Dziergonomia stosowana

Opowieść o Mil Pasos z farbowaną końcówką

Teraz jestem pewna: to chusta, na którą koniecznie trzeba wybrać włóczkę o następujących cechach: piękna, ciesząca oko już na etapie motka, dobrze się blokująca i jeszcze raz piękna. Dlaczego tak uważam? Mil Pasos jest zbyt wyjątkowa, by poświęcać czas potrzebny do jej stworzenia włóczkom sztucznym, które nie wiadomo, czy pozwolą wydobyć urok wzoru. A wzór jest niezwykle ciekawy, ale też tak wiele razy powtarzany podczas dziergania, że naprawdę warto wybrać włóczkę, z której każde wykonane oczko będzie przygodą. Gotowa chusta odwdzięczy się takim wyglądem, że nie będzie można od niej oczu oderwać. Jeśli dzisiejszy tekst wyda się Wam przesycony nadmierną egzaltacją – wybaczcie, ja się tym projektem wyjątkowo przejęłam.

DSC_0495.JPG

To jest właśnie ten projekt, na który, jak kiedyś wspomniałam, długo szukałam włóczki doskonałej, wymarzonej. Początkowo miała być w kolorze malin, ale wobec niemożliwości zdecydowania, który kolor tak naprawdę jest malinowy i czy przyszła właścicielka na pewno uzna za malinowy ten sam, co ja, postanowiłam zmienić koncepcję na niebieską. Niebieski to mój ukochany kolor, co niestety jest związane z tym, że mam wobec niego wymagania większe, niż od pozostałych. Odkryłam tę prawdę dopiero niedawno i dotyczy ona nie tylko włóczek, ale też ubrań. Zasadniczo podoba mi się każdy odcień niebieskiego, ale nie każdy jestem skłonna wybrać i używać takiej niebieskiej rzeczy (bo nie chodzi tylko o ubrania, ale też o wszelkie przedmioty, którymi się człowiek w życiu otacza); jeśli mam przed oczami kilka możliwych odcieni – trudno mi wybrać idealny. To jest mniej więcej tak, jakbym patrząc na dziesięć sukienek w różnych odcieniach czerwonego, niebieskiego, zielonego, czy jakiegokolwiek jeszcze koloru, widziała ogólnie jedną czerwoną, zieloną etc., ale dziesięć niebieskich – i bądź tu człowieku mądry, którą niebieską wybrać!

Wracając do wyboru włóczki na Mil Pasos, przyznam, że poszukiwania zajęły mi kilka tygodni, z czego wiele czasu upłynęło na rozmyślaniu i wspominaniu Przyjaciółki, dla której chusta miała powstać, bo też dawno się nie widziałyśmy. Kiedy chcę podarować komuś prezent, staram się dużo myśleć o tej osobie, żeby jak najstaranniej wybrać to, co może sprawić radość i pasować. Jeśli kogoś spotykam często, jest mi łatwiej, mam go „na bieżąco”. Jeśli jest inaczej, przypominam sobie, co tylko mogę: sytuacje, zdarzenia, wspólnie spędzony czas, zabawne i smutne okoliczności. To wszystko buduje mi w głowie i w myślach przyszły zarys podarunku. Czasem jakieś z pozoru błahe wydarzenie lub wspomniany drobiazg mogą wpłynąć na pomysł, który miałam wcześniej albo nagle zaświecić światełko nad zupełnie nowym, sto razy lepszym. Lubię mieć takie rzeczy przemyślane. Nie zawsze jest na to czas, ale jeśli jest, wówczas staram się go dobrze, ale bez pośpiechu wykorzystać. I tym razem potrzebowałam czasu. Moje rozmyślania zaowocowały: w końcu zdecydowałam się na delikatny odcień jasnego niebieskiego. Mmmm, dopiero odcień, nie konkretną włóczkę. Jedno, co do czego byłam pewna, to że chcę wełny ręcznie farbowanej, całkowicie naturalnej, na wszelki wypadek delikatnej i miękkiej. Nie chciałam ponadto, żeby kolory układały się w chuście w paski, ale szukałam niejednolitej. Zdając sobie sprawę, że chusta musi powstać na określony czas, nareszcie postanowiłam, że wybieram Mirellę z Włóczek Warmii. Spędziłam na stronach z Mirellą sporo czasu, ponieważ dostępnych odcieni niebieskiego było kilka i kiedy już podjęłam decyzję – ha ha, to zawsze tak jest – mój kolor zniknął ze sklepu. Na szczęście miałam też upatrzony drugi, który podobał mi się co najmniej tak samo i pasował tak samo dobrze jak pierwszy, a jedyne wątpliwości budziły tzw. piegi, którymi włóczka jest lekko nakrapiana. Nie jestem przekonana do ciapek, czy może raczej nie byłam, bo do Mil Pasos, jak się okazało, pasują one doskonale: współgrają z dziurkami ażuru, a poza tym na płaszczyźnie lewych oczek nie rzucają się w oczy tak, jak w motku. Mój kolor to Lodowa Kraina (już wspominałam, że w kwestii nazw jestem słabiutka – mają dla mnie znaczenie przy wyborze włóczki). Tak wyglądała w motku, a za nieostre zdjęcie przepraszam, było robione telefonem (słowo daję, nie umiem zrobić telefonem ostrego zdjęcia):

20190617_073855

Odnośnie pracy z wzorem Asji mogę (i chcę) napisać tyle, że niczego mu nie brakuje, jest spisany bardzo czytelnie i nie trzeba się domyślać. Ażurowy wzór w tej chuście był dla mnie zupełną nowością, ale jego odtworzenie według opisu nie sprawiło mi żadnej trudności pomimo, że ogólnie wolę schematy. Swoją drogą, ten konkretny wzór jest chyba bardziej zrozumiały w formie opisu słownego, aż trudno mi sobie wyobrazić go na schemacie.  

Zatem dziergało się bardzo przyjemnie, w czym istotną rolę odegrała Mirella – 100% merino, miękka, sprężysta i, co tu dużo pisać, śliczna. Tych wrażeń, których oczekiwałam, żeby każde oczko było atrakcją, Mirella dostarczyła mi w zupełności. Ja dosłownie oglądałam poszczególne oczka, które mi schodziły z drutów i każdego kolejnego byłam ciekawa: w jakim wypadnie odcieniu, jak się będzie miało do oczek poniżej i co będzie dalej? Zasadniczo takich ciekawych kolorystycznie włóczek nie używam do prac ażurowych, ale tej chuście pasują one jak ulał. Poza tym, tyle się naoglądałam gotowych chust Mil Pasos w internecie, że zaraziłam się niejednolitymi i takiej włóczki poszukiwałam.

Jedyne, czego nadal nie wiedziałam i nad czym się biedziłam podczas dziergania głównej części chusty, to jaki kolor wybrać na falbankę. Bardzo chciałam coś niebieskiego, ale kompletnie nie umiałam się na nic zdecydować. Najbliższy ideału wydawał mi się lodowy błękit, ale tak się obawiałam, że nie trafię w odpowiedni odcień (kupowałam przez internet), że w końcu stchórzyłam i uciekłam w złamaną biel. Już nie będę opisywać całego toku myślowego, który mnie do tej decyzji doprowadził. Koniec końców kupiłam dwa motki Gazzal Baby Wool w kolorze mlecznym.

Wszystko wydawało się układać wprost cudownie do momentu, w którym zrozumiałam, że wbrew wszelkim moim oczekiwaniom, a potem już życzeniom cicho szeptanym, nie ma szans, by Mirelli wystarczyło mi na całą chustę. Niewiele myśląc (żeby nie tracić czasu), przed ostatnim planowanym powtórzeniem ażurowego motywu części głównej, wciągnęłam w oczka nitkę pomocniczą (moje żyłki mają w gwintach dziurki, które się do tego doskonale nadają – przeciągam nitkę przez taką dziurkę, a nitka, podczas przerabiania oczek, wplata się w oczka jak należy). Brałam pod uwagę dwie możliwości: jeśli się okaże, że włóczki wystarczy na ostatnie powtórzenie ażuru, co do czego miałam poważne wątpliwości, wówczas przejdę do falbanki, a w razie potrzeby to, co zostanie z Gazzala, przefarbuję na niebiesko i będę miała dość metrów na ostatni, zamykający rząd (który według opisu ma mieć kolor główny). Farbowanie przyszło mi do głowy chyba tylko dlatego, że byłam na świeżo z lekturą magazynu Knitensive, w którym akurat pojawił się artykuł o farbowaniu wełny (szal powstał w lipcu). To była pierwsza opcja. Druga zakładała sprucie tego ostatniego fragmentu w razie, gdyby nawet na niego nie wystarczyło niebieskiej włóczki. Nić pomocnicza miała mi to prucie ułatwić i umilić, bo powszechnie wiadomo, że prucie nie jest miłe, to niechbym przynajmniej nie musiała łapać oczek w popłochu, ale miała je już przytrzymane. Na szczęście obyło się bez prucia, a włóczki po ostatnim powtórzeniu ażuru jeszcze trochę zostało. To dla mnie oznaczało wyzwanie – farbowanie. Nigdy wcześniej nie farbowałam wełny, ale korciło mnie bardzo. Farbki z motylkiem kupiłam w lokalnej pasmanterii natychmiast po podjęciu decyzji o możliwości  farbowania i to w takiej ilości, żeby na pewno się nie rozmyślić. Przyznaję, że kupiłam wszystkie dostępne niebieskie, szary i jeszcze na bliżej nie określoną przyszłość – różowy. 

Przy farbowaniu korzystałam ze wskazówek zawartych we wspomnianym magazynie oraz z doświadczeń Marzeny, opisanych na początku Jej przygody z barwieniem włóczek. Przy mojej włóczce nie liczyłam na zbyt wiele. Choć nie, ja liczyłam na cud 🙂 . Bo Gazzal Baby Wool ma w składzie tylko 40% wełny, reszta to sztuczne składniki, które, jak się spodziewałam, nie będą się chciały bawić w zmianę koloru. Nie wiem, czy cudem, czy zupełnie wytłumaczalnie, ale włóczka dała się namówić i zabarwiła się na niebiesko. Wcześniej asekurancko podzieliłam ją sobie na dwie części – gdyby mi się kompletnie nie udało uzyskać potrzebnego odcienia, mogłabym spróbować jeszcze raz. Ostatecznie, pomimo wielkiej jazdy bez trzymanki i prawdziwego chaosu, jaki wprowadziłam w cały proces, już za pierwszym podejściem wyszło mi na tyle przyzwoicie, że postanowiłam ufarbować wszystko, co zostało z Gazzala. Chaotyczny proces, którego w szczegółach nie pamiętam, bo to było dawno, ale którego nie polecam jako nieprzewidywalny w skutkach (teraz to wiem, ha ha), wyglądał tak, że rozrobiłam barwniki, włóczkę położyłam na miseczce (to były malutkie ilości włóczki), po czym – tak jak Marzena – polewałam ją barwnikami, aż stwierdziłam, że jestem zadowolona z koloru. W tym wszystkim najpiękniejsze było obserwowanie, jak włóczka chłonie barwnik, a najgorsze, jak po włożeniu później do garnka, barwnik z włóczki wypływa 😦 . Winę zwaliłam na częściowo sztuczny skład i… dolałam barwników. To właśnie w garnku zagościł chaos, wcześniej myślałam, że będzie tak porządnie… Włóczkę włożyłam do garnka z ciepłą wodą w celu ostatecznego utrwalenia koloru, kiedy już ten kolor mi pasował. Wtedy właśnie barwniki zaczęły wypływać, z czym oczywiście nie zamierzałam się pogodzić i zamiast dodać kwasku cytrynowego jako utrwalacza, dolałam więcej niebieskiego, a potem jeszcze szarego, bo wyszło zbyt niebiesko, po czym znów niebieskiego, bo wyszło zbyt szaro i już nie pamiętam ile jeszcze razy tak się bawiłam, aż w końcu doszłam do wniosku, że dość tego. Nie pamiętam już, w którym momencie dołożyłam do tego garnka pozostałą, jeszcze nie ufarbowaną włóczkę. Dodam tylko, że tych niebieskich miałam chyba trzy kubeczki, w których też dokonywałam zmian poprzez dodawanie barwnika lub dolewanie innego. Naprawdę, jeśli nie chcecie się wygłupiać, nie róbcie takich rzeczy. No chyba, że tylko mi się to wydaje wygłupami, a w rzeczywistości tak po prostu bywa. W każdym razie na koniec dosypałam do garnka kwasku i dałam włóczce w nim odpocząć. A potem poszłam ją wyprać, żeby zobaczyć, ile z tego koloru stracę tym razem. I wiecie co? Nic nie spłynęło! Odetchnęłam z ulgą, to pamiętam dobrze. Nie mówiąc już, jak się ucieszyłam, że w sumie to się udało i mam błękit na wykończenie chusty. Proszę bardzo, nawet podobny do pierwowzoru:

DSC_0477.JPG
Na środku Mirella, po bokach moje dwa mini-preceki po farbowaniu

Na zamykający rząd z Mirelli zostało mi tyle, ile widać na powyższej fotografii. Wykorzystałam ten kawałek, po czym dołączyłam ten precelek po prawej, a kiedy się okazało, że i on nie wystarczy – kontynuowałam tym po lewej. Żałowałam, że nie zachowałam Mirelli na środek, jako łączenie między nitkami farbowanymi, ale po zamknięciu ostatniego oczka i rozłożeniu chusty, okazało się, że różnica między błękitami jest niewidoczna (chyba, że się ktoś będzie wpatrywał intensywnie). Ja tam jestem bardzo uradowana tym farbowaniem, choć następnym razem, jeśli on będzie, zamierzam do tego celu użyć wełny 100% i trochę bardziej usystematyzować czynności.

Na sam koniec przygód z Mil Pasos, czekała mnie niespodzianka po praniu. Polegała na tym, że z normalnej wielkości wyrobu po namoczeniu wyszedł dłuuugi szal. Wytłumaczenie jest takie, że albo ja za luźno dziergałam (używałam drutów takich, jak w zaleceniach Asji, czyli nr 4), albo ta włóczka jest aż tak sprężysta. Albo jedno i drugie. Rozwieszona (jak na zdjęciach – nanizana na nitkę, żeby było łatwiej)  chusta ma księżycowy kształt, ale blokować ją próbowałam tylko przez chwilę. W żadnym razie nie chciałam nic powiększać, co najwyżej – poszerzyć, stąd pomysł z rozwieszeniem w taki sposób, jak widać. Nawet rozłożenie bez blokowania na podłodze nie było możliwe, bo ja nie mam takiej połaci wolnych podłóg, a przecież trzeba by uwzględnić łuk. Po wysuszeniu chusta ma ponad 260 cm długości wzdłuż górnej krawędzi i 40 na szerokość. Nie myślcie, że niemożliwość blokowania była dla mnie rozczarowaniem, nic podobnego! Uśmiechnęłam się na myśl o tym, że blokowania nie będzie, bo jakby nie było, to padnij-powstań ze szpilkami jest męczące. Dziurki ażuru prezentują się jak trzeba i tylko falbanki nie udało mi się ułożyć tak ładnie, jak bym chciała, a sama też się ułożyć nie chciała. Widać to na zdjęciach. Mam nadzieję, że w noszeniu nie będzie chusty paskudzić.

To już koniec opowieści, dziękuję za cierpliwość. Teraz czas na zdjęcia.

DSC_0491

DSC_0494 (2)

DSC_0494

DSC_0498

DSC_0500

DSC_0502DSC_0506

Refleksja na koniec: chustę Mil Pasos dziergałam w lipcu, ale tak się złożyło, że wpisała się znakomicie w to, co jej Autorka, czyli Asja, napisała ostatnio na swoim blogu. Dzierganie dla Przyjaciół to jest to!

Dziergonomia stosowana

Fylleryd i Alpine Meadows, czyli ciąg dalszy następuje

To jest dosłownie ciąg dalszy, dlatego zawiera odniesienia do poprzedniego wpisu.

Kolejną włóczką, do której dobrałam wzór z założeniem takim samym, jak przy Sunny Roses (czyli wzór dobrany był do dostępnego metrażu), była Haapsalu Shawl w kolorze głębokiej, ciemnej, leśnej zieleni (przepiękny jest ten kolor, u mnie na banderoli ma nr 480). Wybrałam do niej wzór Fylleryd i to z dwóch powodów: poza tym, że pasował mi do posiadanej ilości włóczki, chciałam sobie porobić bąbelki zwane nupkami (nie lubię tego słowa, będę go unikać), ale bez przesady z ilością, a w tym wzorze nie ma ich zbyt dużo. Kiedyś już tę chustę dziergałam i wtedy wydawała mi się taaaka pracochłonna. Ale latka lecą i po wielu przerobionych ażurach tym razem Fylleryd zajęła mi dosłownie kilka dni (nie policzyłam godzin), a to między innymi dlatego, że zmieniłam sposób tworzenia bąbelków – dotarło do mnie, że oczka i narzuty trzeba w nich robić luźno, żeby potem bez trudu i zgrzytania zębami zebrać je na lewo w kolejnym rzędzie. Z tą chustą przyszła mi na nowo ochota na robótki z bąbelkami, także w miarę dostępnego zasobu czasowego zamierzam porobić ich jeszcze trochę (w następnych chustach i szalach rzecz jasna).

004 (2)

I znów, pomimo szczerych chęci zużycia włóczki do końca, zostało mi jej. Ale tym razem, nawet gdybym wiedziała, że tak będzie, nie dobrałabym grubszych drutów. I tak robiłam chustę na drutach nr 2,75, co wydaje mi się największym dopuszczalnym rozmiarem dla Haapsalu, która ma 1400 m w 100 g. To znaczy wiadomo, można i na szóstkach dziergać z cienizny, ale ja nie chciałabym zbyt dużych dziur. Jak już pajęczynka, to niechże ma swoją gęstość. No i ta chusta ją ma (nieładnie tak pisać: „no i”, ale tak mi najbardziej tutaj pasowało). Z efektu jestem naprawdę zadowolona. Z resztą, czy można nie być zadowolonym z chusty, która dzięki świetnej włóczce zablokowała się cudownie i po odpięciu szpilek nadany kształt pozostał taki, jak powinien? Gotowa chusta mierzy 182 cm wzdłuż górnej krawędzi i 77 cm na wysokość. Waży 47 g, można powiedzieć, że jest lekka jak piórko (choć to zależy, od jakiego stworzenia to piórko).

009008 (3)006 (3)006

003 (2)

008 (2)

 

I na koniec, z nożem – w postaci upływającego czasu – na gardle, powstał szal (a może to chusta?) Alpine Meadows Oksany Kushchovenko, czyli po naszemu Alpejskie Łąki. To w mojej dziewiarskiej działalności trzeci zdaje się szal według tego wzoru i jak słowo daję, chociaż wybitnie mi się podoba, chwilowo mam go dość. Zmęczyłam się nim (ciekawe, kiedy znów wezmę go na warsztat zapominając o tym wyznaniu). Niemniej, nadal uważam, że jest to jeden z najpiękniejszych szali, jaki znam. Tym razem była to robótka celowa: szal zrobiłam w prezencie urodzinowym dla mojej Chrzestnej Mamy, która jest bardzo ważną osobą w moim życiu i dla której chciałam wydziergać coś wyjątkowego. Wiedziałam, że ten wzór Jej się podoba. Kolor włóczki wybrała sama, nie wiedząc do końca na co (poza tym, że miało być na szyję – to była istotna wskazówka przy doborze koloru), z zaproponowanych przeze mnie możliwości. Nie ukrywam, że przedstawiłam Chrzestnej włóczki, z których bardzo chciałam sobie podziergać, a których dotąd nie miałam w rękach. Ku mojej wielkiej radości, wybór padł na Malabrigo Lace w kolorze Garnet (nr 42, farbowanie 11737). Kiedy przyszły ze Sklep-IKu zamówione motki, byłam nimi tak uradowana, że aż sobie je sfotografowałam. I dzięki temu mogę teraz zaprezentować, jak wygląda ta włóczka w motkach. Proszę bardzo, jeszcze w pudełku (pod spodem bladoróżowa Haapsalu, której zamówieniu „przy okazji” oprzeć się nie mogłam):

001

Szal robiłam na drutach nr 2,75 (zależało mi, żeby część dżersejowa była w miarę zwarta) i 3,25 (to na border). Malabrigo to czysta wełna merino, przy której praca nad ażurowymi wzorami ma sens – po blokowaniu chusta zachowała kształt i pięknie się rozciągnęła, także górna krawędź ma ok. 215 cm. Dolnej nie mierzyłam. Na szerokość w najszerszym miejscu jest nieco ponad 42 cm. Szkoda, że nie więcej, ale to dlatego, że kiedy blokowałam szal, nie mogłam wygospodarować więcej miejsca na podłodze. Tak czy inaczej, gotowe łąki alpejskie są szalem, więc nie wiadomo jak szerokie być nie muszą. Chrzestnej Matce szal bardzo się spodobał i to jest dla mnie w tym wszystkim najważniejsze.

DSC_0102

Jest jeszcze jedna historyjka związana z tym szalem, czy może raczej jest to pomysł, jaki nań miałam, kiedy dumałam nad tym, czy dwa motki Malabrigo, czyli około 860 metrów, to dość na Alpejskie Łąki. Wymyśliłam mianowicie wyjście z tego problemu, a inspiracją był w pewnym zakresie szal Sunny Roses. Szal Alpine Meadows oryginalnie powstaje z góry na dół, czyli najpierw dziergana jest część gładka, dżersejowa. Poszerzanie górnej krawędzi odbywa się poprzez dodawanie oczek na brzegach (trzy oczka na dwa rzędy bodajże), po czym następuje część ażurowa, również z poszerzaniem i na koniec pikotkowe zakończenie. A gdyby tak zacząć jeden rząd przed ażurem na prowizorycznym łańcuszku, zrobić ażur do końca (bo przecież nie od końca, jak w Sunny Roses), po czym zebrać oczka z łańcuszka i rzędami skróconymi pociągnąć szal w górę? Mogłabym wówczas dostosować wielkość części gładkiej szala do posiadanych zasobów włóczkowych. Byłam prawie zdecydowana na takie rozwiązanie, jednak poczytałam sobie Ravelry, a konkretnie wyszukałam parametry gotowych szali, jakie powstały z wzoru na Alpejskie Łąki i wyszło mi, że włóczki wystarczy. Tak też się stało – nie tylko starczyło, ale i nie wykorzystałam wszystkich posiadanych metrów, zużyłam 83 g. W każdym razie jest to jakiś sposób na konstruowanie szali w księżycowym kształcie.

Bez nazwy 2

DSC_0115

DSC_0114

DSC_0113

DSC_0111

DSC_0101

DSC_0100

DSC_0107

DSC_0109
Jak pod słońce 🙂
Dziergonomia stosowana

Tęczowy otulacz i szal Sunny Roses (przy czym ciąg dalszy nastąpi)

Otulacz i szal, które chcę dzisiaj zaprezentować, powstały w sierpniu i wrześniu (roku 2018). Dawno… ale mam jakieś tam notatki ich dotyczące. Wróć. Tęczowy szalik powstawał bodajże od lipca, ale w bardzo ślamazarnym tempie, bo zaaawsze się okazywało, że jest coś innego, co można by porobić, a włóczki nie ubywało… to ja może od tego szalika zacznę.

DSC_0699

Był sobie wściekle tęczowy i strasznie cieniutki akryl. Chociaż nie całkiem był cieniutki, miejscami był grubszy, bo to taka nitka o zmiennej grubości, ale według załączonej doń informacji miał jakieś 1200 m w 100 g, co dla mnie znaczy, że był cienki. Część przerobiłam na chusty, dodając pojedynczą jego nitkę do mohairowej szarej. Te chusty już pokazywałam, o tutaj. Chusty nie pochłonęły zbyt wielu metrów i jeszcze sporo tej tęczy mi zostało, powiem jednak szczerze, że nie sądziłam, że będzie tego aż tyle, ile się być okazało. W każdym razie, postanowiłam tęczę przerobić na szalik, tym razem bez żadnych dodatkowych włóczek, natomiast tęczą potrojoną. Inna sprawa, że byłam ciekawa wyglądu takiej potrójnie wziętej nitki, która już pojedynczo jest dość szalona. Zrobiłam próbkę i zadowolona z efektu przystąpiłam do pracy. Och jakże mi się ta praca dłużyła! Na początku szło mi opornie z uwagi na to potrojenie nitki – ja nawet przy pojedynczej dość często trafiam drutem między włókna, a co dopiero przy potrójnej! Jak wiadomo, do prawie wszystkiego można się przyzwyczaić i choć do samego końca nie pozbyłam się wspomnianego problemu, to jednak po niedługim czasie doszłam do jakiej takiej wprawy. A i zmienna grubość włóczki też mi zadania nie ułatwiała. Natomiast materia, która schodziła z moich drutów nr 3 ściegiem głównie francuskim (z małym dodatkiem dżersejowego), była tak milutka, że hej. To taki rodzaj akrylu – śliski, chwilami zjeżdżający z drutów, ale bardzo milutki i lejący w „konsystencji”, że się tak wyrażę.

DSC_0703DSC_0705

Tak to sobie dziergałam, jednak ze słabnącym zapałem, gdyż włóczka wydawała się nie mieć końca, a ja się uparłam, że wyrobię ją całą. Na dodatek plątała mi się, a rozplątywanie zajmowało sporo czasu. Plątanie było moją winą, ponieważ ciągnęłam nitkę od środka motka, a wiadomo, jak to się czasem układa – zamiast nitki wychodzi pęczek, albo wręcz pęk, który trzeba rozsupłać. I ja, jak ten Kopciuszek, rozsupływałam. Odkładałam robótkę na święty nigdy przy każdej możliwej sposobności, czyli kiedy tylko wpadło mi coś innego do wydziergania (w większości sama sobie wymyślałam, co by tu sobie innego porobić, byle odłożyć ten szalik), ale w końcu włóczka się skończyła (hurraaa!!!). Natenczas zdążyłam już zmienić koncepcję (po drodze szalik miał być miedzy innymi bluzką) i ostatecznie sprułam początek, po czym połączyłam go graftingiem z końcem i tym sposobem powstał otulacz, przeeedługi otulacz, którym można się omotać na kilka razy – u mnie do pięciu razy). Złożony na pół ma 158 cm długości (na szerokość ma 25 cm), to sobie łatwo policzyć ile by miał jako zwykły szalik. Gdybym wiedziała, że wyjdzie taki długi, zrobiłabym szerszy, a krótszy. Obrobiłam mu brzegi na szydełku zwykłymi półsłupkami, żeby się nie rozciągał na długość, jak to się często dzieje w przypadku ściegu francuskiego. Nie miałam już tęczy, toteż wybrałam pasujące kolorystycznie szmaragdowe merino. Przy tej swojej długości, otulacz waży wcale niedużo – 186 g. I to by było na tyle o tęczowym szaleństwie, dla którego teraz szukam właściciela.

DSC_0716

DSC_0700

DSC_0715DSC_0721DSC_0718DSC_0723

 

Następny w kolejce był szal Sunny Roses, którego autorką jest Larisa Valeeva. Ten wzór przerabiałam już co najmniej raz (wydaje mi się, że więcej, ale głowy za to nie daję, nie pamiętam; pisząc, że przerabiałam, mam na myśli, że robiłam z niego szal, a nie, że coś w nim zmieniałam) i bardzo bardzo mi się on podoba. Ma księżycowy kształt, który uważam za bardzo praktyczny i łatwy do zawinięcia na szyi, ale przede wszystkim ma śliczne ażurowe róże (z nazwy szala wnoszę, że to róże). Pięknie to autorka wzoru zaprojektowała. Szal jest o tyle ciekawy, że jego dzierganie zaczyna się od dolnej krawędzi, która powstaje na szydełkowym łańcuszku, a liczba oczek stopniowo jest redukowana. Część bez wzoru jest tworzona przy pomocy rzędów skróconych. Wszystko to jest bardzo miłe i przyjemne, może poza kilkoma rzędami początkowymi, kiedy robótki jest dużo na szerokość, a mało na wysokość, co powoduje, że to, co jest kręci się na drucie i trzeba odwijać i odwijać, i jeszcze raz odwijać. Ale przynajmniej nic się nie plącze, poza tym można sobie zawsze powiedzieć, że najdłuższe rzędy ma się już za sobą.

DSC_0616

Szal powstał z włóczki Gazzal Dennis w kolorze nr 911 (ciemny morski) na drutach nr 4. Miałam tej włóczki jeden motek i zamierzałam tak przeprowadzić robótkę, żeby mi te 500 metrów wystarczyło (włóczka ta ma 500 m w motkach po 50 g). Tak naprawdę dobrałam wzór do włóczki. Bo ten wzór można sobie dostosować: skoro zaczyna się od części ażurowej, to przecież po jej ukończeniu mogłam sobie dalej zrobić, co mi się będzie podobało, na przykład zrobić mniej rzędów skróconych albo ostatecznie zrezygnować z ażuru, który autorka wzoru zaplanowała przy górnej krawędzi. Jak się okazało – nie było takiej konieczności, ponieważ włóczki nie tylko nie brakło, ale jeszcze trochę zostało (powstały z niej dwa spore prostokąty w krzywym kocyku). Gdyby zatem ktoś zapałał pragnieniem samodzielnego stworzenia szala Sunny Roses (na dobrą sprawę, ja nie wiem, czy w takim kształcie to jest szal, czy raczej chusta), to 500 m cienkiej włóczki przerabianej na czwórkach wystarczy. A może i na 4,5 by starczyło. Moje słoneczne róże mają 158 cm wzdłuż krótszej krawędzi, 204 cm wzdłuż dolnej, 37 cm na szerokość i ważą 43 g (a zatem poszło na nie ok. 430 m).

DSC_0715
Nie ma się co oszukiwać: Gazzal Dennis jest bardzo milutką (merino w składzie) i ładną włóczką (na fotografii nie widać cudnych iskrzących niteczek, które widać przy sztucznym świetle), ale nie blokuje się najlepiej na świecie

DSC_0716

DSC_0718
Kiedy wisi, prezentuje się bardzo dobrze…
DSC_0719
… jednak na leżąco górna krawędź nie za bardzo pamięta, że była blokowana

DSC_0717

DSC_0614
Tak to wyglądało na podłodze po odpięciu szpilek (dziwne tło zrobiłam w programie graficznym, po wymazaniu karimat i prześcieradła)

Ciąg dalszy nastąpi, ponieważ kolejna chusta i szal zajmą trochę miejsca, a na dzisiaj wystarczy.

Dziergonomia stosowana

Och, te chusty!

Gdyby chodziło o szale, napisałabym, że w ostatnich tygodniach poszalałam. Ale to chodzi o chusty, więc jak? Zachustowałam? Hmmm… Mniejsza o określenie, większa o serię chuścianą, gdyż mnie znowu napadła. Chusty powstawały dość szybko, gdyż skomplikowane nie były. Przedstawię je pokrótce w kolejności produkowania.

Najpierw była Angora Active YarnArt (25 % mohair, 75 % akryl), piękna gradientowa, niebieska z domieszką prawie białego (gdzieś posiałam banderolę z numerem koloru, ale na moje oko oraz według tego, co widzę w pasmanteriach, jest to nr 842). Motek leżał sobie i czekał na pomysł. Jak już kupuję niebieską włóczkę, to najczęściej znaczy, że chcę z niej coś wytworzyć dla samej siebie, gdyż odnoszę wrażenie, że nie jest to najczęściej wybierany przez innych kolor, czego dowodem niewielka, żeby nie powiedzieć znikoma liczba zamówień, jakie do mnie spływają, na cokolwiek o tej barwie (czego ja, wielbiciel niebieskości, oczywiście nie pojmuję). Tak też dla siebie kupiłam ten puchaty motek, a że z jednego mohairowego motka najlepiej zrobić chustę lub szal, taki właśnie miałam plan. Łatwo wymyślić, trudniej zdecydować się na wzór. Z braku dostępu do drukarki, z niechęci do dziergania z ekranu, z chęci skorzystania z gotowego schematu, kilkakrotnie przewertowałam mój segregator z wzorami oraz inne papierowe źródła, będące w moim posiadaniu. Najbardziej chciałam Nymphalideę Melindy VerMeer, ale nie miałam w zasobach żadnego motka pasującego jako kontrastowy. Czas jakiś gryzłam się z myślami, aż w końcu pomyślałam sobie, że a co ja się tym tak przejmuję? No bo co w końcu, kurczę blade! Czy to jest gdzie napisane, że jednym kolorem Nimfa powstać nie może? Nie ma, więc może. I powstała. Gradientowa włóczka nadała się do tego doskonale, paski, choć nie w określonych miejscach, są, a ja z chusty jestem bardzo uradowana, bo bardzo chciałam ją zrobić i na dodatek mieć dla siebie. Nimfa powstała jeszcze w kwietniu na drutach nr 5, o ile dobrze pamiętam. Nie jest idealnie zablokowana, ale zdaje mi się, że z tej włóczki, z której powstała, trudno wyciągnąć coś więcej, na co z resztą byłam przygotowana.

IMG_9012

IMG_9014

IMG_9013

IMG_9016a

Kolejne chusty powstały jako wariacja na temat szaleńczo tęczowego motka, a nawet dwóch, choć ten drugi leży jeszcze nietknięty. Szaleństwo wynika ze zmiany kolorów dosłownie co parę centymetrów. Nitka byłaby może odpowiednia do samodzielnego wykorzystania, ale jeszcze nie przyszedł mi do głowy żaden projekt, do którego by się nadawała bez dodatków, ponieważ jest akrylowa i bardzo cienka. Ta cienkość nie jest jednakowa na całej długości – zmienia się prawie tak często jak przebiegające po niej kolory, cały czas pozostając cienizną (według danych ze sklepu ma ok. 1200 m w 100 g). Robiłam z niej różne próbki kombinując z grubością drutów, przerabianiem nitki podwójnie lub potrójnie, ale najbardziej satysfakcjonujące wydało mi się połączenie jej z tą tutaj obecną grafitową, o zupełnie innych parametrach. Grafitowa składa się z mohairu (20 %), wełny (60 %) i akrylu (20 %) i ma 710 m w 100 g. Na jej tle cieniutka tęczowa niteczka pięknie się prezentuje i nie razi w oczy.

Z tej mieszanki zrobiłam dwie chusty. Co do pierwszej, zakończonej jeszcze w kwietniu, nie miałam większych wątpliwości projektowych. Wymyśliłam ją sobie sama, nadając jej uwielbiony przeze mnie kształt półksiężyca. Kształt powstał przez dodawanie przy brzegach po dwa narzuty w rzędach nieparzystych i po jednym w rzędach parzystych. Ze względu na charakterystyczny kolor, co chwilę się zmieniający, zrezygnowałam z wytwornych ażurów na rzecz prostych ściegów. Gotowa chusta waży 84 g, wzdłuż górnej krawędzi mierzy 213 cm, wzdłuż dolnej – 350 cm, za to jest dość wąska – w najszerszym miejscu ma 40 cm, toteż bardziej nadaje się na szalik niż zwisanie na plecach, ale nawet w takim układzie jest się czym owinąć. W półksiężycach bardzo cenię to, że po zarzuceniu na szyję lub ramiona bez szczególnej uwagi, trzymają się i nie zjeżdżają, co zawdzięczają właśnie swemu kształtowi. Moja „Tęcza na nocnym niebie” (tak mi się skojarzyła, kiedy ją blokowałam, choć dobrze wiem, że na nocnym niebie tęcza nie bywa) powstała na drutach nr 4.

IMG_9022

IMG_8849

IMG_9025

IMG_9020

IMG_9046

 

Zdjęcia nie są najlepsze, wiem o tym, ale popsuł mi się podgląd w aparacie i nie mam możliwości ustawienia niczego poza wyłączeniem lampy błyskowej i włączeniem trybu makro, zatem wszystko fotografuję na programie ‚auto’. Prawdopodobnie czeka mnie zakup nowego sprzętu, bo nie wiem, jak długo zniosę stan obecny.

Tym ponurym akcentem nie zakończę, ale przejdę do drugiej chusty, wydzierganej z tego samego połączenia włóczek, co chusta powyższa.

Tym razem męczyłam się intelektualnie, nie mogąc wymyślić niczego, co chciałabym w tej chuście zmieścić. Dosłownie nic mi nie pasowało: żaden wzór, żaden kształt. I właśnie wtedy, kiedy już miałam serdecznie dość samego nawet patrzenia na przeznaczone na chustę włóczki, Intensywnie Kreatywna Agnieszka zaprezentowała na swojej stronie prostą instrukcję wykonania chusty, zaczynanej od rożka, bardzo atrakcyjnej w formie i dającej sporo pola do popisu projektowego. Ucieszyłam się jak mrówka, jak to mówi moja kochana Mama, po czym zabrałam ochoczo do pracy, która poszła sprawnie. Bardzo mi się to dzierganie trójkąta podobało, zważywszy, że taki kształt tym sposobem tworzyłam po raz pierwszy. Pomieszałam w chuście różne ściegi, ale z założeniem, że nie robię nic skomplikowanego, co by się przez barwne refleksy włóczki i tak nie przebiło. Jest zatem ścieg gładki prawy, francuski, najzwyklejszy ryż, a ponadto trochę narzutów w różnych konfiguracjach, bo bez tego byłoby mi smętnie. Zdawało mi się, że chusta wyjdzie malutka, taka tylko na raz na szyję, jako że większość zasobów poszła na poprzednią – księżycową, ale myliłam się. Może to kwestia kształtu, że chusta w blokowaniu dała się bez trudu wyciągnąć do przyzwoitej wielkości, w której każdy bok trójkąta ma inną długość (nie wiem, czy to prawidłowy wynik przy tym sposobie dziergania, ale tak mi wyszło): 128 cm, 143 cm i 195 cm. Jeśli przyjąć najdłuższy bok za podstawę tego trójkąta, wówczas jego wysokość wynosi 58 cm, co moim zdaniem jest całkiem w porządku. Mierzyłam chustę na sobie i w zupełności jej wystarcza do normalnego zawieszenia na ramionach lub owinięcia szyi. Waży przy tym ledwo 61 g. Powstała, tak jak poprzednia, na drutach nr 4.

Agnieszce ogromnie dziękuję za inspirację i opis, bez którego nie wymyśliłabym chyba nic i schowała włóczki na dno pudła.

Dodam jeszcze, że w tej chuście niezwykłą radość sprawiły mi nieograniczone możliwości stosowania wzorów i układów oczek, które ja wprawdzie wykorzystałam w dość ograniczonym zakresie, ale ile pomysłów przy okazji przychodzi do głowy! Bardzo polecam tę technikę Waszej kreatywności. Pod odnośnikiem, który umieściłam wyżej, znajdziecie wszystkie wskazówki potrzebne do jej zastosowania.

IMG_8978

IMG_9003.JPGIMG_8986

IMG_9048.JPG

Chuścianą litanię zamyka projekt o nazwie Longsuffering autorstwa Anny Yamamoto. Wybrałam ten wzór dlatego, że chciałam wykorzystać Kid Mohair Fonseca YarnArt (55 % kid mohair, 45 % micro poliamid, numeru koloru na banderoli brak, ale to 05) w bardzo wciągającym i żywym zielonym kolorze z połyskującą nitką (też zieloną jak na moje oko). Przyznaję, że ta włóczka zarówno w motku, jak i w robótce, jest po prostu śliczna. Zielona nie jest może szczytem elegancji, ale ten połysk dodaje jej…  blasku 🙂 . Miałam jej dwa małe motki po 25 g, w sumie 460 m. Cóż można stworzyć z takiej ilości (i dlaczego nie kupiłam jej więcej)? Niewielką chustę, ażurową oczywiście. To właściwie nie wzór, ale chustę jako taką wybrałam, by wykorzystać tę zieleń. Wzór natomiast wybrałam dlatego, że znajdował się wydrukowany w segregatorze, podoba mi się oraz zakłada niewielkie nakłady materiałowe. Autorka użyła wprawdzie merino z jedwabiem, ale mi pasowały ten same rozmiary drutów, więc pomyślałam, że mojej włóczki na tę chustę wystarczy. Jeśli już mowa o drutach, to trochę ich tam potrzeba: do nabierania oczek nr 4, do części gwiazdkowej nr 5,5 (nie posiadam, wzięłam nr 5, ale oczka przerabiałam niezbyt ściśle), do części ażurowej nr 4,5 oraz nr 5, do zamykania znów nr 5,5 (tym razem użyłam drutów nr 6).

Z ogólnych refleksji nad wzorem. Nazwa: „longsuffering” kojarzy mi się w pierwszej kolejności z długim cierpieniem, ale motto, które autorka umieściła w opisie wyprowadza z błędu – chodzi o cierpliwość, a owym mottem są słowa z Pisma Świętego: „Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest […]” (1 Kor 13, 4). Nie znalazłam jednak u Anny Yamamoto wyjaśnienia dla powiązania tych słów z chustą. Nie chciałabym tutaj profanować słów z Biblii, ale anielskiej cierpliwości stanowczo wymagała ode mnie część gwiazdkowa chusty. Nie to, żeby było w tym fragmencie coś nadzwyczajnego – ja po prostu zapomniałam, że gwiazdki to nie jest to, co ja lubię najbardziej, a nawet jest odwrotnie. Dobrze, że były tam rzędy skrócone, które mi uprzyjemniły pracę. W gotowej chuście ta część wyszła mi bardzo mała w porównaniu z tym, co pokazuje na swoich zdjęciach autorka i sądzę, że przyczyny są dwie: zmniejszyłam o 18 liczbę początkowych oczek, a co za tym idzie cała ta część wyszła mniejsza; po drugie – mogłam jednak wziąć większe druty i jeszcze luźniej te gwiazdki przerabiać. Pewne jest, że gdybym nabrała tyle oczek, ile przewiduje opis, nie starczyłoby mi włóczki, dlatego nie narzekam, przyjmuję do wiadomości, że moja chusta nie musi być identyczna z pierwowzorem, i tak jest ładna.

IMG_9030IMG_9031IMG_9035IMG_9036

IMG_9040

Strasznie mnie korci, żeby jeszcze coś napisać na inny temat, ale powstrzymam się do następnego razu, bo kto dotrwał aż dotąd, temu już i tak należą się podziękowania i podziw za cierpliwość. Anielską cierpliwość 🙂 Także dziękuję i zakończę piosenką mojej ukochanej Evy Cassidy, do której jeszcze wrócę. Piosenka jest krótka.

 

 

Dziergonomia stosowana

Jak mi niebiesko!

No i przegapiłam urodziny własnego bloga… No nic, wypadały 9 marca, czyli w sumie tyle co. Niech będzie, że dzisiejsza chusta to moja blogowo-urodzinowa (bo moja i tak miała być).

A jak się cieszę! Prawda, to dla mnie ta chusta, a ja tak bardzo lubię niebieski kolor, że choćby nawet robótka była nużąca, cieszę się nią. A teraz dodatkowo – chustą moją własną.

Powstała z potrzeby dorobienia czegoś na szyję do czapki, którą zrobiłam sobie parę już lat temu, z włóczki innej, ale w zbliżonym do tej chusty kolorze. Różne rzeczy nosiłam do tej czapki, ulubionej, a już niestety trochę zmechaconej w wyniku intensywnego użytkowania. I kiedy ona – ta czapka – już zaczęła się kończyć, ja właśnie dorobiłam sobie do niej (wreszcie, można by rzec) akcesorium go grzania szyi.

Na krótką chwilę zatrzymam się przy czapce. Spojrzałam na nią ostatnio i ze smutkiem powiedziałam do Męża, że niestety, ona już taka wyświchtana, że nie wiem, jak ją ratować, że może by te kłaczki / kuleczki, które się porobiły powyrywać, bo nie bardzo widzę inne wyjście. Jasne, że można zrobić nową, nawet identyczną, ale to już nie będzie ta – a ta ma dla mnie wartość sentymentalną, bowiem włóczkę na nią, w moim ukochanym kolorze, dostałam właśnie od mojego Męża. Bez okazji, żebym sobie czapkę zrobiła. I ja, prawdę mówiąc, nie chcę innej, nowej czapki (tego wszystkiego tak dokładnie Mężowi nie eksplikowałam, ale się nad zużyciem użaliłam). Zapewne domyślacie się, że mój nieoceniony w swej wyszukanej pomysłowości Mąż po kilku sekundach znalazł rozwiązanie, na które ja bym chyba nigdy w życiu nie wpadła (pomimo, że wpadam na nie w przypadku innych elementów odzieży, ale o tym za chwilę): a co by było, gdyby ją wywrócić na lewą stronę? Ach! Wykonałam natychmiast – czapka niemal jak nowa. Warto było porządnie nitki pochować – nie widać w ogóle, że to lewa, a nie prawa strona, chyba, że ktoś zna oryginalny wzór (a może to był ten? nie pamiętam już) i się przyjrzy.

Noszenie odzieży na lewą stronę praktykowałam… nie, to raczej moja Mama kochana praktykowała na mnie, kiedym jeszcze niemowlęciem była. Powód był bardzo prozaiczny – wszystkie szwy mnie uwierały. Poza odzieżą, także smoczek zdarzało mi się trzymać w buzi na odwrót – częścią gumową na zewnątrz. To zostało uwiecznione na jednym ze zdjęć, kiedy byłam jeszcze bardzo malutka.

Tak sobie niepostrzeżenie odbiegłam od tematu głównego dnia dzisiejszego, czyli od mojej nowej chusty. Prawdę mówiąc, nie jest już taka bardzo nowa – powstawała pod koniec stycznia, ale naczekała się na blokowanie i sesję zdjęciową, a nie chciałam jej zacząć używać przed obfotografowaniem. Skutek czekania z prezentacją i opisem jest taki, że nigdzie nie mogę znaleźć wzoru, według którego dziergałam chustę i na którym poczyniłam warte zapamiętania notatki, co więcej, za nic na świecie nie mogę sobie przypomnieć nazwy wzoru (co jest dziwne, zazwyczaj znam i pamiętam nazwy tego, co dziergam).

Włóczkę na ten projekt kupiłam już z rok temu. Chociaż może powinnam napisać, że to była włóczka na coś na szyję do czapki, ponieważ aż dotąd nie mogłam się zdecydować, co by sobie zrobić: czy szal, czy chustę, a jeśli chustę, to w jakim kształcie. Nie żebym dniami i nocami o tym myślała, ale kiedy już myślałam, nic mi nie pasowało. Jest mnóstwo gotowych wzorów, które są bardzo piękne, ale a to 800 m w motku byłoby za mało, a to wzór zasługujący na lepszą włóczkę, żeby coś w ogóle z niego było widać. Ale mimo wszystko – sama dla siebie chciałam czegoś wyjątkowego. A włóczka, czyli Alize Lanagold 800, która ma w składzie połowę wełny, a połowę akrylu (ta obecność wełny jakoś słabo wyczuwalna jest moim zdaniem), wprawdzie mięciutka bardzo, ale niezbyt poddająca się blokowaniu (choć oczywiście miałam nadzieję, że się dobrze zablokuje). To, że się w końcu na coś zdecydowałam, było niejako wymuszone sytuacją: nie miałam na drutach nic rozpoczętego, a wyjeżdżaliśmy z Mężem na kilka dni, a jak wiadomo podróż bez robótki być nie może (ratunku! gdyby tak się miało stać). Potrzebowałam czegoś prostego, do szybkiego zapamiętania, żeby nie trzeba było bez przerwy zaglądać do schematu i instrukcji, a najlepiej jednokolorowego, żeby się nitki w środkach lokomocji nie plątały. Otwarłam pudło z włóczkami, zobaczyłam niebieski motek i postanowiłam zlitować się w końcu nad nim i nad własnym wyglądem (bo dotąd nosiłam do mojej niebieskiej czapki rzeczy znacznie mniej dopasowane kolorystycznie). Wiadomo – pomysłu na wzór nie miałam, ale postanowiłam się zmusić do wyboru, toteż przewertowałam segregator z wzorami oraz zawartość folderów w komputerze i nadal nie mogąc się zdecydować zabrałam ze sobą do teczki trzy wzory na chusty, z których koniec końców wybrałam właśnie ten tutaj (jak go kiedyś odszukam, obiecuję uzupełnić wpis, bo nie wydaje mi się, żebym wyrzuciła).

[26.03.2018] Dodatek informacyjny obiecany: chcę podziękować Konwalii oraz Cottonaddict od Intensywnie Kreatywnej, które bardzo szybko pomogły mi rozwikłać zagadkę: jaki to wzór? Tylko mi zajęło sporo czasu, by tę informację uzupełnić. Odpowiedź brzmi: Frosty Apples Lace Fichu, a autorką jest Lyubov Shalnaya. Swoich notatek nie znalazłam, ale przynajmniej mam czyste sumienie odnośnie projektantki chusty.

Ja dobrze znam siebie i swoje potwornie męczące niezdecydowanie, więc na wszelki wypadek do torebki robótkowej na drogę dorzuciłam jeszcze dwa rude motki – resztki, z których zawsze mogłam zrobić skarpetki, a te opanowałam już na tyle, że nie potrzebuję instrukcji. Ale w ostatniej chwili przypomniał mi się nowy sposób wyrabiania pięty, znaleziony w internecie i dopakowałam do teczki jeszcze jedną kartkę. Skarpetki z resztą powstały (w drodze powrotnej) i już je nawet pokazywałam tutaj. A poza chustą i skarpetkami podczas tej wycieczki zimowej – w pierwszą stronę – przerobiłam Mężowi czapkę, która się rozciągnęła przez parę lat użytkowania. To była pierwsza czapka, jaka wyszła spod moich drutów (no, nie moich, uprowadzonych Mamie ukochanej), ale primo – rozwlekła się trochę właśnie, po drugie primo – Mąż skrócił uczesanie i czapka wymagała zmniejszenia. Ja nie wiem, kiedy dowiosłuję do chusty, ale koniecznie muszę pochwalić się moją wyszukaną pomysłowością w zakresie prucia czapki. Jak to ktoś kiedyś pięknie określił – błysk intelektu. Tłumaczy mnie tylko bardzo wczesna godzina odjazdu pociągu i że się nie wyspałam. Mianowicie: biorę tą czapkę i dobieram się do ściągacza; świetnie, porządnie ukryta końcówka włóczki z niejakim problemem, ale dała się odnaleźć. No to męczę się dalej, mrucząc pod nosem, że po co było tak dokładnie ją chować, że teraz wyciągnąć nie można. Na to Mąż (a On też miał prawo się nie wyspać, ale jednak…), z pewnym niedowierzaniem patrząc to na mnie, to na czapkę, zapytał: „Ale dlaczego prujesz czapkę od początku, a nie od końca?” Taaak, błysk intelektu. Odpowiedziałam, że nie wiem i wybuchnęłam śmiechem, po czym bez żadnego problemu dobrałam się do czapki od końca, czyli od góry i sprułam bez trudu. Nie mam słów na swoją obronę. A nowa czapka powstała szybko – jeszcze przed dotarciem do celu podróży.

Ja już będę kończyć, obiecuję, szczególnie, że o chuście wiele do napisania nie ma po tym jak zagubiłam notatki. Produkowało się ją szybko i łatwo, wzór zapamiętałam po kilku powtórzeniach i mogłam nosić robótkę ze sobą (na wycieczki, do kawiarni, gdziekolwiek). Jeszcze napiszę, co mnie skłoniło do wyboru tego właśnie wzoru: pikotki przy wykończeniu. Za każdym razem, kiedy je robię, mam ich szybko dość, ale tak bardzo mi się takie wykończenie podoba, że i tak je wybieram.

Zgodnie z przewidywaniami, tej włóczki porządnie zablokować się nie udało. Prasowanie w celu utrwalenia kształtu odrzuciłam stanowczo – nie chciałam spłaszczyć struktury (tam są prawe i lewe oczka na prawej stronie oraz kulki zwane nupkami). Na szczęście wzór nie był ani szalenie skomplikowany ani bardzo pracochłonny, ani żadna królowa tej chusty nosić nie będzie, dlatego nie szkoda mi, że wzór nie jest świetnie widoczny. Chusta spełnia swoją rolę – jest ciepła, nie gryzie, no i… bardzo spodobała się znajomym, co dla mnie jest oczywiście powodem do zadowolenia. Koleżanka powiedziała: wiesz co, ona to już wygląda jak sklepowa! I że jej zdaniem wzór jest bardzo dobrze widoczny. A to, co mnie gryzło – że pikotki się nie prezentują – ona odebrała jako wspaniałą prawie-że falbankę. Także jestem usatysfakcjonowana wewnętrznie (bo chusta mi się podoba i służy) i zewnętrznie (bo się innym podoba).

Podsumowanie techniczne:

włóczka: Alize Lanagold 800 (wełna 49%, akryl 51%), kolor nr 203, zużycie 87 g, na drutach 3,25;

wymiary gotowej chusty: 236 (stanowczo za dużo) na 62 (trochę za mało, a to i tak w porywach) cm; jestem pewna, że bardziej wełniana włóczka zapamiętałaby, że nadałam jej nieco inny kształt, bardziej księżycowy, szerszy, a nie rozciągała się jak guma na długość i trzymałaby zadaną szerokość.

I wreszcie kilka zdjęć (jeśli nadarzy się okazja fotograficzna, podmienię je na jakieś lepszej jakości).

IMG_8755IMG_8754IMG_8761IMG_8762

 

 

 

 

 

Dziergonomia stosowana

Alpejskie Łąki w szarości

To ostatnie z zamówień przedświątecznych. Na chustę w kolorze szarym, wzór miałam wybrać sama. Zamówienie od wyjątkowej osoby, dlatego bardzo chciałam, żeby ta chusta była wyjątkowa. Zdecydowałam się na jeden z najładniejszych (według mnie) wzorów: Alpine Meadows Oksany Kushchovenko. Do była moja druga wyprawa na Alpejskie Łąki i pamiętam, że tamta pierwsza chusta wyszła pięknie. Szczególnie lubię w tym wzorze pikotkowe wykończenie, które nadaje chuście elegancji. Dodatkowo księżycowy kształt jest bardzo praktyczny – łatwo się tym omotać, nawet bez oglądania się w lustrze.

IMG_8642

 

Włóczka to mieszanka merino i akrylu, delikatnie lśniąca. Nawet po praniu ten połysk jej nie przeszedł, co mnie bardzo cieszy, z kolei dodatek akrylu nie zaprzepaścił ażurowego wzoru, czego się obawiałam. Jest to cienizna, zawierająca 1250 m w 100g, ale przerabiałam ją podwójną nitką. Nie żebym miała dość cienkich włóczek 🙂 . Bardziej chodziło mi o uzyskanie mniejszej dziurowatości wyrobu, żeby chusta nie tylko wyglądała, ale i grzała konkretną ilością materii oraz żeby wyszła sporej wielkości. Pamiętam te moje pierwsze Alpejskie Łąki, które powstały z Haapsalu – włóczki nieco cieńszej od tej tutaj. Wyszły piękne, ale niezbyt duże, choć w zupełności spełniające kryteria chusty do owinięcia się. I znów muszę się przyznać, że nie doceniłam możliwości szarej włóczki: wprawdzie już przez blokowaniem chusta wydawała się wystarczająco duża, jednak po blokowaniu jest naprawdę duża. Przynajmniej w mojej noemnklaturze chusta, która ma 216 cm wzdłuż krótszej krawędzi (górnej) i 380 cm wzdłuż dolnej zasługuje na takie miano. Na szerokość mierzy 55 cm. Odnośnie blokowania, jak już wspominałam, mam do dyspozycji już nie jedną, lecz dwie karimaty, więc spokojnie i z radością (względem tego, co spodziewałam się uzyskać) przystąpiłam do nadawania chuście kształtu. Cóż, co dwie karimaty, to nie jedna, ale i te dwie okazały się niewystarczające. Na szczęście brakło dosłownie kilku centymetrów i wyznaję skruszona, że wbiłam szpilki pomiędzy klepki parkietu, co widać na jednej z fotografii, o tej:

IMG_8630

 

Bo nie po to człowiek robi te pikotki, żeby z powodu braku trzeciej karimaty nie móc ich potem wyeksponować. Gdybym z resztą nawet tę trzecią miała, to i tak nie byłoby jej gdzie położyć. Znowu konieczne byłoby przemeblowanie mieszkania. Inna sprawa, że gdy mój Małżonek najlepszy na świecie zobaczył, jak się mierzę z wyzwaniem (ale bez przesady, nie kosztowało mnie to wiele trudu), stwierdził, że będzie musiał jednak podjąć jakieś kroki w celu zorganizowania mi szerszych możliwości 🙂 . Cały czas mam w głowie drewniane stelaże do blokowania. Zobaczymy, może będzie się dało przełożyć te myśli na konkret.

Wracając do szarych łąk alpejskich, pamiętałam z poprzedniej edycji, że coś tam było, co mnie skłoniło do nie wzięcia się natychmiast po raz kolejny za ten wzór (pomijając brak zapału do dziergania dwóch takich samych chust jedna po drugiej, choćby nie wiem jak piękne były). Mam na ten temat obszerną notatkę, jednak żeby się sama nie demotywować, nie zajrzałam do niej ani przed, ani w trakcie dziergania. Ani potem, bo kiedy przyszło do pikotek, przypomniałam sobie: to one! Są naprawdę śliczne, ale nie byłam jeszcze w połowie długości dolnej krawędzi wykończenia, kiedy musiałam sobie zrobić krótką przerwę, tak miałam ich dosyć. Ale wiedziałam, że nie ma się co zniechęcać, bo efekt będzie godzien włożonej pracy, której z resztą wcale nie było jakoś specjalnie dużo.

To wszystko o tej chuście, nie wiązały się z nią żadne dramaty ani skrajne emocje. Jedyne, o czym musiałam zdecydować, to czy chcę robić wersję mniejszą, czy większą. Chciałam większą, ale z dużym prawdopodobieństwem nie wystarczyłoby mi włóczki, dlatego wybrałam mniejszą. I dobrze, myślę sobie, bo jeszcze większą chyba bym musiała blokować na suficie, jako jedynej duuużej wolnej powierzchni.

Podsumowanie techniczne:

włóczka: mieszanka wełny merino i akrylu, 1250m / 100 g, przerabiana podwójnie, zużycie 103 g (czyli pewnie jakieś 650 m podwójnej nitki)

druty nr 3,25

rozmiar gotowej chusty: 216 cm wzdłuż górnej krawędzi, 380 cm wzdłuż dolnej, 55 cm szerokości

Sesja fotograficzna:

IMG_8634

IMG_8633

IMG_8637

IMG_8638

IMG_8639

IMG_8640

IMG_8641

IMG_8635

IMG_8632

 

Dziergonomia stosowana

Wyśniona noc księżycowa

Od odwlekania nie przybędzie, a wręcz ubędzie – pamięci o tym, co mogłabym napisać o pracach, które powstały w ostatnim czasie. Nie ma tego zbyt wiele, tym razem dominowały duże formy, z czego jedna miała być normalna, ale nie doceniłam włóczki. I o tej właśnie będzie dzisiaj, bo chociaż mam ochotę uciec do drutów, na których dzieje się chusta, to jednak odwlekanie relacji z działalności dotychczasowej spowoduje tylko nagromadzenie treści do podzielenia się z Wami. Treści dzierganej rzecz jasna.

IMG_8611.jpg

Zatem chusta. Wyśniona. Właściwie to nie chusta była wyśniona, lecz włóczka, z której chusta powstała. Chustę zamówiła koleżanka jako prezent pod choinkę dla swojej siostry. To ona wybrała wzór (pochodzi z Małej Diany Extra nr 4/2012), ale to ja wybierałam włóczkę. Miała być szara i nie mohair – wiadomo więc – wełna. Postanowiłam znaleźć coś wyjątkowego i kręciłam się z tym dość długo (osiołkowi…), przede wszystkim wokół wełen o parametrach zbliżonych do 800 m w 100g. W oryginale, czyli w instrukcji chusty w gazetce, występuje włóczka mohairowa, mająca bodajże te właśnie 800 m na 100g. Nie chciałam cieńszej, żeby liście nie wyszły malutkie, ale też dlatego, że zamówień miałam więcej i musiałam z nimi zdążyć do Świąt Bożego Narodzenia. I tak się wahałam, zdecydować nie mogłam, bo a to kolor nie do końca ten (co z ekranu komputera też niekoniecznie wynika), a to gryząca (wolałam nie ryzykować i dlatego nie wybrałam estońskiej artystycznej, choć miałam na nią wielką chrapkę), a to struktura jakaś podejrzana (w mojej nomenklaturze to może oznaczać bardzo wiele, jeśli włóczki nie znam, to oceniam po wyglądzie i mam przeróżne pomysły na to, dlaczego coś mi nie pasuje). Po głowie natomiast nieustannie chodziła mi doskonała moim zdaniem, tylko zdecydowanie za cienka wełna Moon Night Lotus Yarns. Marzyłam o tym, by kiedyś dostać ją w swoje ręce, odkąd pierwszy raz ujrzałam (w internecie to było). Nie będzie niespodzianką, jeśli zakończę ten wywód tym właśnie, że się złamałam i ją kupiłam. Dwa motki po 50 g, 600 metrów w każdym. Cienka cienizna. Ale wyśniona. Ja po prostu strasznie chciałam ją mieć i coś z niej zrobić. Jeszcze przed zakupem poczytałam sobie, co ludzie piszą na jej temat, sprawdziłam jak wychodzą dziergane z niej chusty i szale, jaki rozmiar drutów najczęściej jest do niej wybierany. I tylko się tą lekturą upewniłam, że to dobry wybór, a nie jedynie moja zachcianka.

Po otwarciu przesyłki z pasmanterii patrzyłam sobie na te dwa śliczne moteczki, z lekką jednak obawą. Niby wiedziałam, że to cieniutka włóczka, ale ona jest naprawdę bardzo cieniutka i chyba w skrytości ducha miałam nadzieję, że jednak nie aż tak. Ale to nie zmieniło mojego zachwytu: kolor doskonały (nr 04) – szary o chłodnym odcieniu, mizialność na najwyższym możliwym poziomie i tak ogólnie zachwyciłam się.

IMG_8595

Niewiele więcej mogę napisać. Chusta powstawała dość długo, chociaż miała być szybką robótką, bo z tym schematem już kilka razy pracowałam. Cienkość nitki to spowodowała, że przestałam liczyć godziny nad chustą spędzone (miałam taki plan, że policzę sobie, ile mi poszczególne robótki czasu zajmują). Ale jak miło spędzone! Gdyby nie czas, który mnie naglił, zwolniłabym sobie, żeby mieć z tego dziergania jeszcze więcej radości. Z resztą, z każdym przerobionym oczkiem zbliżałam się do kolejnego projektu, którego nie mogłam się doczekać, tak bardzo mnie cieszył wzór, który był zaplanowany. W każdym razie, chusta ma więcej, znacznie więcej powtórzeń głównego wzoru (ale nie pamiętam ile), niż przewidywał to schemat, bo przecież to nie był założony przez autora chusty mohair, a i grubość nitki inna. Tutaj wracam do wspomnianej niespodzianki, jaką mi włóczka uczyniła (a swoją drogą, mogłam się domyślić, że tak się to skończy!). Otóż powtarzałam ten motyw liści więcej razy, niż schemat przewidywał i ciągle wydawało mi się, że ta chusta malutka wyjdzie, bo przecież rozciągam ją i widzę, że to takie maleństwo, a jak tu wręczyć komuś, kto zamówił, takie niewymiarowe coś, co swojej funkcji nie spełni? No nie można, więc zawzięcie dziergałam kolejne rzędy liści, aż w końcu miałam tak dość, że musiałam zaprzestać, żeby mi nauczony już na pamięć wzór nie obrzydł (szczęśliwie, nie zdążył). Poza tym nie pamiętałam, ile włóczki będzie mi potrzebne na końcową część chusty, a to – jak wiadomo – jest niejednokrotnie powodem prucia, stresu i straconego czasu, a ja nie miałam czasu do stracenia. Koniec końców, zostało mi jeszcze trochę włóczki, ale z tego, że nie kontynuowałam dziergania ucieszyłam się natychmiast po namoczeniu gotowego dzieła w wodzie z płynem do prania wełny. Napiszę więcej: ja się nie tyle ucieszyłam, co przeraziłam tym, jak mi się nagle moja malutka meduza zmieniła w… wieloryba niemalże. Wzięłam głęboki oddech, ale musiałam się nagimnastykować i uruchomić całą posiadaną kreatywność, by przy blokowaniu zmieścić ją na podłodze w dużym pokoju (na dostępnej powierzchni tej podłogi). Zwykle blokuję chusty w małym pokoju, ale w tym przypadku takie rozwiązanie nie wchodziło w grę. Największą trudnością okazał się brak trzech karimat (miałam jedną), bo tyle by chyba wystarczyło na to, co zeszło z moich drutów. Chusta po zablokowaniu mierzy 225 cm wzdłuż górnego (najdłuższego) brzegu i 103 cm na wysokość. A byłaby większa gdybym miała więcej podłogi i trzy karimaty (z naciskiem na więcej podłogi,  bo trzeba jeszcze mieć gdzie ułożyć tyle dóbr). Niemniej, jestem z niej bardzo zadowolona. Wyszła naprawdę ładna, teraz już mogę napisać, że Obdarowanej spodobała się.

IMG_8574.jpg

Włóczka jest bardzo mięciutka, aż trudno uwierzyć, że to czysta wełna (95% jagnięcej i 5% kaszmiru). Blokuje się doskonale – po wyjęciu szpilek zostało mi to, co z niej wyciągnęłam (a raczej: na co ją naciągnęłam 🙂 ). Nie mam wielkiego doświadczenia z cieniutkimi włóczkami, ale jakieś tam już mam i uwielbiam z nimi pracować, a z Moon Night pracuje się cudownie i mi szło naprawdę szybko (ja takie cienizny przerabiam szybciej, niż grube włóczki, jak słowo daję). Trzeba jednak być uważnym, bowiem włóczka jest dość śliska (przeczytałam o tym wcześniej u Intensywnie Kreatywnej i wiedziałam) i jeden nieostrożny ruch, a oczka lecą z drutów i trudno je w tym locie zatrzymać. Z drugiej strony, nitka jest na tyle elastyczna, że nie jest trudno trafić w oczko i go nie zgubić, tylko właśnie – trzeba być czujnym. Ale co ja się będę wymądrzać – takie włóczki służą przede wszystkim do wzorów ażurowych, które i tak czujności i uwagi wymagają, więc to baczenie na włóczkę to już tak przy okazji 🙂

Ach, jak ja uwielbiam cienkie włóczki! Ale z przerwami na coś mniej cienkiego. O tym będzie następna opowieść.

To koniec. A ja myślałam, że napiszę krótko, że więcej będzie zdjęć, niż tekstu. To może następnym razem. Ale nie obiecuję 🙂

Podsumowanie techniczne:

Włóczka: Moon Night Lotus Yarns (1200 m/100 g), zużycie: 77 g (czyli ok. 920 m)

druty nr 2,75

wymiary chusty: 225 x 103 cm

W roli tła na fotografiach wystąpiło prześcieradło, którego nie wyprasowałam. Rzeczywisty kolor to ten najjaśniejszy.

IMG_8547IMG_8568IMG_8569IMG_8573IMG_8604IMG_8608IMG_8601