutki kocyk na motywach szala Tibetan Clouds. Schemat sam w sobie prościutki i szybki do zapamiętania nie jest, ale ja już dwa szale według niego wydziergałam, korzystałam też co najmniej raz ze środkowego motywu w innym projekcie, toteż tybetańskie chmury nie są mi obce; ponadto zrezygnowałam z koralików – gdzie koralikom do grubej włóczki! Schemat, rzecz jasna, był mi potrzebny, ale nie szukałam w nim obsesyjnie każdego oczka, więc praca szła szybko. Zwłaszcza, że włóczka była dość gruba, druty bodajże nr 4,5, a kocyk zaplanowany malutki, dzięki czemu na całość wystarczył środkowy motyw z oryginalnego wzoru. Inna sprawa, że gdybym miała tej włóczki trochę więcej, dorobiłabym jeszcze kawałek, a tak – kocyczuś (bo jakże to inaczej nazwać?) ma ledwo 65 x 65 cm, tak mniej więcej. O rozciągnięciu przy blokowaniu w przypadku akrylu można zapomnieć, jak wiadomo (a ja i tak próbowałam!), ale że nawet żelazkiem nic nie wskórałam… no trudno. Miałam wielką chęć wydziergać kocyk, to wydziergałam. Już planuję kolejny w bardziej przyzwoitym rozmiarze, innym wzorem (bo ileż można tym samym), ale jeszcze nie wiem z jakiej włóczki.

IMG_9053
Próba blokowania (na nic się nie zdała)

IMG_9085

IMG_9086
Bardzo lubię ten wzór

Na prezentację czeka jeszcze sweter, ale przy obecnej temperaturze za oknem odechciewa mi się fotografowania go. Nawet niekoniecznie na sobie, ale w ogóle, jest bowiem wybitnie grzejący. Niech poleży, nabierze mocy urzędowej.

A tymczasem z nieskrywaną radością, tak szczerą, że aż się podzielę, choć rzadko to robię, na mych drutach powstaje coś, co mam nadzieję będzie śliczne, bo powstaje dla… nie, tego nie wyjawię. Dla mnie samej ta prośba o wykonanie była zaskoczeniem, to dla Was niech pozostanie niespodzianką 🙂 . A ja się cieszę i wzruszam, kiedy patrzę, co mi na tych drutach powstaje.

IMG_9092.JPG

Pięknego dnia!

 

Dziergonomia stosowana

Och, te chusty!

Gdyby chodziło o szale, napisałabym, że w ostatnich tygodniach poszalałam. Ale to chodzi o chusty, więc jak? Zachustowałam? Hmmm… Mniejsza o określenie, większa o serię chuścianą, gdyż mnie znowu napadła. Chusty powstawały dość szybko, gdyż skomplikowane nie były. Przedstawię je pokrótce w kolejności produkowania.

Najpierw była Angora Active YarnArt (25 % mohair, 75 % akryl), piękna gradientowa, niebieska z domieszką prawie białego (gdzieś posiałam banderolę z numerem koloru, ale na moje oko oraz według tego, co widzę w pasmanteriach, jest to nr 842). Motek leżał sobie i czekał na pomysł. Jak już kupuję niebieską włóczkę, to najczęściej znaczy, że chcę z niej coś wytworzyć dla samej siebie, gdyż odnoszę wrażenie, że nie jest to najczęściej wybierany przez innych kolor, czego dowodem niewielka, żeby nie powiedzieć znikoma liczba zamówień, jakie do mnie spływają, na cokolwiek o tej barwie (czego ja, wielbiciel niebieskości, oczywiście nie pojmuję). Tak też dla siebie kupiłam ten puchaty motek, a że z jednego mohairowego motka najlepiej zrobić chustę lub szal, taki właśnie miałam plan. Łatwo wymyślić, trudniej zdecydować się na wzór. Z braku dostępu do drukarki, z niechęci do dziergania z ekranu, z chęci skorzystania z gotowego schematu, kilkakrotnie przewertowałam mój segregator z wzorami oraz inne papierowe źródła, będące w moim posiadaniu. Najbardziej chciałam Nymphalideę Melindy VerMeer, ale nie miałam w zasobach żadnego motka pasującego jako kontrastowy. Czas jakiś gryzłam się z myślami, aż w końcu pomyślałam sobie, że a co ja się tym tak przejmuję? No bo co w końcu, kurczę blade! Czy to jest gdzie napisane, że jednym kolorem Nimfa powstać nie może? Nie ma, więc może. I powstała. Gradientowa włóczka nadała się do tego doskonale, paski, choć nie w określonych miejscach, są, a ja z chusty jestem bardzo uradowana, bo bardzo chciałam ją zrobić i na dodatek mieć dla siebie. Nimfa powstała jeszcze w kwietniu na drutach nr 5, o ile dobrze pamiętam. Nie jest idealnie zablokowana, ale zdaje mi się, że z tej włóczki, z której powstała, trudno wyciągnąć coś więcej, na co z resztą byłam przygotowana.

IMG_9012

IMG_9014

IMG_9013

IMG_9016a

Kolejne chusty powstały jako wariacja na temat szaleńczo tęczowego motka, a nawet dwóch, choć ten drugi leży jeszcze nietknięty. Szaleństwo wynika ze zmiany kolorów dosłownie co parę centymetrów. Nitka byłaby może odpowiednia do samodzielnego wykorzystania, ale jeszcze nie przyszedł mi do głowy żaden projekt, do którego by się nadawała bez dodatków, ponieważ jest akrylowa i bardzo cienka. Ta cienkość nie jest jednakowa na całej długości – zmienia się prawie tak często jak przebiegające po niej kolory, cały czas pozostając cienizną (według danych ze sklepu ma ok. 1200 m w 100 g). Robiłam z niej różne próbki kombinując z grubością drutów, przerabianiem nitki podwójnie lub potrójnie, ale najbardziej satysfakcjonujące wydało mi się połączenie jej z tą tutaj obecną grafitową, o zupełnie innych parametrach. Grafitowa składa się z mohairu (20 %), wełny (60 %) i akrylu (20 %) i ma 710 m w 100 g. Na jej tle cieniutka tęczowa niteczka pięknie się prezentuje i nie razi w oczy.

Z tej mieszanki zrobiłam dwie chusty. Co do pierwszej, zakończonej jeszcze w kwietniu, nie miałam większych wątpliwości projektowych. Wymyśliłam ją sobie sama, nadając jej uwielbiony przeze mnie kształt półksiężyca. Kształt powstał przez dodawanie przy brzegach po dwa narzuty w rzędach nieparzystych i po jednym w rzędach parzystych. Ze względu na charakterystyczny kolor, co chwilę się zmieniający, zrezygnowałam z wytwornych ażurów na rzecz prostych ściegów. Gotowa chusta waży 84 g, wzdłuż górnej krawędzi mierzy 213 cm, wzdłuż dolnej – 350 cm, za to jest dość wąska – w najszerszym miejscu ma 40 cm, toteż bardziej nadaje się na szalik niż zwisanie na plecach, ale nawet w takim układzie jest się czym owinąć. W półksiężycach bardzo cenię to, że po zarzuceniu na szyję lub ramiona bez szczególnej uwagi, trzymają się i nie zjeżdżają, co zawdzięczają właśnie swemu kształtowi. Moja „Tęcza na nocnym niebie” (tak mi się skojarzyła, kiedy ją blokowałam, choć dobrze wiem, że na nocnym niebie tęcza nie bywa) powstała na drutach nr 4.

IMG_9022

IMG_8849

IMG_9025

IMG_9020

IMG_9046

 

Zdjęcia nie są najlepsze, wiem o tym, ale popsuł mi się podgląd w aparacie i nie mam możliwości ustawienia niczego poza wyłączeniem lampy błyskowej i włączeniem trybu makro, zatem wszystko fotografuję na programie ‚auto’. Prawdopodobnie czeka mnie zakup nowego sprzętu, bo nie wiem, jak długo zniosę stan obecny.

Tym ponurym akcentem nie zakończę, ale przejdę do drugiej chusty, wydzierganej z tego samego połączenia włóczek, co chusta powyższa.

Tym razem męczyłam się intelektualnie, nie mogąc wymyślić niczego, co chciałabym w tej chuście zmieścić. Dosłownie nic mi nie pasowało: żaden wzór, żaden kształt. I właśnie wtedy, kiedy już miałam serdecznie dość samego nawet patrzenia na przeznaczone na chustę włóczki, Intensywnie Kreatywna Agnieszka zaprezentowała na swojej stronie prostą instrukcję wykonania chusty, zaczynanej od rożka, bardzo atrakcyjnej w formie i dającej sporo pola do popisu projektowego. Ucieszyłam się jak mrówka, jak to mówi moja kochana Mama, po czym zabrałam ochoczo do pracy, która poszła sprawnie. Bardzo mi się to dzierganie trójkąta podobało, zważywszy, że taki kształt tym sposobem tworzyłam po raz pierwszy. Pomieszałam w chuście różne ściegi, ale z założeniem, że nie robię nic skomplikowanego, co by się przez barwne refleksy włóczki i tak nie przebiło. Jest zatem ścieg gładki prawy, francuski, najzwyklejszy ryż, a ponadto trochę narzutów w różnych konfiguracjach, bo bez tego byłoby mi smętnie. Zdawało mi się, że chusta wyjdzie malutka, taka tylko na raz na szyję, jako że większość zasobów poszła na poprzednią – księżycową, ale myliłam się. Może to kwestia kształtu, że chusta w blokowaniu dała się bez trudu wyciągnąć do przyzwoitej wielkości, w której każdy bok trójkąta ma inną długość (nie wiem, czy to prawidłowy wynik przy tym sposobie dziergania, ale tak mi wyszło): 128 cm, 143 cm i 195 cm. Jeśli przyjąć najdłuższy bok za podstawę tego trójkąta, wówczas jego wysokość wynosi 58 cm, co moim zdaniem jest całkiem w porządku. Mierzyłam chustę na sobie i w zupełności jej wystarcza do normalnego zawieszenia na ramionach lub owinięcia szyi. Waży przy tym ledwo 61 g. Powstała, tak jak poprzednia, na drutach nr 4.

Agnieszce ogromnie dziękuję za inspirację i opis, bez którego nie wymyśliłabym chyba nic i schowała włóczki na dno pudła.

Dodam jeszcze, że w tej chuście niezwykłą radość sprawiły mi nieograniczone możliwości stosowania wzorów i układów oczek, które ja wprawdzie wykorzystałam w dość ograniczonym zakresie, ale ile pomysłów przy okazji przychodzi do głowy! Bardzo polecam tę technikę Waszej kreatywności. Pod odnośnikiem, który umieściłam wyżej, znajdziecie wszystkie wskazówki potrzebne do jej zastosowania.

IMG_8978

IMG_9003.JPGIMG_8986

IMG_9048.JPG

Chuścianą litanię zamyka projekt o nazwie Longsuffering autorstwa Anny Yamamoto. Wybrałam ten wzór dlatego, że chciałam wykorzystać Kid Mohair Fonseca YarnArt (55 % kid mohair, 45 % micro poliamid, numeru koloru na banderoli brak, ale to 05) w bardzo wciągającym i żywym zielonym kolorze z połyskującą nitką (też zieloną jak na moje oko). Przyznaję, że ta włóczka zarówno w motku, jak i w robótce, jest po prostu śliczna. Zielona nie jest może szczytem elegancji, ale ten połysk dodaje jej…  blasku 🙂 . Miałam jej dwa małe motki po 25 g, w sumie 460 m. Cóż można stworzyć z takiej ilości (i dlaczego nie kupiłam jej więcej)? Niewielką chustę, ażurową oczywiście. To właściwie nie wzór, ale chustę jako taką wybrałam, by wykorzystać tę zieleń. Wzór natomiast wybrałam dlatego, że znajdował się wydrukowany w segregatorze, podoba mi się oraz zakłada niewielkie nakłady materiałowe. Autorka użyła wprawdzie merino z jedwabiem, ale mi pasowały ten same rozmiary drutów, więc pomyślałam, że mojej włóczki na tę chustę wystarczy. Jeśli już mowa o drutach, to trochę ich tam potrzeba: do nabierania oczek nr 4, do części gwiazdkowej nr 5,5 (nie posiadam, wzięłam nr 5, ale oczka przerabiałam niezbyt ściśle), do części ażurowej nr 4,5 oraz nr 5, do zamykania znów nr 5,5 (tym razem użyłam drutów nr 6).

Z ogólnych refleksji nad wzorem. Nazwa: „longsuffering” kojarzy mi się w pierwszej kolejności z długim cierpieniem, ale motto, które autorka umieściła w opisie wyprowadza z błędu – chodzi o cierpliwość, a owym mottem są słowa z Pisma Świętego: „Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest […]” (1 Kor 13, 4). Nie znalazłam jednak u Anny Yamamoto wyjaśnienia dla powiązania tych słów z chustą. Nie chciałabym tutaj profanować słów z Biblii, ale anielskiej cierpliwości stanowczo wymagała ode mnie część gwiazdkowa chusty. Nie to, żeby było w tym fragmencie coś nadzwyczajnego – ja po prostu zapomniałam, że gwiazdki to nie jest to, co ja lubię najbardziej, a nawet jest odwrotnie. Dobrze, że były tam rzędy skrócone, które mi uprzyjemniły pracę. W gotowej chuście ta część wyszła mi bardzo mała w porównaniu z tym, co pokazuje na swoich zdjęciach autorka i sądzę, że przyczyny są dwie: zmniejszyłam o 18 liczbę początkowych oczek, a co za tym idzie cała ta część wyszła mniejsza; po drugie – mogłam jednak wziąć większe druty i jeszcze luźniej te gwiazdki przerabiać. Pewne jest, że gdybym nabrała tyle oczek, ile przewiduje opis, nie starczyłoby mi włóczki, dlatego nie narzekam, przyjmuję do wiadomości, że moja chusta nie musi być identyczna z pierwowzorem, i tak jest ładna.

IMG_9030IMG_9031IMG_9035IMG_9036

IMG_9040

Strasznie mnie korci, żeby jeszcze coś napisać na inny temat, ale powstrzymam się do następnego razu, bo kto dotrwał aż dotąd, temu już i tak należą się podziękowania i podziw za cierpliwość. Anielską cierpliwość 🙂 Także dziękuję i zakończę piosenką mojej ukochanej Evy Cassidy, do której jeszcze wrócę. Piosenka jest krótka.

 

 

Dziergonomia stosowana

C+over

Nareszcie się zebrałam, bo sweter jest gotowy i wisi w szafie już kilka tygodni, a i zdjęcia dawno przygotowane. Zastanawiam się czasami, czy nie lepiej po prostu napisać krótko i zaprezentować to, co jest do zaprezentowania, niż czekać na natchnienie do pisania o tej czy innej rzeczy, gdy tymczasem kolejne powstają i czekają gotowe. Rzeczą dzisiejszą, choć z lekka przedawnioną, jest sweter, mój pierwszy według metody na C, czyli contiguous. A jednak krótka opowiastka będzie.

Wszystko zaczęło się od potrzeby posiadania swetra typu oversize. Tak prawdę powiedziawszy, nie tyle miałam potrzebę jego posiadania, co raczej zrobienia sobie takiego, bo jeszcze nie robiłam, a jawi mi się on jako wygodny, gwarantujący swobodę, zdolny ukryć efekty nawet bardzo obfitego obiadu 🙂 . Miałam zapas włóczki, która pozostała po produkcji wesołego płaszczyka. Na marginesie dodam, że płaszczyk jak dotąd nie doczekał się żadnych dodatkowych zdobień i nie zanosi się na nie. W każdym razie włóczki o dziwnej strukturze, takiej buklowato-kłaczatej, zostało po nim sporo i czas uznałam za najwyższy, żeby ją na coś do reszty przerobić.

Zaplanowałam sweter tworzony od dołu, w okrążeniach, bez taliowania (chciałam wór), z rękawami z oczek dodanych do części głównej w stylu zbliżonym do nietoperzowatych, ale z mniejszym skosem. Szło mi całkiem szybko – nie ma się co dziwić przy drutach nr 4 – pomimo początkowego mocowania się z oryginalną, zupełnie nie gładką włóczką. Kiedy już byłam przy końcu dziergania korpusu, doszłam do wniosku, że to mi się coraz mniej podoba, nie, więcej, że mi się to wcale nie podoba, bo w takim worze zupełnie nie mogłam się odnaleźć. Może gdybym miała inną sylwetkę, to by wyglądało, bo przecież ludzie w takich chodzą i korzystnie wyglądają, a na mnie to… nie wiem nawet do czego porównać wrażenie, jakiego doznawałam patrząc w lustro.

I właśnie wtedy z nieba spadła mi Agnieszka, która przypomniała o istnieniu pewnego wzoru, który, prawdę powiedziawszy, nie był tym, co dla siebie planowałam, ale skusił mnie dużym prawdopodobieństwem sukcesu, jaki to można osiągnąć dziergając według wytycznych. Agnieszka, mianowicie, przetłumaczyła na język polski wzór On the beach Isabell Kraemer (gdyby ktoś miał życzenie, opis jest dostępny tutaj). Ja sobie wprawdzie z angielskim jestem w stanie bez trudu poradzić, ale gdyby nie Agnieszka, nie przypomniałabym sobie o tym, że on w ogóle istnieje i nawet nie wiem, czy szukałabym jakiegokolwiek gotowego, zdeterminowana do twórczości własnej. Ale pokusa, którą przyniósł sweter On the beach była o tyle nie do odparcia, że on jest robiony metodą contiguous, w skrócie „na C”, techniką dla mnie nową, której dotąd nie próbowałam. Od razu wyobraziłam sobie ten sweter w wersji luźniejszej, niż w oryginale i tak z nowym zapałem (bo poprzedni dawno się był wyczerpał) zabrałam się do prucia tego, co mi zalegało na półce i w duszy.

Prucie zakończyłam, a raczej przerwałam bardzo szybko, ponieważ kudłatość włóczki skutecznie mnie do tej czynności zniechęciła. Ja wiem, że tak się nie robi, ale ja właśnie tak postąpiłam – nowy sweter zaczęłam dziergać stopniowo unicestwiając poprzedni, czyli zamiast motka włóczki miałam poprzednią robótkę. Na dobrą sprawę, co za różnica, czy ja bym to przewinęła, czy nie. Prostowanie byłoby zbytkiem, bo włóczka w stanie nowym też nie była prosta. Nowa w tym gotowym swetrze jest natomiast włóczka biała, gdyż zapomniałam napisać, że pierwsza wersja powstawała tylko z tej melanżowej bordowo-białej.

W racji tej, że z próbki wyszło mi 15 oczek w 10 cm, zaczęłam od parametrów dla najmniejszego rozmiaru, ale nie dojechałam do końca planowego kształtowania wszystkiego i szybciej niż w instrukcji odłączyłam rękawy i wzięłam się za korpus, bo na oko (i z centymetrem krawieckim) widać było, że wychodzi mi over-over-oversize. Okazało się, że wzór jest tak czytelnie napisany, tak zrozumiały, że z łatwością można go modyfikować w zakresie rozliczeń oczek. Jeszcze nie próbowałam zmian odnośnie kształtu dekoltu, ale to też nie powinno być zabójczo trudne, jak mi się zdaje.

Kiedy już człowiek oddzieli rękawy od korpusu w swetrze powstającym od góry, kiedy ten człowiek nie ma w planie żadnych wariacji ani niczego podobnego, i kiedy w dodatku pracuje z dość grubymi drutami i adekwatną włóczką, wtedy robótka idzie bardzo, bardzo szybko. No, może nie zawsze, ale ta mi szła. Cały sweter powstał w tydzień, co jak na mnie jest naprawdę szybko, bo chociaż mogłabym robić na drutach całymi dniami, to nie mogłabym całymi dniami robić jednej rzeczy – dlatego, między innymi, lubię mieć zaczęte kilka projektów w tym samym czasie. Do tego swetra jednakże bardzo mi się spieszyło, w dodatku miałam akurat sporo wolnego czasu.

Jeszcze przed końcem pracy nad swetrem wiedziałam, że konieczne będzie zmniejszenie dekoltu, który, tworzony według oryginalnej rozpiski, wyszedł w moim oversize’owym wydaniu zbyt duży. Zdecydowałam się na wykończenie go szydełkiem, zwykłymi półsłupkami. Kilka rzędów wystarczyło i teraz dekolt jest bardzo dobry. Dla zharmonizowania całości, tak samo wykończyłam dół swetra (tylko okrążeń zrobiłam mniej). Rękawów nie przedłużałam.

I to wszystko o moim pierwszym swetrze na C. Metoda takiego dziergania wciągnęła mnie na tyle, że kilka dni temu skończyłam drugi – tym razem malutki, w wersji dziecięcej. Pozostało mi tylko pochować w nim nitki i doszyć guziczki, bo on będzie zapinany.

Zdjęć jest mało, ale to bardzo prosty sweter, więc nie ma co szaleć fotograficznie.

 

IMG_8803

IMG_8801
Te dwa zdjęcia są prawie identyczne, ale jednak z dwóch stron :)

IMG_8800

IMG_8797
Tak wygląda początek rękawa, od góry rzecz jasna (jeszcze przed zmniejszeniem dekoltu)

Podsumowanie techniczne: włóczka (spisuję dokładnie to, co napisano na etykiecie) „Wiskolan (poliamid ok. 12%, poliester ok. 30%, wiskoza ok. 58%), odcień barwy niepowtarzalny” – tak było napisane zarówno na tej białej, jak i na melanżowej 🙂 ; druty nr 4.

A teraz, zamiast chować nitki w drugim sweterku, idę czytać lekturę, która mnie wciągnęła, choć się tego początkowo nie spodziewałam, bo wkurzała mnie bohaterka (teraz wkurzają mnie inne postacie, jak słowo daję, jedna po drugiej, ale to mnie nie zniechęca i naprawdę chcę wiedzieć, jak się to skończy, a nie wiem i proszę mi nie mówić i nie pisać). To „Noce i dnie” Marii Dąbrowskiej (które pewnie większość ludzi w moim wieku ma przeczytane lub obejrzane – a ja nie, mnie ominęło), czyli, jak ich ochrzcił mój cudowny Mąż, który książkę zna: Bogumiła i Rabarbar 🙂 . To jeszcze jedno, ostatnie zdanie: zwykle mnie irytuje, kiedy się w coś poważnie wciągnę – w książkę, film, utwór muzyczny – a ktoś, szczególnie Mąż – robi sobie z tego żarty; w tym wypadku zupełnie mi ten Rabarbar i Bogumiła nie przeszkadzają i pękam ze śmiechu, kiedy o nich rozmawiamy.

Dziergonomia stosowana

Primavera

Zacznę od tego, do czego muszę się przyznać i co stanowi niejako wytłumaczenie mojej osłabionej ostatnio aktywności na blogu: ogarnął mnie komputerowstręt, który powodował niechęć do zasiadania do komputera w jakimkolwiek celu. Nie miałam ochoty ani czytać, ani pisać, ani poszukiwać (a ja jestem zamiłowanym poszukiwaczem) – nic, co wymagałoby siedzenia przed ekranem. Piszę o tym w czasie przeszłym, ponieważ już mi przechodzi, co postanowiłam wykorzystać, bowiem zaległości rękodzielniczych narobiło się trochę w tym czasie. Bo o ile komputer mnie odrzucał, o tyle dziergałam bardzo chętnie.

Czym jest Primavera? Primavera znaczy wiosna. Tak sobie nazwałam szal, który powstał, o ile dobrze pamiętam, na przełomie lutego i marca. Kiedy go kończyłam, zbierało się już na wiosnę. Potem jeszcze spadło dużo, bardzo dużo śniegu, ale kolor szala, jego lekkość i radość, że to moje (w sensie projektu), budziły mi w sercu wiosnę nawet przy tych śniegach. Do tego kolor zielony ciśnie mi się ostatnio przed oczy, a taki mleczny, leniwy zielony, jak tutaj, to już właściwie prawie lato. Proszę, nie wymagajcie uzasadnienia, ale mnie się kolory kojarzą z różnymi rzeczami, sytuacjami, stanami… jak również z cyframi (na przykład trójka jest żółta, czwórka pomarańczowa, a piątka niebieska). Tym szalem przywołałam wiosnę.

DSC_8908

Na początku szal nie miał być taki. Na fali zauroczenia szalami orenburskimi, szetlandzkimi, estońskimi i im podobnymi, zapragnęłam zrobić coś w tym stylu. Znalazłam sobie w internecie piękny schemat o uroczej nazwie Butterflies Shetland Shawl (autorką jest Susan Gutperl), czyli, innymi słowy, szal szetlandzki z maślanymi muchami… żartowałam, butterfly to motyl (ale butter = masło, fly = mucha; zawsze mnie to śmieszyło). Oryginalnie schemat prowadzi do wyrobu kwadratowego, ale zamierzałam przerobić go na prostokątny i zwęzić nieco. Przeliczyłam skrupulatnie oczka i dostosowałam je do moich potrzeb i mojej włóczki tak, by szal był odpowiedniej szerokości, a długością postanowiłam się zająć później, w miarę ubywania włóczki, której miałam około 1000 metrów, więc bez obaw materiałowych mogłam planować sporą robótkę.

Radośnie nabrałam oczka i zabrałam się do dziergania. Radość moja szybko ustąpiła znużeniu. No niestety, ja już tak mam, że czasem mogę bardzo prosty i nieskomplikowany wzór wyrabiać bez żadnego problemu, lecz częściej jest tak, że proste ażury mnie męczą. Z resztą, ja wcale nie jestem przekonana, czy chodzi o to, że wzorek jest prosty, bo przecież ten, który ostatecznie znalazł się w szalu szczytem techniki dziewiarskiej nie jest. Może po prostu są wzory, które przez układ oczek, taki a nie inny, sprawiają, że nie mam do nich zdrowia. Tak się właśnie stało w tym przypadku. Nie żebym się przez ten wzorek rozchorowała, ale nie mogłam się za nic na świecie zmusić do jego przerabiania, zwłaszcza, że w perspektywie było wiele, wiele powtórzeń. I tak, koniec końców, postanowiłam, że zrobię sobie coś własnego. Niewiele myśląc, notatki porobiłam na wydruku tego wzoru z motylkami… Nieładnie, oj nieładnie to mi się teraz wydaje.

Na początek przekopałam się przez strony z ażurowymi wzorami, ponieważ własnego nie zamierzałam wymyślać. Proces decyzyjny trwa u mnie zwykle strasznie długo, ale tym razem starałam się nie wydziwiać, biorąc za zasadę, że środek nie ma być nie wiadomo jaki, że jeden wzorek będzie się ciągnął przez cały szal, a po osiągnięciu odpowiedniej długości, nabiorę oczka na brzegach i dziergając w okrążeniach dorobię ozdobny brzeg. Myślałam o wykorzystaniu brzegu z motylkowego szala, ponieważ bardzo mi się on podoba, jednak doszłam do wniosku, że nie, skoro już się wzięłam za tworzenie własnego szala, to brzeg też będzie mój. Nie wyszedł mi w połowie tak cudny, jak Susan Gutperl, ale cieszy mnie jako dzieło myśli i rąk własnych. Wyszło bowiem na to, że wymyślałam go sama, mniej więcej na bieżąco, w trakcie dziergania.

IMG_8750

Na motyw środkowy wybrałam znany z różnych ażurowych szali wzorek, który ja miałam w swoich zasobach, a teraz oczywiście nie mogę znaleźć nigdzie w internecie, więc bardzo proszę, oto rysunek odręczny oraz fotografia poglądowa:

Bez nazwy 1

IMG_8748

Po zakończeniu części środkowej nabrałam oczka na brzegach szala i dalej przerabiałam w okrążeniach. Chciałam znaleźć jakiś gotowy schemat do tego pasa brzegowego, jednak w wyniku niemożności podjęcia decyzji, jak również chęci dziergania dalej, zaczęłam wymyślać i tak już dobrnęłam do końca. Celem było całkowite wykorzystanie dostępnej włóczki (bardzo chciałam uniknąć zostawiania, bo potem mi się takie resztki pałętają, a mnie to męczy), co się prawie w zupełności udało. Zostało mi zaledwie kilka metrów. Nie wyrzuciłam, a jakże! Przyda się na szydełkowe prowizoryczne łańcuszki albo do jakiegoś szalonego kolorystycznie wyrobu. Chciałabym też wyznać, że bardzo chciałam rozpisać ten szal i ucieszyć się – poza szalem – stworzeniem także schematu. To mi się jednak nie udało, zgubiłam się gdzieś około dziesiątego okrążenia brzegowego. Pragnień jednak nie porzucam i przy następnych robótkach zamierzam być bardziej uważna.

Szal wyszedł duży, jak dla mnie za duży, ale nie jest dla mnie – robiłam go dla samej przyjemności tworzenia i teraz będę dla niego szukać właściciela. Poza tym, że jest duży, udało mi się go skutecznie zablokować, ale to się nie ma czemu dziwić, gdyż powstał z włóczki będącej w 100% wełną.

Podsumowanie techniczne: włóczka: wełna 100% (producent nieznany), 100 g = 830 m, zużycie 117 g (ok. 971 m); druty nr 3,25; wymiary szala: 180 x 80 cm.

Większość fotografii by mój Tato. Dziękuję!

DSC_8903

DSC_8901

DSC_8904

DSC_8906
Mogłam jednak zapalić te świeczki, ale gdyby tak pokapało z nich na szal…

Mam leciutki niedosyt spowodowany brakiem zdjęć plenerowych, wiosennych, ale już widzę zieleń szala na tle zieleni wiosennej! Jednak żadne z powyższych zdjęć nie oddaje rzeczywistego koloru szala, dlatego zrobiłam jeszcze jedno, przed chwilą, w wiosennym słońcu, które powinno najlepiej ten kolor odwzorowywać (to jest taki zielony mleczny, ale nie ciepły, raczej chłodny):

IMG_8811.JPG

To wszystko na dzisiaj, a ja wracam do komunijnego sweterka, wersji 3.1.4 🙂 . Dlaczego tak? Bo powstaje od nowa po raz trzeci, rękawy w tej wersji na szczęście jeszcze nie były prute, za to wykończenia prułam już co najmniej 3 razy (w tej wersji, bo w poprzednich też prułam). O dziwo, jeszcze nie mam go dość. Poza sweterkiem, na blokowanie czekają dwie chusty, a do prezentacji jeden sweter. Ale to następnymi razami.

Pięknego dnia wiosennego!

 

 

Dziergonomia stosowana

Czapka, czapka, czapka i (czapka)

Dlaczego tyle tych czapek? I dlaczego ostatnia jest w nawiasie? Albowiem czapki w ostatnim czasie powstały cztery, niemal jedna po drugiej. Ostatniej zapomniałam sfotografować, a już została wydana, więc występuje tylko teoretycznie, a że bardzo mi się podobała (jak ja mogłam jej nie uwiecznić, no jak!), więc chciałabym o niej choćby wspomnieć.

Czapka pierwsza powstała dla mnie i powstała z dwóch powodów: przede wszystkim dlatego, że potrzebna mi była cieplejsza, niż ta, którą noszę zwykle zimą. Mrozy poniżej 10 stopni przekonały mnie, że ażurowa, pomimo że gruba, to jednak nie wystarczy. Możliwe, że same mrozy by mnie nie przekonały, ale kiedy ruszył się lodowaty wiatr – ja się poddałam. Jak widać, czapka ma bardzo intensywny kolor, nie mój, oj nie. Tutaj wychodzi na jaw drugi argument za jej zrobieniem: chęć pozbycia się tej włóczki, co się szczęśliwie powiodło. Wprawdzie ja to UFO nosiłam w tym sezonie bardzo niewiele razy i to z radością, że człowiek sam nie widzi co ma na głowie 🙂 , ale ku memu zdziwieniu mój Mąż stwierdził, że ładnie mi w tym kolorze (hę?), szczególnie do zimowej kurtki puchowej (która ma kolor nijako-kremowy). W porządku, własnemu Mężowi należy wierzyć 🙂 .

DSC_8916.JPG

Wybrałam ten tutaj schemat, ponieważ już od dłuższego czasu podobał mi się, a dodatkowo dawał nadzieję, że pod taką czapkę zmieszczę moją fryzurę zwiniętą w kłębek. Sam ścieg na czapce uważam za bardzo ciekawy, choć niekoniecznie bardzo kobiecy – równie dobrze można by nim stworzyć czapkę męską (tylko proponowałabym inny kształt oczywiście). Do samego schematu wprowadziłam dwie zmiany i jeden dodatek: zrezygnowałam z guziczków jako prawdopodobnego źródła frustracji z powodu zahaczania włosami (z guziczkami wygląda jednak lepiej, może kiedyś doszyję); zakończyłam w inny sposób, niż podany w opisie, a mianowicie, po nakazanych 20-21 cm od dołu robótki nie przeszłam na ścieg francuski (czy może raczej przeszłam, ale to mi się nie spodobało, więc francuza sprułam), lecz zamykałam oczka w ilości i z częstotliwością zgodną z oryginałem, ale zachowując wzór z całej czapki. Chętnie bym rozpisała to zamykanie szczegółowo, ale nie robiłam notatek, było to dawno i już zapomniałam. Ale gdyby ktoś zapragnął zamykać tak, jak ja, to zaręczam, że nie wymagało to ode mnie zbyt wiele myślenia i kombinowania, jakoś tak na bieżąco wychodziło samo, więc wymyślić na nowo nie będzie trudno. Dodatek do oryginalnego schematu wyniknął stąd, że zostało mi włóczki, a czapka wcale nie robiła wrażenia ciepłej. Nabrałam zatem oczka na brzegu czapki i dorobiłam jej „podszewkę” ściegiem gładkim prawym. Nie starczyło do samego czubka, ale czoło, uszy i zatoki mam docieplone. Sprawdziłam na dużym mrozie, że czapka zdaje egzamin.

Obydwa zdjęcia przedstawiają czapkę z fryzurą w środku. Nie pokażę, jak wyglądam z włosami poza czapką, bo to się nie nadaje do prezentacji publicznej (no dobrze: jak krasnal).

DSC_8917.JPG

Kolejna czapka to już zupełna realizacja pozbycia się resztek po dwóch motkach, z których robiłam czapkę i rękawiczki bez palców dla mojej Siostry. Ta czapka oraz kominek, który powstał z resztek po resztkach, także do Siostry należą. Kominek to nic specjalnego, prosta tuba ściągaczem, chociaż mogłam spojrzeć w lustro przed wykonaniem fotografii, bo oczywiście nie zauważyłam, że mi się podwinął na dole, co jest bardzo nie-zdjeciowe. I że gdybym włożyła go odwrotnie: fioletowym do góry, to znacznie lepiej pasowałby do czapki. Ale trudno, spieszyłam się, coś za coś.

DSC_8921.JPG

Najciekawsza jest w tym komplecie czapka, zrobiona według wzoru ze strony Pickles. Schemat znalazłam i wydrukowałam parę lat temu, może ze cztery. Wtedy (i jeszcze na pewno jakiś czas potem) ten schemat oraz wiele innych było darmowych. Jeśli dobrze pamiętam, były projekty, przy których bezpłatne były wybrane rozmiary i wydaje mi się, że było to nie dawniej, niż w ubiegłym roku. Tymczasem dzisiaj, kiedy odszukałam tę moją czapkę, by udostępnić Wam źródło, zaskoczyło mnie, że wszystkie projekty są wycenione. I teraz nie wiem, czy powinnam się dzielić szczegółami wzoru, wykorzystanego na czapce, który to wzór uważam za bardzo ciekawy i efektowny. Ścieg ten, poza tym, że jest ładny, jest też bardzo korzystny w kontekście czapek czy innych robótek w okrążeniach: znalezienie początku i miejsca łączenia okrążeń graniczy z cudem 🙂 . Ponadto, przerabiany zwyczajnie, czyli w miarę ścisło, daje zwartą dzianinę bez dziur, zatem z grubszej włóczki (moja była dość cienka: 410 m w 100 g) byłoby to bardzo cieplutkie odzienie. Gdyby przerabiać ścieg na grubszych drutach, trochę luźniej, wyjdzie dzianina bardziej lejąca, ale jestem pewna, że także ciepła, ze względu na strukturę ściegu. Ja jestem nim zachwycona i na pewno jeszcze kiedyś po niego sięgnę, pomimo, że robótki przybywa powoli. Nie zdradzając szczegółów projektu, napiszę, że cała filozofia tego ściegu, który nazywa się basket weave stitch polega na tym, żeby każde dwa kolejne oczka skrzyżować ze sobą. W internecie znalazłam różne warianty tego ściegu, z których większość zmienia kierunek krzyżowania oczek co określoną liczbę rzędów (i wtedy wygląda to bardziej adekwatnie do nazwy). Niektóre instrukcje, jak u Alicji z bardzo często odwiedzanej przeze mnie strony ABC robótek na drutach, podają, by w parzystych rzędach / okrążeniach przerabiać oczka tak, jak schodzą z drutów (czyli w okrążeniach to wychodzi na prawo). W mojej czapce są wyłącznie oczka krzyżowane, nie ma okrążeń „wypoczynkowych”. Kierunek jest zawsze ten sam, co z resztą mam nadzieję dobrze widać na załączonej fotografii.

DSC_8918a.jpg

DSC_8920

Podsumowanie techniczne: CZAPKA: włóczka Opus Greta Multi (65% akryl, 35% wełna merino, 100 g = 410 m), kolor 338, druty nr 3. Zużycia nie podam – nie sprawdziłam. I tutaj wyszło na jaw, że to wcale nie resztka po poprzedniej czapce. Teraz mi się przypomniało, że to resztka po spódnicy, którą robiłam dla Siostry w ubiegłym roku (zdjęć brak). Wspomniane wcześniej resztki (w sumie 15 g) wykorzystałam przy początku i końcu KOMINKA, który też powstał z Grety.

Powyższe fotografie wykonał mój ukochany Tato, któremu bardzo dziękuję. Ze zdjęć powycinałam się sama 🙂 .

Ostatnią czapkę, którą mogę pokazać – nie chcę, ale mogę, bo bardzo bym chciała pokazać też tą czwartą, której zdjęcia nie mam – zrobiłam dla koleżanki. Koleżanka zamówiła u mnie beret (to właśnie ta czwarta czapka), ale z podanych propozycji wybrała również jedną czapkę z Garnstudio. Zrobiłam ją z szarego Gazzala Baby Wool. W odniesieniu do oryginalnego wzoru musiałam tylko zmniejszyć liczbę oczek na samym początku, bowiem ściegiem francuskim, pomimo użycia cienkich drutów, wychodził mi rozmiar na olbrzyma. Z resztą, prułam tę robótkę nie raz: najpierw dlatego, że obwód był za duży, potem dlatego, że przy proporcjonalnym dodaniu oczek do tego zmniejszonego obwodu część „nagłowna” wychodziła za ciasna, a kiedy już dostosowałam liczbę dodanych oczek do realiów ludzkiej głowy, prułam, ponieważ przerabiałam zbyt luźno i w życiu jeden motek by mi na całość nie wystarczył, a więcej nie miałam, z resztą autorzy napisali, że potrzebny jest jeden motek, to ja się uparłam, że ma wystarczyć. Pojęcia nie mam, jak przy przerabianiu Fabela (on występuje w oryginale) na drutach nr 2,5 (ścieg francuski) oraz 3,5 (zygzak) może komuś ten jeden motek wystarczyć, w dodatku także na większy rozmiar. Aż się zaczęłam zastanawiać, czy ja źle oczka przerabiam, bo może dałoby się jeszcze ściślej. Dodam, że ja pracowałam na drutach nr 2,25.

Wracając do zmian, w ostatecznej wersji po zakończeniu ściegu francuskiego dodałam oczek tyle, co na mniejszy rozmiar rozpisany przez Dropsa i trzymałam się już do końca podanych wytycznych. Jeden motek wystarczył, została nawet jakaś marna resztka.

Sam projekt jest bardzo ciekawy, szczególnie spodobał się mojemu Mężowi, kiedy zobaczył czapkę gotową. Ale on nie widział wersji ze zmieniającymi się kolorami – mnie się one bardzo podobają. Skoro jednak koleżanka chciała gładką szarą – taka powstała 🙂 .

IMG_8742IMG_8743

Na tych jakże malowniczych zdjęciach, czapka leży na oblodzonym i zaśnieżonym (co ledwo widać) stoliku w parku. Wtedy akurat były silne mrozy, w domu zbyt ciemno, więc znalazłam najlepszy możliwy plan. Nie miałam sumienia kłaść cudzej, bądź co bądź, czapki na takim lodzie (a sam stolik też wyszorowany nie był), wiec spod spodu wystają moje rękawiczki. Im nic nie będzie, bo są skórzane – łatwo się czyści.

Podsumowanie techniczne: włóczka Gazzal Baby Wool (40% akryl, 20% syntetyczny kaszmir, 40% wełna merino, 50 g = 200 m), kolor nr 818; druty nr 2,25; zużycie: prawie cały jeden motek.

O ostatniej czapce, a właściwie berecie, piszę wyłącznie dlatego, że bardzo mi się spodobał. Pomimo, że nie mogę Wam przedstawić mojej realizacji, chciałabym zwrócić uwagę na projekt. Pochodzi od producenta włóczek Red Heart i jest opisany jako średnio zaawansowany, ale po mojemu poradzi sobie z nim nawet początkująca dziewiarka. Ja wprawdzie na życzenie koleżanki robiłam wersję bez guzików, a więc także bez zakładki i dziurek na guziki, jednak przeczytałam fragment opisu, który ich dotyczy i nie wydaje mi się, by mógł przysporzyć trudności. W mojej wersji nabrałam liczbę oczek pomniejszoną o te z zakładki, a przy mojej włóczce – także o ilość, jaka mi wyszła z próbki. Bo znowu obwód byłby za duży. W oryginale włóczka ma 142 m w 100 g, moja (Yarn Art Shetland Chunky) miała 150 m, ale jednak materiał robi różnicę (pomijając, że pewnie splot, skręt, czy co tam jeszcze robi różnicę). Ja nie miałam wełny 100%, tylko pół na pół z akrylem i próbka wychodziła mi znacznie większa, to znaczy mniej oczek w 10 cm. Nie pamiętam już teraz, ile tych oczek nabrałam (dlaczego ja tego nie zapisuję? muszę się zmobilizować), ale zdaje mi się, że o jeden motyw mniej, czyli 70, za to potem po zakończeniu ściągacza dodałam więcej, niż by to było proporcjonalnie i w sumie miałam ich 112 – jak w oryginale. Beret wyszedł bardzo ładny i nie wykluczone, że powtórzę tę robótkę, do czego zachętą jest szybkość projektu. Następnym razem wybiorę jednak nieco cieńszą włóczkę; nie za cienką, żeby beret nie był bardzo wiotki, ale żebym nie musiała aż tak nadgarstków męczyć. W celu uzyskania zwartej dzianiny (czapka miała być ciepła) dziergałam na drutach nr 4,5 – jak w instrukcji, choć do mojej włóczki bardziej adekwatne byłyby grubsze. Skutkiem ścisłego dziergania był ból nadgarstków. Ja jednak wolę cieńsze włóczki. Kiedyś myślałam, że nie lubię grubych drutów i rzeczywiście – łatwiej mi pracować cieńszymi, ale kluczem do bolących rąk jest grubość włóczki. Robiłam ostatnio chustę na piątkach i nie zmęczyłam się, szło bardzo sprawnie, ale to dlatego, że włóczka była chuściana, czyli w miarę cienka. O chuście będzie następnym razem (albo jeszcze następnym, bo na prezentację nie może się doczekać szal wiosenny).

Na dzisiaj to wszystko. Bardzo dziękuję za uwagę 🙂 i życzę wiosny na zewnątrz oraz w sercach.