Pożywienie

Ku zdrowotności – kwas buraczany i kiszone buraki

Na wstępie chcę zaznaczyć, że nie jestem kucharzem, lekarzem ani dietetykiem, w związku z czym nie zakładam, że na temat zdrowia i żywienia posiadam wszelką potrzebną wiedzę. Dzisiejszy tekst powstał, ponieważ wiele osób z mojego otoczenia walczy lub ostatnio walczyło z przeziębieniami i innymi dolegliwościami, jakie często dopadają człowieka o tej porze roku. Kiszonki pomagają tym dolegliwościom zapobiegać i zwalczać je, kiedy już kogoś dopadną. Najbardziej znane kiszonki to ogórki i kapusta; ja chcę napisać o tym, jak doskonałe są kiszone buraki i kwas buraczany.

Otóż to. Nie tylko kwas buraczany, ale i kiszone buraki. Kwas buraczany jest bardzo popularny, ale kiedy zaczynałam go produkować nie przyszło mi do głowy, żeby jeść buraki, z których powstaje (wyjadał je mój ukochany Mąż, który buraki bardzo lubi i może je zajadać nawet na surowo). Do dnia, kiedy złamałam się i skusiłam na ukiszony plasterek. Niemniej, od kwasu się u mnie zaczęło.

A było to tak: jesienią ubiegłego roku, kiedy chciałam podnieść sobie nieco jakość krwi mej własnej w żyłach płynącej, kilka osób poddało mi pod rozwagę kwas buraczany. Ja tam buraków nie lubię, nie ma się co oszukiwać; jedyną postacią, pod jaką spożywam je z ochotą jest barszcz czerwony z ziemniakami lub – w wersji wigilijnej – z uszkami. W tabletki multiwitaminowe nie wierzę, zatem pomyślałam: dobra, poświęcę się i popiję trochę tego kwasu.

Nigdy wcześniej sama kwasu buraczanego nie robiłam (być może wstyd się przyznawać, ale taka prawda), nie pamiętam też, żebym go oglądała w domu rodzinnym, ale to pewnie przez nieuwagę, gdyż moja Mama ukochana, jak się okazało, używała go wiele razy do barszczu. Dziwi mnie to o tyle, że zawsze chętnie w kuchni Mamie towarzyszyłam. Tak czy siak, jako napój to ten kwas u nas chyba nie występował.

Skoro nie produkowałam – poszłam poszukać przepisu. Poszłam to może za dużo powiedziane, ponieważ szukałam głównie w internecie, a że nauczona jestem, że źródło potwierdza źródło, wynalazłam sobie tych przepisów kilka. Poza tym ja bardzo lubię wyszukiwać. Źródła potwierdzały się wzajemnie, a przy okazji dowiedziałam się nieco o właściwościach kwasu (zwanego też zakwasem) buraczanego. Oprócz tego, że posiada cudowne wartości, pochodzące z samych buraków, proces fermentacji dodatkowo podnosi jego wspaniałe działanie. Oto, co napisano na ten temat na stronie Promujemy Zdrowie:

„Jako surowiec buraki stanowią bogate źródło antyoksydantów, głównie za sprawą zawartego w nich barwnika – betaniny, której zawdzięczają swój intensywny ciemnoczerwony kolor. Ponadto zawierają także takie minerały, jak żelazo, wapń, magnez, potas, sód, mangan, miedź, chlor, cynk, molibden, kobalt, rubid, cez, kwasy organiczne (jabłkowy, cytrynowy, winowy), witaminy – głównie z grupy B oraz witaminę C, których ilość i przyswajalność wydatnie wzrasta podczas procesu fermentacji z udziałem bakterii kwasu mlekowego. Jako, że stanowią bogactwo związków o prozdrowotnym działaniu charakteryzują się wysokimi walorami dietetycznymi i leczniczymi. Związki w nich zawarte działają przeciwbakteryjnie, przeciwirusowo, przeciwmiażdżycowo, przeciwnowotworowo, hipotensyjnie, odtruwająco, krwiotwórczo, odmładzająco, obniżają poziom cholesterolu frakcji LDL (…), hamują procesy utleniania, zmniejszają podatność na zmiany neurodegeneracyjne, wpływają korzystnie na zachowanie równowagi kwasowo-zasadowej ustroju.”

I dalej:

„Poddanie buraków operacji biotechnologicznej jaką jest fermentacja (enzymatyczny rozkład) węglowodanów w nich zawartych do kwasu mlekowego, pod wpływem laktobakterii ma dodatkowo korzystne działanie na mikroflorę jelitową, stymuluje immunologiczne funkcje ustroju. Wprowadzenie pałeczek bakterii kwasu mlekowego do przewodu pokarmowego reguluje jego pracę, zapobiega wzdęciom, zaparciom, biegunkom, wspomaga trawienie oraz wchłanianie składników pokarmowych, działa pomocniczo w trakcie i po kuracji antybiotykowej, chroni przed namnażaniem grzybów i bakterii chorobotwórczych, wpływa na syntezę witamin i enzymów, prowadzi do uszczelnienia jelit, co ma szczególne znaczenie w przypadku alergii.”

Czyżby to był sok z gumijagód 🙂 (mam na myśli ten z bajki „Gumisie”)? Nawet kolor ma podobny. Wątpię wprawdzie, by po wypiciu kwasu z buraków udało się skoczyć z drzewa na drzewo, czy jak to tam te Gumisie potrafiły, ale eliksir zdrowia to zdecydowanie jest. Zakładam, że podobne właściwości co kwas mają ukiszone buraki. Stąd właśnie tytuł dzisiejszego tekstu. Jego rozwinięcie powinno brzmieć: ku zdrowotności pij kwas buraczany i zajadaj ukiszone buraki. Ku mojemu zdziwieniu, buraki w takiej postaci mi zasmakowały. Tak, tak, uważam, że są smaczne, pomimo mojej niechęci do buraków gotowanych (surowe w ogóle nie wchodzą w grę). Mam tylko jedno zastrzeżenie do kiszonych buraków i to jest też uwaga do Was: jeśli po gotowanych burakach macie jakieś dolegliwości ze strony układu pokarmowego, jest możliwe, że po kiszonych też będziecie je mieć, choć zapewne w mniejszym stopniu. To, co teraz napisałam, przeczy cytowanej przeze mnie powyżej treści, ale pamiętajmy: nie każdy na każdy produkt reaguje tak samo. Mój brzuch znacznie lepiej sobie radzi z burakami kiszonymi, niż pod inną postacią, ale i tak za dużo ich zjeść nie mogę (ale przynajmniej mi smakują). Za to jak nie tknę surowego soku z buraków (np. z wyciskarki), który wywołuje u mnie mdłości, tak ten kiszony jest świetny i czuję się po nim bardzo dobrze. I to jest moje odkrycie sezonu: kwas buraczany jest pyszny.

Przy produkcji mojego kwasu z buraków kierowałam się ogólnie wskazówkami zawartymi w znalezionych przepisach, liczby traktując nieco umownie. Za pierwszym razem dodałam kawałek chleba żytniego razowego (własnego wypieku), ale przy kolejnych już nie – najpierw nie miałam, bo akurat piekłam chleb drożdżowy, a później dlatego, że kwas wychodzi pyszny i tak samo szybko bez tego chleba. Nie ukrywam, że tak jest łatwiej – mniej produktów wypływa na wierzch, a co za tym idzie mniejsza jest obawa, że coś zacznie pleśnieć. Inna sprawa, że wcale nie trzeba kwasu jakoś fanatycznie pilnować, żeby na pewno go sobie nie zepsuć. Wystarczy zajrzeć rano i wieczorem, żeby zebrać pianę, która się tworzy. Zdarzało mi się doglądnąć kwasu raz dziennie i też nic złego się nie stało. Rozpędziłam się, powinnam najpierw podać przepis, a potem mówić o postępowaniu, ale zapewniam Was, że wszystko razem jest bardzo proste, tylko trzeba się uzbroić w cierpliwość na kilka dni. Przepis, który tu podaję, jest tym, z którego obecnie korzystam sama. Dokumentacja fotograficzna będzie po przepisie.

KWAS BURACZANY I KISZONE BURAKI (2 W 1)

1,5 kg buraków (podłużne lepsze, kwas wychodzi z nich słodszy; oczywiście najlepiej by było mieć własne lub ekologiczne – ja nie mam, kupuję w tradycyjnej budce warzywnej)

6-8 ząbków czosnku (zależnie od wielkości)

8 liści laurowych

8 kulek ziela angielskiego

2 łyżki soli (będzie rozpuszczana w wodzie; jak wiadomo, sól łatwiej rozpuścić w gorącej wodzie – ja rozpuszczam w filiżance wrzątku, po czym dolewam roztwór do zimnej wody, żeby całość była chłodna; a dlaczego – o tym piszę poniżej; można też zaczekać, aż woda z solą wystygnie)

2,3 litra przegotowanej lub przefiltrowanej wody  (używam przefiltrowanej, bez gotowania) CHŁODNEJ lub zimnej, w żadnym wypadku nie może być gorąca, bo to nam załatwi buraki – stracą swoje wartości

duże naczynie szklane lub ceramiczne (ja mam słój o pojemności 4 litrów, świetne byłoby też naczynie kamionkowe, ale słój łatwiej dostać w sklepie), które przed użyciem należy porządnie umyć, a najlepiej wyparzyć; naczynie powinno być na tyle duże, żeby po umieszczeniu w nim wszystkich składników, łącznie z wodą, nie było wypełnione pod tzw. korek, moim zdaniem wystarczy zostawić jakieś 5 cm – dzięki temu w trakcie fermentacji sok nie wydostanie się sam z naczynia.

Przygotowanie:

Buraki należy dokładnie umyć, obrać i pokroić na plastry o grubości do 4 mm (ale bez szaleństwa, można kroić na oko). Można je też przepuścić przez maszynkę, która kroi na plastry. Będą cieńsze, ale wygodniejsze do jedzenia. Grubsze są twardsze, ale też bardziej chrupiące – co kto lubi. My wolimy te cienkie, choćby dlatego, że się je potem łatwiej zjada na kanapce lub nabija na widelec. Grubsze mają tę zaletę, że wykazują mniejsze tendencje do wypływania podczas kiszenia. Moje cienkie plastry wypływają w tak nieznacznym stopniu, że nie utrudnia to kiszenia. Jeśli jednak ktoś ma słabe nerwy, niech kroi grubiej, a jak nabierze wprawy – sam zadecyduje jak dla niego lepiej.

Czosnek przed obraniem z łupinek dobrze jest lekko przygnieść (np. deską do krojenia lub trzonkiem noża). Ale zaznaczam: lekko, nie na miazgę, niech ząbki pozostaną w całości, ale puszczą trochę soku. Przygniecenie czosnku dodatkowo ułatwia jego obieranie.

Do przygotowanego naczynia wkładamy pokrojone buraki, czosnek, liście laurowe i ziele angielskie. Najlepiej na przemian. Przyprawy można też dać na sam spód, żeby im utrudnić wypływanie. Sól rozpuszczamy w wodzie i tym roztworem zalewamy składniki w naczyniu. Należy je przykryć bawełnianą ściereczką, gazą lub po prostu kawałkiem jakiegoś materiału (naturalnego), który należy zamocować np. gumką recepturką. Odstawiamy naczynie w ciepłe miejsce (niekoniecznie obok pieca czy kaloryfera, może być kąt na blacie kuchennym lub nawet wolny kawałek podłogi).

Następnego dnia zdejmujemy przykrycie i sprawdzamy, czy już tworzy się piana. Jeśli jest – zbieramy ją i wyrzucamy. Jeśli coś w międzyczasie wypłynęło – topimy :), oczywiście w miarę możliwości. Trudno będzie np. utopić ziele angielskie. Można zawartość stałą docisnąć talerzykiem, ale ja tego nie robię, bo nie mam takiego, który by mi przeszedł przez wejście w słoju, a jak już wspomniałam, i tak nic złego się nigdy nie stało. Tę operację ze zbieraniem piany i topieniem powtarzam rano i wieczorem (chyba, że z ciekawości zajrzę częściej, co mi się zdarza). Często już po dwóch dobach (wcześniej nie sprawdzałam) widać przez ścianki słoja jak kwas pracuje: to te uciekające do góry bąbelki powietrza. Ach, jeszcze coś: do zdejmowania piany i maczania w kwasie używam zwykłej łyżki kuchennej, takiej jak do zupy, czystej oczywiście.

Tak więc pilnujemy naszego cudownego probiotycznego napoju przez 4 dni, chyba że jest upał, wtedy może i 3 dni wystarczą. Po tym czasie kosztujemy, czy napój jest już gotowy. Można to łatwo poznać, charakterem bardzo przypomina pod tym względem sok spod kiszonych ogórków, jest lekko „gazowany” i bardzo orzeźwiający. Na żadnym etapie nie jest trujący, także można próbować bez obawy o utratę życia. Trzymany w cieple dłużej, nabiera intensywności. U mnie zwykle wystarcza 4-5 dni.

W zależności od tego, jak grubo zostały pokrojone buraki, na ich ukiszenie potrzeba mniej lub więcej czasu – takie jest moje doświadczenie. Grubo pokrojonym dałabym chociaż 6 dni, podczas gdy cienkie plastry będą gotowe w tym samym czasie, co kwas. Warto spróbować organoleptycznie, czyli zjeść kawałek, żeby się przekonać, czy są dobre. Pojawia się pytanie: co zrobić, jeśli kwas jest gotowy, a buraki jeszcze nie? Najlepiej jest przełożyć buraki do mniejszych słoików (ja używam litrowych / 900 ml, czy ile one tam mają), zalać kwasem w takiej ilości, żeby przykrył buraki i pozostawić do dalszego kiszenia, nadal pilnując piany i usuwając ją, bo nie jest wykluczone, że będzie się tworzyć (u mnie jej nie było). Resztę kwasu należy zlać do butelek lub słoików i umieścić w lodówce. Ukiszone buraki w słoikach również trzeba schować do lodówki. Zarówno kwas, jak i buraki, w lodówce trzymamy zamknięte / zakręcone. Z tego, co czytałam, można je w taki sposób przechowywać do miesiąca. U nas nigdy nie stały dłużej niż dwa tygodnie. Jeśli i Wam zasmakuje i postanowicie ukisić nową porcję buraków, przyspieszycie proces dolewając im trochę gotowego kwasu, zachowanego z poprzedniego kiszenia. 

Kwas z buraków najlepiej smakuje mi na zimno lub w temperaturze pokojowej. Okazuje się, że to dobrze, ponieważ nie zaleca się znacznego podgrzewania kwasu – w temperaturze powyżej 50ºC traci swoje cenne właściwości. I jeszcze jedna informacja: czosnek z kiszenia buraków też nadaje się do zjedzenia.

DSC_1139

DSC_1141
Po lewej moje ukochane urządzenie kuchenne 🙂
DSC_1142
Uwielbiam takie zdjęcia
DSC_1156
Tak to wygląda po zalaniu wodą
DSC_1151
Jak widać, buraki chciałyby wypłynąć, ale po zrobieniu tego zdjęcia utopiłam je łyżką
DSC_1152
Już są pod wodą (widzę jeden wyjątek)
DSC_1159
Zwykła bawełniana szmatka (czysta rzecz jasna) przyczepiona gumką recepturką jest odpowiednia jako przykrycie do kiszenia buraków
DSC_1105
Cudowny napój (jeśli zrobię ładniejsze zdjęcie, to dodam lub zamienię)
DSC_1102
Propozycja podania: buraki kiszone w  towarzystwie komosy ryżowej i kotlecików z fasoli, do tego kwas zamiast kompotu 🙂 . Polecam również buraki na kromce chleba z olejem lnianym – smakowite połączenie

 

Mam świadomość, że jak na opis tak prostej w przygotowaniu rzeczy, to ten mój jest strasznie długi. Jakoś nie potrafię napisać krócej. Wszystko wydaje mi się warte odnotowania, bo może akurat komuś jakaś z pozoru błaha wskazówka się przyda. Więc piszę wszystko i tego jest potem tak dużo właśnie. A i tak jestem pewna, że najdalej jutro przypomnę sobie coś, co jeszcze mogłam dodać, ale zapomniałam. Ech…

[Dodane następnego dnia] A nie mówiłam, to znaczy, nie pisałam? Zapomniałam dodać dwa słowa o stroju. Niby nic takiego, ale może się przydać: buraki są ciemnoczerwone i bardzo soczyste, to rzecz wiadoma. Do ich obróbki warto założyć fartuszek lub coś, czego nie będzie szkoda, jeśli jakaś kropla tryśnie na ubranie. Bardzo polecam również rękawiczki, no chyba, że ktoś ma w planach zabawę w Indian – to oczywiście, będzie łatwiej się ucharakteryzować, bo bez użycia rękawiczek dłonie będą czerwonawe 🙂

Na koniec chcę napisać jeszcze jedno: mamy porę tzw. przejściową – pory roku przechodzą jedną w drugą, a my przechodzimy przeziębienia i inne infekcje, bo się wydawało, że jest już bardzo ciepło, co z resztą jest w pewnym sensie zgodne z prawdą – jest dużo cieplej niż powiedzmy z miesiąc temu. Ale porównując do lata – jest jeszcze co najmniej chłodno. Jeśli zatem wygląda na to, że mamy wiosnę, i tak noście czapki, kapelusze, kaptury, czy co tam wolicie, choćby cienkie. I apel do młodzieży: młodzieży, noś skarpetki zakrywające kostki! Widzicie, co się dzieje z pogodą, jaka jest zmienna. Jednego z ostatnich dni w ciągu kilku godzin z wiosny zrobiła się zima. Żadne zdrowe odżywianie nie pomoże, jeśli się człowiek nie ubierze stosownie do pogody. Tak pisał o tym Wiech, czyli Stefan Wiechecki na zakończenie jednego ze swych przedwojennych felietonów, zatytułowanego „Marzec czy czerwiec?”* (całe opowiadanie jest bardzo zabawne, a tutaj kwestię wygłasza pan Piecyk):

„Tak, tak, nie ma nic gorszego jak nieformalne miesiące – maj musi być maj, a marzec – marzec!

Dlatego też ja do samej Wielkanocy w watowanem palcie bede chodził i do czerwca go do otomany nie włoże, bo wiem, że zima musi się jeszcze na nas odegrać.”

* Stefan Wiechecki: Marzec czy czerwiec. [W:] Odświętna butelka czyli reportaże warszawskie / Stefan Wiechecki. Kraków, 2015.

 

Reklamy
Dziergonomia stosowana

Podkolanówki w kolorze fuksji i słowo o wyrabianiu pięty w skarpetce

Miałam Ci ja motek miękkiej wełny w kolorze fuksji. Leżał i leżał, aż przyszła Siostrzyczka i powiedziała, że bardzo lubi te podkolanówki, które kiedyś dla Niej zrobiłam. W mojej głowie zabłysnęła myśl: to będziesz miała drugą parę. Cała uroda tych podkolanówek leży w drobnym, niepozornym warkoczyku, znajdującym się na łydce. Zwykły warkoczyk, a tyle uroku, czyli proste jest piękne.

W ekspresowym tempie przerobiłam motek na podkolanówki według wzoru Little Cable Knee Highs ze strony Purl Soho. Poprzednie były szare, mniej więcej takie, jak te na stronie Purl Soho. Tym razem jest wesoła fuksja – to Cashmira Fine Alize, kolor nr 122, 450 m w 100 g. Jest to wełna 100%, ale bardzo miękka, lekko budyniowata. Przy użyciu drutów nr 2,75 zużyłam cały motek włóczki, zostało mi ze 30 cm. Rozwinęłam i zmierzyłam ostatnie kilkanaście metrów, żeby sprawdzić, na ile okrążeń wystarczy mi włóczki, żebym nie musiała pruć zbyt późno rozpoczętego ściągacza. Przyznam się Wam, że nie znoszę pruć robótek dzierganych w okrążeniach, a jeśli są to skarpetki i robię obydwie naraz, wtedy prucia nie znoszę w szczególności, dlatego zdecydowałam się na pomiary. Wyszło dokładnie tak, jak sobie wymierzyłam, z czego jestem bardzo zadowolona, bo niespodzianki lubię, ale nie w takich sytuacjach.

DSC_0731

DSC_0732

DSC_0734

DSC_0736
niełatwo jest sfotografować własną łydkę (wydawało mi się, że założyłam podkolanówkę prosto – warkoczyk powinien być na środku łydki)

I to by było na tyle w kwestii podkolanówek, mam jednak uwagę co do wzoru, a konkretnie do sposobu wyrabiania pięty: jest dziwny. Dla mnie nawet tak dziwny, że nie umiałabym wytłumaczyć, na czym polega. Jest jeszcze taka możliwość, że ta pięta jest zupełnie normalna, tylko ja miałam podczas dziergania jakieś zaćmienie umysłu. Pozostaję jednak z przekonaniem, że to była dziwnie tworzona pięta i następnym razem zrobię ją po swojemu, czyli tak, jak na przykład w skarpetkach Tara według Janneke Maat. W skrócie: najpierw dodaje się oczka po bokach pięty, potem przerabia określoną liczbę rzędów skróconych z owijaniem oczek, a na koniec zbiera się owinięte oczka i odejmuje wcześniej dodane. Najlepiej zajrzeć do wzoru, w którym wszystko jest bardzo zrozumiale opisane. Moim zdaniem ten sposób daje najlepszą piętę, a już na pewno jest ona najlepsza i dodatkowo najłatwiejsza, najbardziej logiczna z tych, które ja dotąd tworzyłam. W poszukiwaniu wersji polskiej polecam udać się na kurs skarpetkowy do Intensywnie Kreatywnej, która właśnie Tarę kiedyś opisała i nakręciła filmy instruktażowe.

Nie wiem jak u Was, ale u mnie dzisiaj wieje na potęgę. Wicher przeganiam piosenką, niemającą nic wspólnego z wiatrem, ale będącą moim ostatnim odkryciem, bowiem jeszcze do niedawna żyłam w przekonaniu, że ten piękny utwór należy do Grzegorza Turnaua (któremu niczego nie ujmuję za jego wykonanie, bo bardzo je lubię). A tu nie: to kto inny był pierwszy i ta wersja jest, że tak powiem, mojsza.

 

Dziergonomia stosowana

Malutkie

Malutkie powstały z akrylu, który pozostał po produkcji komunijnego sweterka (tak, tak, był taki, od maja ubiegłego roku czeka na prezentację). Nie ma się co nad nimi rozpisywać, może tyle, że zgadzam się z wieloma dziewiarkami odnośnie tego, że dzierganie takich drobiazgów to ogromna radość, nawet, jeśli są tak nieskomplikowane, jak te tutaj. Nie chodzi nawet o to, że szybko widać efekty. Po prostu te ciuszki są takie… czy ja wiem… urocze 🙂 . Polecam jako miły przerywnik pomiędzy większymi projektami oraz doskonały sposób na zagospodarowanie małych ilości włóczki. U mnie to akryl, tak wypadło, ale ogólnie polecałabym włókna naturalne.

Ostatnie ostatki, że się tak wyrażę, poszły na powiększenie kocyka, który czas jakiś temu robiłam. A nawet zrobiłam, ale spokoju mi on nie dawał ze względu na słabe wykończenie. Teraz z kolei widać różnicę w bieli pomiędzy użytymi włóczkami, ale to mi nie przeszkadza, bowiem kocyk jest nieco większy, a więc ma większy sens 🙂 , a wykończone szydełkiem brzegi się nie wywijają. Aktualizacja fotograficzna jest – we wpisie o kocyku.

To teraz malutkie. Kolejności powstawania nie pamiętam, takie to były szybkie robótki.

Sweterek Jack & Jill baby cardigan

dsc_0960.jpg

DSC_0961
Takie guziczki do niego znalazłam

Sweterek Buttercup baby wrap

DSC_0964DSC_0965

Sweterek Wee Lima – odrobinę przeze mnie zmodyfikowany. Ten sweterek dzierga się od góry na płasko, a po zakończeniu panelu z guzikami łączy się robótkę w okrąg. Ja nie połączyłam, uznałam, że zrobię rozpinany, z tym, że nie dodawałam więcej guzików. Taki sweterek może służyć bardziej jako kardigan, o ile w ogóle słowo „kardigan” jest odpowiednie dla odzieży małego berbecia.

DSC_0962DSC_0963

Naszło mnie jeszcze na spodenki lub rajtuzki – nigdy dotąd ich nie dziergałam, a w rozmiarze dziecięcym będzie milej zdobywać doświadczenie, niż na dorosłym egzemplarzu. To jeszcze w planie, zobaczymy, kiedy się uda go zrealizować.

Dziergonomia stosowana

Fylleryd i Alpine Meadows, czyli ciąg dalszy następuje

To jest dosłownie ciąg dalszy, dlatego zawiera odniesienia do poprzedniego wpisu.

Kolejną włóczką, do której dobrałam wzór z założeniem takim samym, jak przy Sunny Roses (czyli wzór dobrany był do dostępnego metrażu), była Haapsalu Shawl w kolorze głębokiej, ciemnej, leśnej zieleni (przepiękny jest ten kolor, u mnie na banderoli ma nr 480). Wybrałam do niej wzór Fylleryd i to z dwóch powodów: poza tym, że pasował mi do posiadanej ilości włóczki, chciałam sobie porobić bąbelki zwane nupkami (nie lubię tego słowa, będę go unikać), ale bez przesady z ilością, a w tym wzorze nie ma ich zbyt dużo. Kiedyś już tę chustę dziergałam i wtedy wydawała mi się taaaka pracochłonna. Ale latka lecą i po wielu przerobionych ażurach tym razem Fylleryd zajęła mi dosłownie kilka dni (nie policzyłam godzin), a to między innymi dlatego, że zmieniłam sposób tworzenia bąbelków – dotarło do mnie, że oczka i narzuty trzeba w nich robić luźno, żeby potem bez trudu i zgrzytania zębami zebrać je na lewo w kolejnym rzędzie. Z tą chustą przyszła mi na nowo ochota na robótki z bąbelkami, także w miarę dostępnego zasobu czasowego zamierzam porobić ich jeszcze trochę (w następnych chustach i szalach rzecz jasna).

004 (2)

I znów, pomimo szczerych chęci zużycia włóczki do końca, zostało mi jej. Ale tym razem, nawet gdybym wiedziała, że tak będzie, nie dobrałabym grubszych drutów. I tak robiłam chustę na drutach nr 2,75, co wydaje mi się największym dopuszczalnym rozmiarem dla Haapsalu, która ma 1400 m w 100 g. To znaczy wiadomo, można i na szóstkach dziergać z cienizny, ale ja nie chciałabym zbyt dużych dziur. Jak już pajęczynka, to niechże ma swoją gęstość. No i ta chusta ją ma (nieładnie tak pisać: „no i”, ale tak mi najbardziej tutaj pasowało). Z efektu jestem naprawdę zadowolona. Z resztą, czy można nie być zadowolonym z chusty, która dzięki świetnej włóczce zablokowała się cudownie i po odpięciu szpilek nadany kształt pozostał taki, jak powinien? Gotowa chusta mierzy 182 cm wzdłuż górnej krawędzi i 77 cm na wysokość. Waży 47 g, można powiedzieć, że jest lekka jak piórko (choć to zależy, od jakiego stworzenia to piórko).

009008 (3)006 (3)006

003 (2)

008 (2)

 

I na koniec, z nożem – w postaci upływającego czasu – na gardle, powstał szal (a może to chusta?) Alpine Meadows Oksany Kushchovenko, czyli po naszemu Alpejskie Łąki. To w mojej dziewiarskiej działalności trzeci zdaje się szal według tego wzoru i jak słowo daję, chociaż wybitnie mi się podoba, chwilowo mam go dość. Zmęczyłam się nim (ciekawe, kiedy znów wezmę go na warsztat zapominając o tym wyznaniu). Niemniej, nadal uważam, że jest to jeden z najpiękniejszych szali, jaki znam. Tym razem była to robótka celowa: szal zrobiłam w prezencie urodzinowym dla mojej Chrzestnej Mamy, która jest bardzo ważną osobą w moim życiu i dla której chciałam wydziergać coś wyjątkowego. Wiedziałam, że ten wzór Jej się podoba. Kolor włóczki wybrała sama, nie wiedząc do końca na co (poza tym, że miało być na szyję – to była istotna wskazówka przy doborze koloru), z zaproponowanych przeze mnie możliwości. Nie ukrywam, że przedstawiłam Chrzestnej włóczki, z których bardzo chciałam sobie podziergać, a których dotąd nie miałam w rękach. Ku mojej wielkiej radości, wybór padł na Malabrigo Lace w kolorze Garnet (nr 42, farbowanie 11737). Kiedy przyszły ze Sklep-IKu zamówione motki, byłam nimi tak uradowana, że aż sobie je sfotografowałam. I dzięki temu mogę teraz zaprezentować, jak wygląda ta włóczka w motkach. Proszę bardzo, jeszcze w pudełku (pod spodem bladoróżowa Haapsalu, której zamówieniu „przy okazji” oprzeć się nie mogłam):

001

Szal robiłam na drutach nr 2,75 (zależało mi, żeby część dżersejowa była w miarę zwarta) i 3,25 (to na border). Malabrigo to czysta wełna merino, przy której praca nad ażurowymi wzorami ma sens – po blokowaniu chusta zachowała kształt i pięknie się rozciągnęła, także górna krawędź ma ok. 215 cm. Dolnej nie mierzyłam. Na szerokość w najszerszym miejscu jest nieco ponad 42 cm. Szkoda, że nie więcej, ale to dlatego, że kiedy blokowałam szal, nie mogłam wygospodarować więcej miejsca na podłodze. Tak czy inaczej, gotowe łąki alpejskie są szalem, więc nie wiadomo jak szerokie być nie muszą. Chrzestnej Matce szal bardzo się spodobał i to jest dla mnie w tym wszystkim najważniejsze.

DSC_0102

Jest jeszcze jedna historyjka związana z tym szalem, czy może raczej jest to pomysł, jaki nań miałam, kiedy dumałam nad tym, czy dwa motki Malabrigo, czyli około 860 metrów, to dość na Alpejskie Łąki. Wymyśliłam mianowicie wyjście z tego problemu, a inspiracją był w pewnym zakresie szal Sunny Roses. Szal Alpine Meadows oryginalnie powstaje z góry na dół, czyli najpierw dziergana jest część gładka, dżersejowa. Poszerzanie górnej krawędzi odbywa się poprzez dodawanie oczek na brzegach (trzy oczka na dwa rzędy bodajże), po czym następuje część ażurowa, również z poszerzaniem i na koniec pikotkowe zakończenie. A gdyby tak zacząć jeden rząd przed ażurem na prowizorycznym łańcuszku, zrobić ażur do końca (bo przecież nie od końca, jak w Sunny Roses), po czym zebrać oczka z łańcuszka i rzędami skróconymi pociągnąć szal w górę? Mogłabym wówczas dostosować wielkość części gładkiej szala do posiadanych zasobów włóczkowych. Byłam prawie zdecydowana na takie rozwiązanie, jednak poczytałam sobie Ravelry, a konkretnie wyszukałam parametry gotowych szali, jakie powstały z wzoru na Alpejskie Łąki i wyszło mi, że włóczki wystarczy. Tak też się stało – nie tylko starczyło, ale i nie wykorzystałam wszystkich posiadanych metrów, zużyłam 83 g. W każdym razie jest to jakiś sposób na konstruowanie szali w księżycowym kształcie.

Bez nazwy 2

DSC_0115

DSC_0114

DSC_0113

DSC_0111

DSC_0101

DSC_0100

DSC_0107

DSC_0109
Jak pod słońce 🙂
Dziergonomia stosowana

Tęczowy otulacz i szal Sunny Roses (przy czym ciąg dalszy nastąpi)

Otulacz i szal, które chcę dzisiaj zaprezentować, powstały w sierpniu i wrześniu (roku 2018). Dawno… ale mam jakieś tam notatki ich dotyczące. Wróć. Tęczowy szalik powstawał bodajże od lipca, ale w bardzo ślamazarnym tempie, bo zaaawsze się okazywało, że jest coś innego, co można by porobić, a włóczki nie ubywało… to ja może od tego szalika zacznę.

DSC_0699

Był sobie wściekle tęczowy i strasznie cieniutki akryl. Chociaż nie całkiem był cieniutki, miejscami był grubszy, bo to taka nitka o zmiennej grubości, ale według załączonej doń informacji miał jakieś 1200 m w 100 g, co dla mnie znaczy, że był cienki. Część przerobiłam na chusty, dodając pojedynczą jego nitkę do mohairowej szarej. Te chusty już pokazywałam, o tutaj. Chusty nie pochłonęły zbyt wielu metrów i jeszcze sporo tej tęczy mi zostało, powiem jednak szczerze, że nie sądziłam, że będzie tego aż tyle, ile się być okazało. W każdym razie, postanowiłam tęczę przerobić na szalik, tym razem bez żadnych dodatkowych włóczek, natomiast tęczą potrojoną. Inna sprawa, że byłam ciekawa wyglądu takiej potrójnie wziętej nitki, która już pojedynczo jest dość szalona. Zrobiłam próbkę i zadowolona z efektu przystąpiłam do pracy. Och jakże mi się ta praca dłużyła! Na początku szło mi opornie z uwagi na to potrojenie nitki – ja nawet przy pojedynczej dość często trafiam drutem między włókna, a co dopiero przy potrójnej! Jak wiadomo, do prawie wszystkiego można się przyzwyczaić i choć do samego końca nie pozbyłam się wspomnianego problemu, to jednak po niedługim czasie doszłam do jakiej takiej wprawy. A i zmienna grubość włóczki też mi zadania nie ułatwiała. Natomiast materia, która schodziła z moich drutów nr 3 ściegiem głównie francuskim (z małym dodatkiem dżersejowego), była tak milutka, że hej. To taki rodzaj akrylu – śliski, chwilami zjeżdżający z drutów, ale bardzo milutki i lejący w „konsystencji”, że się tak wyrażę.

DSC_0703DSC_0705

Tak to sobie dziergałam, jednak ze słabnącym zapałem, gdyż włóczka wydawała się nie mieć końca, a ja się uparłam, że wyrobię ją całą. Na dodatek plątała mi się, a rozplątywanie zajmowało sporo czasu. Plątanie było moją winą, ponieważ ciągnęłam nitkę od środka motka, a wiadomo, jak to się czasem układa – zamiast nitki wychodzi pęczek, albo wręcz pęk, który trzeba rozsupłać. I ja, jak ten Kopciuszek, rozsupływałam. Odkładałam robótkę na święty nigdy przy każdej możliwej sposobności, czyli kiedy tylko wpadło mi coś innego do wydziergania (w większości sama sobie wymyślałam, co by tu sobie innego porobić, byle odłożyć ten szalik), ale w końcu włóczka się skończyła (hurraaa!!!). Natenczas zdążyłam już zmienić koncepcję (po drodze szalik miał być miedzy innymi bluzką) i ostatecznie sprułam początek, po czym połączyłam go graftingiem z końcem i tym sposobem powstał otulacz, przeeedługi otulacz, którym można się omotać na kilka razy – u mnie do pięciu razy). Złożony na pół ma 158 cm długości (na szerokość ma 25 cm), to sobie łatwo policzyć ile by miał jako zwykły szalik. Gdybym wiedziała, że wyjdzie taki długi, zrobiłabym szerszy, a krótszy. Obrobiłam mu brzegi na szydełku zwykłymi półsłupkami, żeby się nie rozciągał na długość, jak to się często dzieje w przypadku ściegu francuskiego. Nie miałam już tęczy, toteż wybrałam pasujące kolorystycznie szmaragdowe merino. Przy tej swojej długości, otulacz waży wcale niedużo – 186 g. I to by było na tyle o tęczowym szaleństwie, dla którego teraz szukam właściciela.

DSC_0716

DSC_0700

DSC_0715DSC_0721DSC_0718DSC_0723

 

Następny w kolejce był szal Sunny Roses, którego autorką jest Larisa Valeeva. Ten wzór przerabiałam już co najmniej raz (wydaje mi się, że więcej, ale głowy za to nie daję, nie pamiętam; pisząc, że przerabiałam, mam na myśli, że robiłam z niego szal, a nie, że coś w nim zmieniałam) i bardzo bardzo mi się on podoba. Ma księżycowy kształt, który uważam za bardzo praktyczny i łatwy do zawinięcia na szyi, ale przede wszystkim ma śliczne ażurowe róże (z nazwy szala wnoszę, że to róże). Pięknie to autorka wzoru zaprojektowała. Szal jest o tyle ciekawy, że jego dzierganie zaczyna się od dolnej krawędzi, która powstaje na szydełkowym łańcuszku, a liczba oczek stopniowo jest redukowana. Część bez wzoru jest tworzona przy pomocy rzędów skróconych. Wszystko to jest bardzo miłe i przyjemne, może poza kilkoma rzędami początkowymi, kiedy robótki jest dużo na szerokość, a mało na wysokość, co powoduje, że to, co jest kręci się na drucie i trzeba odwijać i odwijać, i jeszcze raz odwijać. Ale przynajmniej nic się nie plącze, poza tym można sobie zawsze powiedzieć, że najdłuższe rzędy ma się już za sobą.

DSC_0616

Szal powstał z włóczki Gazzal Dennis w kolorze nr 911 (ciemny morski) na drutach nr 4. Miałam tej włóczki jeden motek i zamierzałam tak przeprowadzić robótkę, żeby mi te 500 metrów wystarczyło (włóczka ta ma 500 m w motkach po 50 g). Tak naprawdę dobrałam wzór do włóczki. Bo ten wzór można sobie dostosować: skoro zaczyna się od części ażurowej, to przecież po jej ukończeniu mogłam sobie dalej zrobić, co mi się będzie podobało, na przykład zrobić mniej rzędów skróconych albo ostatecznie zrezygnować z ażuru, który autorka wzoru zaplanowała przy górnej krawędzi. Jak się okazało – nie było takiej konieczności, ponieważ włóczki nie tylko nie brakło, ale jeszcze trochę zostało (powstały z niej dwa spore prostokąty w krzywym kocyku). Gdyby zatem ktoś zapałał pragnieniem samodzielnego stworzenia szala Sunny Roses (na dobrą sprawę, ja nie wiem, czy w takim kształcie to jest szal, czy raczej chusta), to 500 m cienkiej włóczki przerabianej na czwórkach wystarczy. A może i na 4,5 by starczyło. Moje słoneczne róże mają 158 cm wzdłuż krótszej krawędzi, 204 cm wzdłuż dolnej, 37 cm na szerokość i ważą 43 g (a zatem poszło na nie ok. 430 m).

DSC_0715
Nie ma się co oszukiwać: Gazzal Dennis jest bardzo milutką (merino w składzie) i ładną włóczką (na fotografii nie widać cudnych iskrzących niteczek, które widać przy sztucznym świetle), ale nie blokuje się najlepiej na świecie

DSC_0716

DSC_0718
Kiedy wisi, prezentuje się bardzo dobrze…
DSC_0719
… jednak na leżąco górna krawędź nie za bardzo pamięta, że była blokowana

DSC_0717

DSC_0614
Tak to wyglądało na podłodze po odpięciu szpilek (dziwne tło zrobiłam w programie graficznym, po wymazaniu karimat i prześcieradła)

Ciąg dalszy nastąpi, ponieważ kolejna chusta i szal zajmą trochę miejsca, a na dzisiaj wystarczy.

Dziergonomia stosowana

Aaa, kocyki dwa… duży i mały

Po ukończeniu pracy nad dużym kocem i jednym rzucie oka na całość, przypomniała mi się piosenka z dzieciństwa, której pierwsza zwrotka zaczynała się od słów: „Był sobie kocur bury”. Bo to taki duży koc wyszedł, czyli kocur 🙂 . I na dodatek jest bury, gdyż takich włóczek miałam najwięcej.

002

Dzierganie koca zaczęłam jeszcze w maju lub czerwcu, już nie pamiętam. I nie pamiętam, czy to przez przypadkiem znaleziony w internecie wzór o nazwie „OpArt”, który bardzo mi przypadł do gustu, czy z potrzeby opróżnienia choć jednego pudła z włóczkami, na które nie miałam pomysłu, a chciałam zwolnić trochę powierzchni życiowej w domu. Dość, że jedno i drugie powiodło się – koc zrobiłam i pozbyłam się jednego pudła. Gwoli ścisłości, użyte włóczki nie zajmowały całego pudła – pozostałe upchnęłam gdzie indziej, żeby koniecznie pozbyć się tego jednego. Co za wspaniałe uczucie – pozbyć się czegoś, co zagraca (zagraca oczywiście pudło, nie włóczki).

Koc kończyłam na początku października, ale to nie dlatego, że zabrał mi całe letnie miesiące, o nie! Letnie miesiące po prostu nie nadawały się do dziergania koca z uwagi na upał nie do zniesienia (przemilczmy mohairowy szal, który pojawił się w jednym z wcześniejszych wpisów), toteż zawiesiłam pracę nad kocem, czekając na lepszy czas.

Dziergało mi się całkiem przyjemnie, choć przy ostatnich okrążeniach nie mogłam się doczekać końca, a i tak nie dotrwałam do takiej liczby okrążeń, jaką zakłada wzór dla rozmiaru dorosłego, a mianowicie dającej 888 oczek w jednym okrążeniu. U mnie jest ich nieco ponad 800, ale jest to naprawdę małe nieco. Tak więc dzierganie było łatwe i przyjemne, szczególnie, że koc jest cały wykonany ściegiem francuskim, czyli na zmianę okrążenia prawe i lewe; podejrzewam, że byłaby to doskonała robótka filmowo-meczowa lub lekturowa dla osób, które lubią podczas dziergania porobić coś jeszcze – ja nie bardzo, dostaję oczopląsu.

Pozytywnie zaskoczył mnie wynik wykorzystania różnokolorowych włóczek, nie sądziłam bowiem, że takie pomieszanie może dać zamierzony przez autorkę wzoru efekt iluzji optycznej – wydawało mi się, że będzie to możliwe tylko przy użyciu dwóch kontrastujących ze sobą kolorów naprzemiennie, tak jak u Melissy. W dodatku zgodnie z wzorem pasy kolorów powinny być coraz szersze, a u mnie podyktowane są najczęściej ilością włóczki w danym kolorze. A tu proszę, mam wrażenie, że linie na kocu są powykręcane. Osiągnąć ten efekt można w bardzo prosty sposób: zwykle kwadrat w okrążeniach tworzy się dodając w co drugim okrążeniu po dwa oczka w każdym rogu kwadratu, a dokładniej – jedno oczko przed rogiem i jedno za rogiem, czyli w sumie 8 oczek w co drugim okrążeniu; tutaj oczka dodawane są w każdym okrążeniu, tyle że w sumie 4 i tylko za rogiem. Gdybym miała możliwość zablokowania koca w celu nadania mu bardziej wyraźnego kształtu, uzyskany wiatraczek wyglądałby jeszcze ciekawiej, ale taką powierzchnią (wolną) nie dysponuję. Koc nie jest wprawdzie przeogromny, bez rozciągania jeden bok ma ok. 130-135 cm, a po przekątnej 200, ale ścieg francuski ma to do siebie, że można go mocno rozciągnąć, zwłaszcza, jeśli się przerabiało oczka w miarę luźno, a ja tak właśnie robiłam. I takiej powierzchni wolnej nie mam. Przy użyciu drutów nr 4,5 oraz włóczek różnej grubości i o różnym składzie, oczka wychodziły raz bardziej raz mniej ściśle, ale w większości – mniej ściśle. Niektóre włóczki były tak grube, że te druty były dobrane akurat, inne włóczki zostawiały trochę luzu, jeszcze inne przerabiałam w dwie lub więcej nitek (do ośmiu, o ile dobrze pamiętam, przy bardzo cienkich nitkach). Oczka zamykałam na drutach nr 6.

Tak to właśnie było z tym burym w kolorystyce kocem, który jest intensywnie użytkowany (również jako narzuta na kanapę lub peleryna, gdy Mąż wietrzy pokój), świetnie można się nim otulić, a rozciągliwość działa bardzo na jego korzyść – przy mojej długości ciała wystarcza od stóp do głów (dosłownie, ponieważ już przykrywałam się razem z głową). I to by było na tyle odnośnie dużego koca.

Mały kocyk z dużym ma wiele wspólnego – poza tym, że jest bury, on też powstał z zalegających włóczek, samych końcówek właściwie, z tym że według własnego mego pomysłu pod roboczą nazwą: łącz kolory we wszystkie strony bez przekładania drutów i zszywania. Zamiar miałam taki, by kolejne elementy dorabiać w różnych kierunkach, czyli na przykład dobierać oczka na boku właśnie zakończonego fragmentu, zaczynając od miejsca, w którym ten fragment skończyłam. I udało się, choć miałam chwile zwątpienia, czy jest sens, bo mi to trochę chwilami na siłę wychodziło. Zaczęłam od dużego niebieskiego prostokąta, po czym leciałam dalej, ale w jakiej kolejności to już nie tylko nie pamiętam, ale nawet nie jestem w stanie odtworzyć na podstawie gotowego kocyka. Ramkę robiłam już w okrążeniach, ale też zaczynając od miejsca, w którym skończyłam wcześniejszy element.

DSC_0478

Jeśli ktokolwiek chciałby poczynić uwagę na temat doboru włóczek i tego, jaki mają wpływ na potrzebną ilość oczek oraz ostateczny kształt wyrobu, to ja od razu informuję, że wiem, widzę, że kocyk jest niemożliwie krzywy, ale nie, zupełnie mi to nie przeszkadza, choć nie było tego w planie. A nawet mi się podoba, bo dzięki krzywiznom nie jest… prosty. No dobrze, nie wiem, jak to wyrazić. Po prostu nie jest taki bardzo od-do. Chociaż mógłby jako całość bardziej przypominać prostokąt.

Kocyk powstał na drutach nr 2,75 (oraz 3 na ostatnie okrążenia i 4 do zamykania oczek) z włóczek o grubościach od 400 do 1000 m na 100 g (Gazzal Dennis, Alize Lanagold 800, Drops Fabel i jeszcze takie bez nazwy). Ma 77 na 83 cm, czyli jest to malutki kocyk i cienki dość, ale za to lekki. Kolory ogólnie bure, choć jest tam i różowy i niebieski i piękna zieleń, nie mówiąc już o intensywnie żółtym.

I tak od koca (kocura) burego do kocyka małego wyszły mi… aaa… kocyki dwa.

To wszystko na dzisiaj. Uprzejmie dziękuję za uwagę i oddalam się w kierunku obowiązków domowych (mówiąc wprost – idę szykować zaczyn na chleb).

Dziergonomia stosowana

[spektakularny tytuł] Szal orenburski

Zastanawiałam się, jaki by tu niezwykły tytuł nadać dzisiejszemu wpisowi, ale jedyne, co mi przyszło do głowy to… „Imperium atakuje”. Ma się to nijak do delikatnej materii, jaka jest treścią, a ponadto mogłoby wywołać nieodpowiednie skojarzenia natury politycznej. A przecież chodzi tylko o nazwę szala: Russian Empire. Zostanę więc przy najbardziej prostym z możliwych, bo przecież chodzi o szal orenburski.

DSC_0034

To był ten większy projekt, podczas którego robiłam sobie przerwy na inne robótki. Kiedy sobie wspomnę, ile czasu powstawał mój pierwszy orenburski szal (przypomnę: półtora roku), sama nie mogę się nadziwić, że tym razem poszło tak sprawnie – około półtora miesiąca, nawet trochę mniej. Szal dziergałam w lipcu i sierpniu. Przerwę zrobiłam sobie mniej więcej w połowie pracy, wtedy bowiem zaczął mi się mylić wzór, poprawki (czytaj: prucie) obejmowały coraz większe fragmenty, a oczka wykazywały tendencje do zjeżdżania z drutów. Tak więc doszłam do wniosku, że konieczna jest krótka przerwa. Krótka – żeby mi rytm, w który już zdążyłam wpaść nie uleciał zupełnie. Bo ten szal dziergało mi się cudownie (pomijając to przesilenie), dość szybko pomimo cienkiej nitki (Haapsalu od Midary) i cienkich drutów (nr 2). Co więcej, po zmianie drutów na grubsze przy innej robótce jakoś nie mogłam sobie poradzić, tak się do tych, jak to wiele osób nazywa, wykałaczek przyzwyczaiłam. 

DSC_0043

Na temat samego szala nie ma się co specjalnie rozpisywać, wymienię tylko to, co najważniejsze. Po pierwsze, powstał na podstawie wzoru Russian Empire, którego autorką jest Russian Lily. Powstał przy pomocy kursu stworzonego przez Intensywnie Kreatywną (po raz kolejny oglądałam niektóre filmy, chociaż tym razem już wystarczyły mi fragmenty). I nie wiem, czy nie najważniejsze: zrobiłam ten szal dzięki kochanej osobie, która zapragnęła taki mieć dla siebie, po tym jak zobaczyła mój. Ja się z zamówienia bardzo ucieszyłam, bo tworzenie tego szala to wielka przyjemność (była, jest i będzie) i od razu wyraziłam gotowość zabrania się do pracy. Dopiero po chwili przypomniałam sobie, ile czasu zajęło mi dzierganie mojego, ale przecież to było dawno, poza tym miałam ostatnio znacznie więcej czasu na robótki. Jak to miło pracować nad czymś, jeśli się całym sercem do pracy człowiek garnie. Nie wiem nawet, jakich by słów użyć, żeby były adekwatne do radości, jaką ja miałam dzięki temu szalowi. Po raz kolejny napiszę: uwielbiam cienkie włóczki i dodam jeszcze, że również cienkie druty. O niegasnącej miłości do ażurowych wzorów nie wspominając.

DSC_0051

To właściwie wszystko. Nie było po drodze żadnych dramatów ani komplikacji, które mogłabym opisać, tak dobrze mi się pracowało. Tylko jeszcze szczegóły robocze: włóczka to Haapsalu Shawl Yarn od Midary (100% wełna merino, 1400 m w 100 g), kolor 030; zużyłam 110 g na drutach nr 2. Starałam się dziergać ścisło, żeby oczka były równe, co zaowocowało wymiarami szala 64 x 183 cm.

I przypomniał mi się jeszcze jeden szczegół, który korzystnie wpłynął na tempo mojej pracy nad szalem. Otóż ja wolę schematy, dlatego rozrysowałam sobie przygotowany przez Intensywnie Kreatywną opis słowny brzegu szala, zostawiając na kartce po jego prawej stronie miejsce na odhaczanie rzędów części głównej szala, których jest blisko 800. Obok każdej linijki w schemacie wpisywałam sobie kolejno, który rząd przerabiam i dzięki temu łatwo było mi się połapać i nie pogubić pomiędzy brzegiem a szalem, którego schemat miałam wydrukowany na osobnej kartce. Tej metody używałam już wcześniej przy innych pracach i w moim przypadku sprawdza się ona doskonale.

Na tym kończę, pozostawiając Was z efektami mojego dalszego zapoznawania się z nowym sprzętem do fotografowania.

DSC_0065
Szal widziany od jednego końca
DSC_0055
i od drugiego
DSC_0063
od lewej strony
DSC_0045
i od prawej
DSC_0059
w całości w poziomie

A dalej w mniejszych lub większych fragmentach:

DSC_0052DSC_0063DSC_0066DSC_0036DSC_0037DSC_0038DSC_0039DSC_0040Bez nazwy 1

Pięknego dnia!