Dziergonomia stosowana

Szare chmury na drutach, czyli po prostu Tibetan Clouds

Piszę na tzw. kolanie – choć nie w sensie dosłownym. Bo jednak komputer stoi na stole, ale za to same słowa są z doskoku, z czasu wyłuskanego spomiędzy obowiązków życiowych. Spiętrzyły mi się gotowe prace, które chcę opisać, ale na samo pisanie brakuje mi czasu. Nie wiem, jak to jest u Was z przygotowywaniem wpisów, ale ja nigdy za bardzo nie umiałam się streszczać. Kiedy pojawiły się telefony komórkowe, koleżanka skwitowała moje usilne starania o skonstruowanie smsa: „nie umiesz pisać smsów – to ma być krótka wiadomość tekstowa”. A ja widocznie chciałam tak bardziej po ludzku i w tamtym czasie liczba znaków, której potrzebowałabym użyć nie mieściła się w ramach dostępnej technologii. Był czas, że szło mi lepiej, ale potem z kolei doszłam do wniosku, że niby dlaczego mam takimi skrótami operować? Im więcej skrótów pojawiało się w języku smsowym, tym bardziej ja działałam na przekór. Teraz w ogóle unikam tego rodzaju komunikacji, ograniczam ją do sytuacji, w których jest bardziej uzasadniona, niż rozmowa telefoniczna.

Brak umiejętności słownego streszczania się w każdym chyba życiowym aspekcie pozostał mi do dzisiaj i nie zanosi się na zmianę. To powoduje, że pisanie tekstów dla Was zajmuje mi bardzo dużo czasu. Może się kiedyś wyrobię blogowo. Chwilowo jest tak, że zewnętrzny obserwator mógłby podejrzewać, że szykuję szkolne wypracowanie, a nie po prostu komunikuję z ludźmi. A przecież blog to jakaś forma komunikacji. A niech tam. Lubię pisać 🙂 . Tyle, że nawet mała rzecz do przedstawienia pochłania sporo czasu, a ponieważ nie mam go w jednym kawałku, postanowiłam pisać na raty.

01

Na pierwszy ogień idzie szal Tibetan Clouds. Miał być z możliwością użycia do kreacji wieczorowej, więc wybrałam włóczkę Gazzal Dennis (500m/50g) w kolorze grafitowym. Włóczka ta błyszczące kłaczki ma 🙂 . Pomimo cienkości, jest trochę puchata i aż trudno było mi uwierzyć, że ona naprawdę ma aż tyle metrów na gram. Szal Tibetan Clouds siedział mi w głowie już od dawna jako taki pewniak na widowiskową robótkę. Już kiedyś zrobiłam go dla siebie z mohairowej włóczki, która wydawała mi się bardzo cienka (parametrów nie znałam, włóczka była bezimienna), a wyszedł mi dywan / koc, czy coś w tym stylu. Ja niska jestem, a to różowe coś ma ponad trzy metry długości, o ile dobrze pamiętam. Tym razem ciekawa byłam, co wyjdzie z włóczki naprawdę cienkiej, jak Dennis. Nie miałam szczególnych obaw, że szal będzie za mały, ale długiego też się nie bałam, bo miał być dla wysokiej osoby. Wyszedł w sam raz – 57 cm szerokości i 200 cm długości na drutach nr 3. Swoją drogą, od tygodnia nie mogłam znaleźć tych drutów; za nic na świecie nie mogłam sobie przypomnieć, gdzie je posiałam, a już zupełnie nie pamiętałam, do jakiej robótki ostatnio ich używałam (bo ten szal skończyłam już miesiąc temu). Teraz, na potrzeby dzisiejszego wpisu, poszłam szukać resztek włóczki, żeby zobaczyć, ile mi zostało (z dwóch motków zostało 9 g, czyli poszło 91 g, a więc jakieś 910 m… jaki zbieg okoliczności – według danych autorki szal pochłania 914 m! Toż to niemal tyle samo!). I zanim jeszcze znalazłam, zaczęłam się zastanawiać, jakimiż to drutami ja ten szal dziergałam… czy przypadkiem nie tymi trójkami, co je – jak mówi moja Mama kochana – koza zjadła? W takim razie może są gdzieś razem z tą resztką Dennisa… Tak! Są! Okazało się, że je ma… nie, nie, nie na własnym nosie 🙂 . Były w jednym z pudełek z włóczkami, nawet nie pamiętam kiedy to zawiniątko tam trafiło. Najważniejsze, że są, bo wczoraj złamał mi się jeden drut z drewnianego zestawu, przy pomocy którego produkuję coś, co miało być serwetą / obrusem, ale chyba zostanie ubraniem. Albo jeszcze czymś innym, nie wiem, póki co pochłonął mnie wzór, nie mogę się oderwać i nie mam czasu się zastanawiać, do czego tę dzianinę wykorzystam 😀 . Jest żółta, co znacznie ogranicza możliwości wykorzystania. Pomyślę potem.

03

Wracając do szala, a właściwie do włóczki, czyli Dennisa – jest piękny. Mam jeszcze jeden motek w innym kolorze, coś jakby petrol i on jest jeszcze piękniejszy. Błyszczy, zwłaszcza w sztucznym świetle, ale nie nachalnie, bardzo odpowiednio na wieczorne wyjście. Ale i do codziennego noszenia może być używany, właśnie przez to, że połyskuje subtelnie. W słońcu też połyskuje. Jest bardzo milutki – w końcu połowa to merino, budyniowate w najsmakowitszym tego słowa znaczeniu, nawet dla tych, co nie lubią budyniu jako jedzenia. Ja budyniu do jedzenia nie znoszę, był zmorą w czasach dziecięcych (Mama mnie nie zmuszała, ale czasem w gościach tak zwanych trudno się było wykręcić) na równi z ciastami z dużą warstwą galaretki i kremu, bezami, ptysiami i ptasim mleczkiem – tak, ja nigdy nie lubiłam ptasiego mleczka.

Skoro już jesteśmy przy słodyczach, w dzieciństwie uwielbiałam kisiel, chałkę z masłem i dżemem, a nade wszystko omlet z dżemem, którego niedoścignioną mistrzynią jest moja Mama. Wprawdzie od dawna mi tego omletu nie robiła, ponieważ primo – nie mieszkam z Mamą, po drugie primo – już teraz by mi było za słodko. Mimo to jestem pewna, że gdyby dzisiaj Mamę poprosić, to ten omlet byłby najlepszy na świecie, dosłownie rozpływający się w ustach. Ach! Kiedy już byłam trochę starsza, pojawiły się cukierki o nazwie Kliwia, od których bym się niechybnie uzależniła, gdyby nie to, że zaprzestano ich produkcji. Już nigdy więcej nigdzie ich nie znalazłam. A takie były pyszne.

Ponownie wracając do włóczki :), Dennis jest bardzo piękny i bardzo miły, ale ma też wady, ale nie wiem, czy jestem w tej wypowiedzi obiektywna, więc miejcie to na względzie. Bo może ja za słabo go blokowałam? Może ja powinnam wybrać druty z innymi końcówkami? Szal po naciągnięciu do blokowania był wielki. Po wyciągnięciu szpilek nie tyle skurczył się, choć trochę tak było, co pomarszczył i spowodował, że wzór nie jest tak czytelny, jak by to było przy innej włóczce, na przykład całkowicie naturalnej. Takie jest moje odczucie na ten temat – połowa wełny to za mało, żeby zachować kształt po blokowaniu. No, chyba żeby sięgnąć po żelazko. Ja się temu oparłam, bo szal i tak bardzo mi się podobał i nie chciałam już kombinować. Druga wada Dennisa, o której wspomniałam, dotyczy rozwarstwiania się nitki podczas przerabiania. Na oko włókna są ze sobą pięknie skręcone, co osobiście bardo lubię i podoba mi się taka struktura w gotowym wyrobie. A jednak często trafiałam drutem pomiędzy te włókna, pomimo tego, że czubki drutów do ostrych nie należą, a i z ostrymi zwykle radzę sobie dobrze i wolę je od zaokrąglonych.

Nie chciałabym nikogo zniechęcić do Dennisa. Mam jeszcze ten jeden piękny motek i zamierzam go radośnie przerobić, tylko jeszcze nie wiem na co. Doświadczenie moje jest takie, że ta sama włóczka różni się miękkością i strukturą w zależności od farbowania. Jeśli by nawet w każdym kolorze włóczka się rozwarstwiała (co do blokowania nie mam już większych złudzeń), ja Dennisowi wybaczam wszystko, taki jest miękki, miły i śliczny. Tyle tylko, że niekoniecznie muszę go używać do wyszukanych wzorów ażurowych. Nie porzucę go, bo po prostu mi się bardzo podoba. Na jego korzyść przemawia jeszcze to, że nie zostawił mi zbyt wiele kłaków. Nawet po praniu kłaczki trzymają się włóczki.

To już będzie koniec, chciałabym jeszcze tylko na koniec napisać, że w oryginalnym szalu Tibetan Clouds występuje ogromna ilość koralików. Ja koralików nie wrabiałam, ponieważ to nie dla mnie, ani dla nikogo, o kim mogłabym z przekonaniem powiedzieć, że chciałby mieć koraliki w szalu. I bez nich ten wzór jest wyjątkowy.

Detal bocznego panelu po ciemku i bez lampy błyskowej – świetliste kłaczki widoczne tylko przy wytężonej wyobraźni i oku wyostrzonym:

02

Część środkowa – najbardziej efektowna moim zdaniem – znów po ciemku (ale innym ciemku) i też bez lampy:

06

A tutaj z lampą błyskową:0405

A na koniec w świetle dziennym, ale niestety jesienno-popołudniowym, więc też blasku brak:

0807

Taki to szal. Zdjęcia studyjne byłyby lepsze, ale studia brak, a prezent już wręczony.