Dziergonomia stosowana

Moja nagroda, czyli co sobie kupiłam (a przy tym o wpływie słów i o markerach)

To nie żaden nowy konkurs – ja po prostu dotąd nie pochwaliłam się, co sobie kupiłam w ramach wygranej na Woolniej.pl. Inna sprawa, że zwlekałam z zakupem, gdyż nagromadziły się zajęcia i nie miałam dość czasu, żeby w spokoju wybrać motki. W sumie wybór został zdeterminowany przez plan wydziergania kamizelki dla Męża jedynego. Kamizelka ma być z wełny w kolorze ciemnej szarości, przędzionej podwójnie. Taka wersja występowała w sklepie tylko na kilogramy, więc chociaż nie potrzebowałam jej aż tyle, tę właśnie kupiłam. Z wartości kuponu, który miałam do dyspozycji, zostało jeszcze dość na duży kolorowy motek z tych farbowanych ręcznie przez Ewę. I tutaj już nie mogłam się zdecydować. Niebagatelny wpływ na mój wybór miały… nazwy nadane poszczególnym farbowaniom. To jest moja słabość: przy wyborze kieruję się nazwami. W pierwszej kolejności naturalnie wybieram kolorystykę, ale spośród wyselekcjonowanych produktów – w tym wypadku motków – w ostatecznym wyborze bierze udział nazwa. Ostatniej serii farbowanych włóczek Ewa nadała nazwy filmowe. I tak, jeśli jakiś kolor mi się spodobał, ale miałam nieciekawe skojarzenia z filmem, którego nosił tytuł, wówczas rezygnowałam. To tak właśnie działa: nie tyle nazwa zachęca mnie do dokonania wyboru, co zniechęca, jeśli niedobrze mi się kojarzy. Choćby zatem nazwa była nie wiem jak mi miła, nie wybiorę produktu, jeśli mi nie pasuje. Jeżeli natomiast nazwa budzi we mnie niemiłe skojarzenia, nie zdecyduję się na dany produkt za żadne skarby (no, może w ostateczności, ale musiałabym sobie przypomnieć, czy taka sytuacja miała już miejsce, bo chwilowo nie pamiętam). Bywa to męczące dla mnie samej, jednak pocieszam się, że na pewno nie tylko mnie ten temat dotyczy. W końcu, gdyby nazwy nie miały znaczenia, wszystkie produkty na świecie miały by nazwy typu: batonik 1, batonik 2 etc. Mam skojarzenia z marketingiem, więc zakończę, bo na tym się nie znam.

Nastawiłam się na farbowanie wielobarwne i namyśliwszy się dobrze, wybrałam „Alicję w krainie czarów” (filmu nie oglądałam, ale książkę czytałam). Podobało mi się oczywiście znacznie więcej kolorów, a w ostatecznej „rozgrywce” udział wzięły (poza „Alicją…”): „Blue” (wiem, tylko kolor niebieski, ale właśnie – niebieski, jednak doszłam do wniosku, że zbyt żywy jak na moje upodobania), „Indiana Jones” (kusił delikatnością barw, jednak nie miałam pomysłu na ten cielisty odcień), „Miasto Aniołów” (ha! ten odpadł przez niekorzystne skojarzenie nazwy), „Robin Hood”, „Wichrowe Wzgórza” i „Australia” (wszystkie trzy bardzo piękne, jednak tym razem zrezygnowałam z brązów). Był też motek, który pomimo piękności odrzuciłam od razu – z powodu filmu, z którym go Ewa powiązała („Nigdy w życiu”). Z jednej strony takie przykładanie wagi do słów jest trochę uciążliwe, ale też często pomaga dokonać selekcji i to jest dobra strona mojej przypadłości. Dodam jeszcze, że o wielu filmach zaangażowanych przez Ewę do udziału w tej serii farbiarskiej nigdy w życiu (nomen omen) nie słyszałam lub ich nie oglądałam – tutaj emocje nie miały wpływu na mój wybór. Zdradzę Wam jeszcze, co bym wybrała, gdybym kierowała się tylko nazwami motków. Byłby to „Tajemniczy ogród” (przez muzykę z filmu) lub „Ania z Zielonego Wzgórza” (przez sentyment).

Dość tych moich rozważań. Czas na prezentację. Na zdjęciach, oprócz wełny, znajdują się również prezenty-niespodzianki dołączone do paczki przez Ewę. Zaczynam się przyzwyczajać, że od Ewy przyjeżdżają nie tylko zamówione motki, ale też jakieś pożyteczne drobiazgi. Tym razem dostałam druty nr 6 (to nie taki znowu drobiazg), licznik rzędów (bardzo się ucieszyłam, ciekawa jestem, jak mi się będzie z nim pracowało), trzy markery, z czego dwa otwarte i jeden zamykany (też źródło radości – nie miałam takich, a o markerach napiszę jeszcze parę słów, ale poniżej), dwie igły do szycia dzianiny, takie o tępych końcach (jedna była w komplecie z drutami) oraz magnesik na lodówkę, taki sam jak poprzednio (na zdjęciu go nie ma – jest już na lodówce) i zestaw naklejek z okolicznościowymi hasłami.

DSC_0416
Tak wygląda kilogram wełny

DSC_0417

O markerach: nie używam ozdobnych markerów z wisiorkami pomimo, że niesamowicie mi się podobają, w dodatku pięknie wyglądają na zdjęciach robótek „w trakcie” i na pewno cieszą oko w trakcie pracy. Dlaczego? Ponieważ przeszkadzają mi te elementy zwisające. Ostatnio dowiązałam sobie do mojego markera śliczny, dosłownie 3-centymetrowy sznureczek, lekki, bez dodatkowych ozdób, by oznaczyć prawą stronę robótki. Nawet on mi zawadzał, chociaż przynajmniej nie zahaczał o włóczkę i nie wyciągał nitek, bo nie miał czym. Przyznaję – żałuję, bo ładne markery są… ładne i bardziej różnorodne, niż moje. Gdyż ja najchętniej używam oringów. Oringi nie są stworzone w celach dekoracyjnych (właśnie wyobraziłam sobie celę dekoracyjną: więzienną, z rozwieszonymi lampionami i girlandami z kwiatów 🙂 ; ach, ta gra słów), wszystkie są czarne. Te, które mam, poza jednym, są tego samego rozmiaru (malutkie) i dwóch grubości. Tyle rozróżnienia. Czasami używam malutkich, wielokolorowych gumek recepturek, chociaż one są zwykle tak miękkie, że wplątują się w robótkę. Zdarzyło mi się, że przy przesuwaniu dużej liczby oczek na drucie taka gumka zmieniła położenie. Oringi sprawdzają się u mnie najlepiej. Na oznaczenie wspomnianej prawej strony mam swój sposób: dwa markery w jednym miejscu.

DSC_0496

Przypuszczam, że opisany przeze mnie problem mógłby nie istnieć przy pracy z grubszymi włóczkami, może kiedyś spróbuję. Obecnie zasiedziałam się w cieniźnie i jeszcze trochę wody w rzece upłynie, zanim wezmę się za jakąś solidniejszą robótkę. Aż tęsknię, powiem Wam, za jakimś swetrem. Wybrane efekty dziergania z cienkich włóczek zaprezentuję natomiast już wkrótce.

To wszystko na dzisiaj. Kto ma wakacje – niech wypoczywa, a kto nie – niech mu się znajdzie choć godzinka na odpoczynek na słońcu lub pod chmurką 🙂 .

Pożywienie

Głodnemu chleb na myśli, a dziewiarce… ombre

Włóczkowe ombre ostatnio w modzie.

Dzisiejszy wpis jest sponsorowany przez nieoczekiwany zbieg okoliczności. Będzie zatem krótko, ale o tyle ciekawie, że splótł mi się wątek kulinarny z dziewiarskim. Obiecuję nie rozpisywać się bardziej, niż to niezbędne. 

Zanim przejdę do rzeczy, podzielę się tym, co mi się przypomniało i jest poniekąd na temat. Otóż rzecz w tym, że gdziekolwiek się znajdę, w jakimś nowym dla mnie miejscu, a jest tam pasmanteria, to ta pasmanteria znajdzie mnie. Już nie chcę się przechwalać, że ja wszędzie znajdę pasmanterię, bo prawda jest taka, że nie zawsze szukam, ale te pasmanterie same się napataczają. Jeden przykład: zatrzymaliśmy się raz przejazdem w małym miasteczku, w którym Mąż miał coś do załatwienia, a ja – godzinę do dyspozycji. Zaparkowaliśmy blisko rynku, na który zaraz się udałam. I w ciągu pierwszego kwadransa, naprawdę bez szukania, objawiły mi się w tym małym miasteczku trzy pasmanterie. Pierwsza była właściwie stoiskiem pasmanteryjnym w małym sklepie wielobranżowym, druga była bardziej materiałowa, niż włóczkowa, natomiast w trzeciej – całkiem włóczkowej – spędziłam niestety tylko kilka sekund, gdyż przepełniał ją „aromat” oraz widok dymu papierosowego. Swoją drogą – jak można! Żeby palić przy włóczkach!!! Nie własnych – tutaj wolnoć Tomku w swoim domku – ale takich na sprzedaż! Nie rozumiem, nie chcę, wychodzę. I wyszłam (jak w „Rejsie”…). W każdym razie temat włóczek za mną się ciągnie, włóczki plączą się w moich myślach i tym stwierdzeniem przejdę do wątku kulinarnego.

Było to tak: niedawno dostałam w prezencie od mojej Mamy kochanej kamień do pieczenia pizzy. Przyznaję, że chciałam mieć taki, ale powstrzymywałam się przed zakupem z uwagi na stopień zagracenia małej, bądź co bądź, kuchni różnymi sprzętami, które już mamy (ja uwielbiam wszystko, co mieści się pod skrótem AGD). Z kamienia od Mamy ucieszyłam się bardzo i kilka dni temu wreszcie znalazłam czas, żeby go wypróbować. Zaczęłam od pizzy, która wyszła pyszna, choć trochę mi się przy przekładaniu na kamień składniki rozsypały (u nas pizza jest na bogato), ale to naprawdę drobiazg. Na drugi ogień, że się tak wyrażę, poszedł chleb. Chleby piekę często, ale zawsze używałam foremek różnego rodzaju. Jak możecie się domyślić, trochę mi zwykły domowy piekarnik gazowy i te foremki gryzą się z marzeniem o tradycyjnym pieczeniu chleba. Już nie muszę mieć własnego młyna i piekarni (chociaż, czemu nie?), ale gdyby chociaż piec chlebowy… Nic to, ten kamień już i tak zbliża mnie do tradycji, a przynajmniej tak się czuję, jakbym była bliżej dawnych czasów, kiedy upieczony przeze mnie chleb ma kształt bochenka. Ma – bo już trzy na kamieniu upiekłam. Wszystkie trzy drożdżowe – to kolejny zgrzyt, ale od czegoś eksperymenty trzeba zacząć, a chleba na zakwasie bardziej by mi szkoda było zepsuć. Zbieg okoliczności, o którym chciałam napisać, wydarzył się przy drugim bochenku.

DSC_0413a

W instrukcji do kamienia (tego może o mnie nie wiecie, ale czytam instrukcje i to z zapałem – nie zawsze po to, by dowiedzieć, jak użyć tego, do czego są dołączone, ale żeby poznać wszystkie możliwości, jakie określony sprzęt daje) napisane było, aby przed położeniem ciasta na rozgrzanym kamieniu posypać go mąką, co zapobiegnie przywieraniu ciasta do kamienia. Posypałam zatem kamień, chyba nawet zbyt obficie, po czym nastąpił moment przekładania wyrośniętego chleba. Tu dygresja: jeśli macie w tej kwestii jakieś doświadczenie lub pomysły, to ja bardzo chętnie skorzystam, bo nie bardzo wiem, jak to zrobić w taki sposób, żeby ciasto nie „siadło”. Moje siadło tylko trochę i chleb wyszedł dobry, ale w misce, w której wyrastało, było ze dwa razy większe. Z pizzą, daniem o wiadomej, spłaszczonej formie, jest łatwiej – zsunąć (byle z wyczuciem…) z deski na kamień i już. Chleb na desce wyrastać nie może, bo rozrośnie się wszerz i będzie wielkim plackiem, a powinien być pięknym bochenkiem! No więc mój wyrastał w misce i przekładanie odbyło się tak (i był to mój średnio udany pomysł), że ja prawie w całości wysunęłam kamień z piekarnika, a wtedy Mąż odwrócił miskę z ciastem dnem do góry bezpośrednio nad kamieniem. Ciasto wylądowało na kamieniu (tracąc połowę objętości niestety), który wsunęłam z powrotem do piekarnika. Chleb wyszedł, ale przy tym jakże przemyślanym zabiegu nie do końca trafiliśmy ciastem w mąkę, którą był posypany kamień. Nie polecam – woń palonej mąki w trakcie pieczenia jest nieprzyjemna. Na szczęście pieczona mąka była jedynym nieudanym elementem całego procesu, co możecie zobaczyć na zdjęciu. Chleba oczywiście już nie ma, gdyż zjedliśmy go bardzo szybko, taki wyszedł smaczny. 

DSC_0415a

A teraz do sedna (wreszcie!). Kiedy po skończonym pieczeniu wyciągnęłam z piekarnika kamień wraz z chlebem i podniosłam chleb, moim oczom ukazał się taki oto widok:

DSC_0408a

No i co to jest? Ombre!!! Tam, gdzie leżał chleb, mąka jest jasna, im dalej – tym bardziej spalona. Stąd właśnie ten tytuł na dzisiaj: bo dziewiarka nawet w spalonej mące znajdzie coś od włóczek. 

No i znowu streszczanie się mi nie wyszło (ale i tak nie napisałam wszystkiego, co mi w trakcie przyszło do głowy).

Pięknego dnia!