Dziergonomia stosowana

Under Umbrella

Ta chusta to mój drugi już test dla Renaty. Wspaniale się z Renią współpracuje, a poza tym bardzo dobrze i wygodnie się korzysta z tak dokładnie i starannie przygotowanych opisów nawet na etapie testowania. Pomimo, że samego przerabiania oczek było mam wrażenie więcej, niż poprzednio, to jednak tym razem pracy jako testująca miałam mniej. Za to ile frajdy z dziergania!

DSC_0769

Wzór nie jest trudny, ale ode mnie wymagał skupienia, by nie pomylić się przy dodawaniu oczek. A chciało mi się dziergać jak najszybciej, częściowo z powodu wciągającego wzoru, ale i przez tę włóczkę, którą wybrałam. Ona zmienia kolory i ja zawsze w takich sytuacjach chcę zobaczyć, co będzie dalej, w jakim momencie robótki wypadnie zmiana i na ile płynna ona będzie. Włóczka to estońska wełna artystyczna Aade Long 8/1, kolor 29, nazwany dżinsowym. Powinnam raczej napisać, że to farbowanie, a nie kolor, skoro kolory zmieniają się od bardzo jasnego do bardzo ciemnego, ale zawsze niebieskiego i to na dodatek w odcieniach, jakie lubię – łagodnych, przygaszonych, niezależnie od tego, jak się udało je sfotografować. Pierwszy raz tworzyłam cokolwiek z estońskiej artystycznej i już jestem w niej zakochana. Bardzo odpowiada mi ta grubość (ok. 720-800 m w 100 g), pojedyncza nitka, jej nierówne uprzędzenie, charakterystyczne dla przędzenia ręcznego. Ten ostatni aspekt powoduje u mnie miłe poczucie, że to nie jest motek z jakiejś zmechanizowanej linii produkcyjnej, ale jeden jedyny, wyjątkowy, że stworzyły go dla mnie czyjeś pracowite ręce. W tym konkretnym motku zachwyciły mnie łagodne przejścia pomiędzy kolorami, bo z tego co wiem, bywają estonki bardziej pstrokate. Wprawdzie w chuście widoczne są pasy kolorów, ale głównie tam, gdzie oczek w jednym rzędzie jest już na tyle dużo, że kolor zmieniał się szybciej, niż sam rząd. Na wcześniejszym etapie, gdzie rzędy są krótsze, barwy przenikają się, a efekt jest bardziej subtelny. Włóczka pasuje mi też pod względem miękkości i stopnia delikatności. Nie jest mięciutka i milutka jak merynosowy budyń, może nawet odrobinę sztywna, surowa (nie wiem, jakiego innego słowa użyć), ale mi bardzo dobrze się ją przerabiało i nie miałam najmniejszych problemów z gryzieniem, choć wiem, że jest sporo osób, dla których jest zbyt szorstka. Owinięta wokół szyi też mi odpowiada i nie drażni, nie drapie. Niewątpliwą zaletą tej wełny – jak to prawdziwej wełny – jest doskonała współpraca przy blokowaniu. Nie zdołałam wyciągnąć z niej wszystkiego w tym zakresie (kiedy ja się doczekam metrów kwadratowych na niczym nieograniczone blokowanie…), jednakże naciągałam namoczoną chustę naprawdę porządnie. Kiedy już wyschła i odpięłam szpilki oraz zdjęłam górny brzeg z ramy, chusta nie skurczyła się ani o centymetr, co zrobiło na mnie duże wrażenie.

Skoro już piszę o blokowaniu, to przy nim pozostanę, przechodząc do wrażeń na temat samego projektu Renaty, chociaż będzie to trochę opowiadanie od końca, jako że blokowanie w zasadzie kończy pracę nad projektem. U mnie zostają jeszcze do pochowania nitki, które w chustach i szalach zawsze zostawiam sobie na sam koniec. Niemniej, blokowanie to już końcówka. Przy chuście Under Umbrella wymagała ode mnie ta końcówka sporo wysiłku, ale to z powodu, o którym już napisałam, czyli konieczności zmieszczenia się na ograniczonej powierzchni. Tym razem nie byłam bezwzględnie zdecydowana na korzystanie z ramy, ale wyszło mi, że tak będzie najwygodniej. Oczywiście zaczepić o gwoździe mogłam tylko górną krawędź chusty i sporo czasu zajęło mi wymyślenie, co zrobić z zaokrąglonym brzegiem, zważywszy, że rama miała stać, nie leżeć. Rozwiązanie znalazłam dość karkołomne i do końca nie wiedziałam, czy mi się powiedzie, ale na szczęście udało się. Zmontowałam trzy listwy ramy: na górną krawędź i na dwie „nogi”, a zamiast czwartej, korzystając ze ścisków stolarskich przymocowałam do ramy karimaty, jedną pod drugą, starając się je rozciągnąć możliwie mocno, żebym mogła wbijać w nie szpilki. Tak więc górną krawędź chusty zaczepiłam o gwoździe ramy, a dolny łuk przypięłam szpilkami do powierzchni karimat, mimo wszystko zdumiona, że te szpilki ostatecznie nie wyjechały. Inna sprawa, że nie rozciągnęłam tego łuku do granic możliwości, o czym już wspomniałam, ponieważ wtedy szpilki mi uciekały. Bardziej jednak zależało mi na wydłużeniu górnej krawędzi, która po zdjęciu z drutów miała ledwo powyżej metra, a po praniu bez najmniejszego problemu naciągnęłam ją do prawie 180 cm, dokładnie wyszło mi 178 i tyle zostało po zdjęciu wyschniętej chusty z ramy. Szerokość chusty to u mnie 56 cm. Dodam jeszcze, odnośnie szczegółów technicznych, że robiłam chustę na drutach nr 3,25, przy czym oczka ostatniego rzędu zamykałam na drutach nr 6,5. Zużyłam 77 g estońskiej wełny 8/1.  Część gładką chusty zakończyłam na 229 oczkach (tam jest możliwość modyfikacji, dlatego o tym wspominam). Skąd taka rozbieżność w rozmiarach drutów? Cóż, dziergam niezbyt ścisło, natomiast oczka zamykam ciasno i zawsze się obawiam, że zamknięcie wyjdzie nie dość elastyczne, by ładnie zablokować robótkę. Zdarza mi się pruć i zamykać od nowa, ale w tym przypadku bardzo chciałam tego uniknąć – tam na końcu jest sporo oczek i nie miałam ochoty na poprawki. Okazało się, że dobrze zrobiłam, gdyż te grube druty przy moim sposobie dziergania nadały się idealnie, oczka nie są ani za ciasne, ani za luźne. Dzięki temu mogłam nadać brzegowi taki kształt, jaki zaplanowała Renia, a który mi się niezmiernie podoba: czy widzicie te ząbki, raz dłuższe, raz krótsze? Moim zdaniem bardzo ozdabiają chustę, a są wynikiem układu oczek. Więcej nie zdradzę. Zachwycam się w każdym razie tym pomysłem Reni.

DSC_0779

Jak wygląda chusta, widać na fotografiach. Więcej na temat jej tworzenia napisała Renia na swoim blogu. Autorce tego pisać nie wypada, zatem ja dodam od siebie, że opis wykonania jest przygotowany bardzo czytelnie i bardzo ładnie, zawiera chyba wszelkie możliwe informacje, jakie mogą być potrzebne podczas pracy nad wzorem, jednocześnie nie jest „przegadany”, dzięki czemu produkcja chusty idzie płynnie i ogólnie jest ona bardzo wciągająca.

Wiem, że tym tekstem nie wzniosłam się na wyżyny literackie, ale mam ostatnio męczący czas, a bardzo chciałam pochwalić się chustą, kiedy tylko Renia opublikuje swój wzór. Nie wiem, kiedy moja głowa odpocznie, więc czekać na to nie ma sensu. Dlatego na tym zakończę pisanie, teraz zapraszam na oglądanie.

DSC_0767DSC_0768

DSC_0776

DSC_0780DSC_0789DSC_0806DSC_0815DSC_0830DSC_0787

DSC_0782

Dziergonomia stosowana

Breath of Spring

To jedna z najciekawszych konstrukcyjnie chust spośród tych, które kiedykolwiek dziergałam. Nie mam na myśli samego dziergania w poprzek, takie chusty i szale już robiłam. Breath of Spring autorstwa Renaty Witkowskiej ma jednak dodatkowe elementy, które urozmaicają kształt chusty i ja do samego końca pracy nad nią nie rozgryzłam, jak to jest wymyślone. Inna sprawa, że dzięki temu dziergało mi się bardzo przyjemnie, nie było mowy o nudzie. Przy tym nie byłam w stanie zapamiętać wzoru, choć mogłoby się wydawać, że skoro taki drobny, to bardzo prosty. Sam ażur może i tak, ale w tym projekcie ażur to nie wszystko. Zanim napiszę więcej o chuście, chcę się podzielić z Wami okolicznościami jej powstania. Otóż był to mój pierwszy w dziewiarskim życiu test!

DSC_0657

O testowaniu marzyłam (tak, marzyłam!) od paru lat, właściwie odkąd odkryłam, że testy istnieją. Wydawało mi się niezwykle ekscytujące odkrywanie nowego wzoru, który jeszcze nie został opublikowany; z resztą nadal postrzegam to jako wyróżnienie, ale jednocześnie odpowiedzialne zadanie. Przypomina mi się, jak niedawno znajomy opowiadał, że pracuje w fabryce Porsche, w której zajmuje się między innymi objeżdżaniem nowych samochodów, takich jeszcze „zafoliowanych”. Nie wiem, czy na Was robi to wrażenie, ale na mnie tak, ogromne. I tego samego rodzaju uczucia wzbudzała u mnie myśl o testowaniu nowych wzorów. Poza tym pociągała mnie silnie możliwość służenia pomocą twórcom wzorów. Wyobrażałam sobie, że to ciężka praca, już mi się zdarzało podejmować próby rozpisania czegoś, co tworzyłam i najczęściej mnie to przerastało. Co innego zrobić coś na drutach czy szydełku, a co innego przedstawić to w formie słownego opisu, który będzie zrozumiały dla każdego, kto do niego sięgnie. Moje na pewno byłyby przegadane 🙂 . Jest wiele aspektów tworzenia wzorów, za które podziwiam wszystkie osoby podejmujące się tego zadania. Z pewnością to fascynujące stworzyć nową rzecz i opis do niej, ale też ogromnie pracochłonne.

Podsumowując ten wątek, bardzo chciałam wziąć udział w jakimś teście, jednak zawsze miałam jakieś wątpliwości w stylu czy zdążę, czy podołam, czy nie zawiodę. Nie posiadam kont na przeróżnych portalach społecznościowych, co też mnie z niektórych testów wyklucza.

Tym razem w podjęciu decyzji pomogła mi chwilowa sytuacja. Po prostu miałam kiepski humor i akurat w takim nastroju przeczytałam, że Renia szuka chętnych do testowania ażurowej chusty. Nie zastanawiałam się długo (ale miałam chwilę wahania, to przyznaję). Nie tylko, że, jak się to mówi, tego mi było trzeba, ale na dodatek rzecz dotyczyła czegoś, na czym się znam, czyli właśnie ażurowej chusty. Renia zgodziła się na mój udział, za co jestem Jej ogromnie wdzięczna. Nie dość, że spełniło się moje marzenie, to jeszcze zostałam obdarzona zaufaniem, bo przecież nigdy wcześniej niczego nie testowałam i nie można było wiedzieć, czy będzie ze mnie pożytek.

Testowanie z Renią było dla mnie wielkim przeżyciem i bardzo się starałam sumiennie spełnić swoją rolę. Dla własnego dobrego samopoczucia potrzebowałam zapracować na ten wzór. Chusta natychmiast skojarzyła mi się z delikatną mgiełką, dlatego chciałam dobrać do niej włóczkę z mohairem. Z pudła z zasobami wyciągnęłam motek Alize Kid Royal w kolorze 161, jest to blady róż, prawie jak pudrowy, ale bardziej jak tzw. stary róż. Bardzo ładny moim zdaniem. Nie spieszyłam się z dzierganiem, zależało mi na dokładności, a i tak zaraz na początku się pomyliłam. To na pewno przez te emocje. Prucie mohairu tradycyjnie okazało się koszmarem i wytrzymałam tylko kawałek, po czym po prostu oderwałam nitkę, no, właściwie to sama się zerwała, ale to tylko świadczy o tym, z jaką „czułością” podeszłam do prucia 😀 . Na szczęście to był krótki kawałek.

Wzór okazał bardzo przyjemny w przerabianiu i miałam z tego dziergania dużo radości, tym bardziej, że niezbyt często dziergam chusty w poprzek, a przekonałam się, że naprawdę lubię tak pracować. Renia bardzo klarownie opisała wszystko, co trzeba zrobić, co więcej, zamieściła zarówno schematy, jak i opisy słowne. Nie zdradzę wszystkich szczegółów, ale napiszę, że wzór jest doskonale i w dodatku bardzo ładnie przygotowany. Jak już wspomniałam, dziergało mi się bardzo dobrze i miałam wielką ochotę powiększyć chustę względem tej, którą prezentowała Renia, choćby po to, żeby sobie dłużej nad nią popracować. A wzór na takie manewry pozwala, co jest świetną sprawą – można sobie dostosować wielkość chusty do posiadanych zasobów włóczkowych. Mój motek nie dał mi jednak takiej możliwości – miałam 500 m (to był motek o wadze 50 g), toteż musiałam poprzestać na 11 powtórzeniach drugiego etapu, do czego przekonał mnie pomiar uzyskany przy użyciu wagi kuchennej. Po zakończeniu pracy doszłam do wniosku, że dobrze się stało – chusta i tak jest wielka. Na szerokość ma 58 cm, ale na długość – 300. Zużyłam 45 g włóczki (dotąd chodzi mi po głowie myśl, że może te pozostałe 5 g wystarczyłoby na ten dodatkowy fragment, z którego zrezygnowałam). Ledwo mi się jejmość zmieściła w pokoju podczas blokowania. A uparłam się, że będę blokować na ramie, co mi się udało, choć wymagało kombinacji i nieco gimnastyki artystycznej – żeby się nie nadziać na gwoździe i nie podeptać chusty. Nie mam zdjęcia dokumentującego, żeby to pokazać, ale było to tak, że krzyżowałam listwy ramy pod zupełnie nie zaplanowanymi dla niej kątami, także leżały jedna na drugiej oraz na zakładkę (bo nie mam deski o długości 3 m). Poradziłam sobie i jestem z tego niezmiernie zadowolona 🙂 . Chusta w całości nie mieści się w moim kadrze, musiałabym zawisnąć z aparatem pod sufitem, czego robić nie będę.

 

DSC_0729

Staranne blokowanie tej chusty ma bardzo wielki sens. Zwróćcie uwagę, że ona ma ząbki nie tylko na dłuższym brzegu – wzdłuż górnej krawędzi dodatkowo tworzą się piękne fale, co wygląda niezwykle wytwornie. Mi nie udało się zrobić idealnego zdjęcia, ale bardzo dobrze widać to na zdjęciach Reni, która – szczęściara i profesjonalistka – ma biały manekin. Na manekinie można odpowiednio chustę i inne odzienie wyeksponować. Posiadanie manekina jest jednym z moich wielkich pragnień, aktualnie niemożliwym do zrealizowania na niewielkiej przestrzeni, jaką zajmujemy. Ale może w przyszłości… No dobrze, wiem, że to nie tylko kwestia manekina, trzeba umieć zrobić dobre zdjęcia. Niemniej, fale na górnej krawędzi są zachwycające. U mnie prezentują się tak: 

DSC_0660

A dolne ząbki tak:

DSC_0664

To chyba wszystko, co mogę napisać o tej chuście i o wspaniałej przygodzie, jaką było dla mnie (i jest nadal!) testowanie. Na zapleczu, w każdym razie, dzieje się o wiele więcej, a to jest ogromnie emocjonujące wejść na zaplecze 🙂 . Oto moja puszysta różowa chmurka:

DSC_0659

DSC_0673

DSC_0674

DSC_0677

DSC_0681

DSC_0703

DSC_0732

DSC_0735

DSC_0737

DSC_0734

DSC_0712

Dziergonomia stosowana

Opowieść o Mil Pasos z farbowaną końcówką

Teraz jestem pewna: to chusta, na którą koniecznie trzeba wybrać włóczkę o następujących cechach: piękna, ciesząca oko już na etapie motka, dobrze się blokująca i jeszcze raz piękna. Dlaczego tak uważam? Mil Pasos jest zbyt wyjątkowa, by poświęcać czas potrzebny do jej stworzenia włóczkom sztucznym, które nie wiadomo, czy pozwolą wydobyć urok wzoru. A wzór jest niezwykle ciekawy, ale też tak wiele razy powtarzany podczas dziergania, że naprawdę warto wybrać włóczkę, z której każde wykonane oczko będzie przygodą. Gotowa chusta odwdzięczy się takim wyglądem, że nie będzie można od niej oczu oderwać. Jeśli dzisiejszy tekst wyda się Wam przesycony nadmierną egzaltacją – wybaczcie, ja się tym projektem wyjątkowo przejęłam.

DSC_0495.JPG

To jest właśnie ten projekt, na który, jak kiedyś wspomniałam, długo szukałam włóczki doskonałej, wymarzonej. Początkowo miała być w kolorze malin, ale wobec niemożliwości zdecydowania, który kolor tak naprawdę jest malinowy i czy przyszła właścicielka na pewno uzna za malinowy ten sam, co ja, postanowiłam zmienić koncepcję na niebieską. Niebieski to mój ukochany kolor, co niestety jest związane z tym, że mam wobec niego wymagania większe, niż od pozostałych. Odkryłam tę prawdę dopiero niedawno i dotyczy ona nie tylko włóczek, ale też ubrań. Zasadniczo podoba mi się każdy odcień niebieskiego, ale nie każdy jestem skłonna wybrać i używać takiej niebieskiej rzeczy (bo nie chodzi tylko o ubrania, ale też o wszelkie przedmioty, którymi się człowiek w życiu otacza); jeśli mam przed oczami kilka możliwych odcieni – trudno mi wybrać idealny. To jest mniej więcej tak, jakbym patrząc na dziesięć sukienek w różnych odcieniach czerwonego, niebieskiego, zielonego, czy jakiegokolwiek jeszcze koloru, widziała ogólnie jedną czerwoną, zieloną etc., ale dziesięć niebieskich – i bądź tu człowieku mądry, którą niebieską wybrać!

Wracając do wyboru włóczki na Mil Pasos, przyznam, że poszukiwania zajęły mi kilka tygodni, z czego wiele czasu upłynęło na rozmyślaniu i wspominaniu Przyjaciółki, dla której chusta miała powstać, bo też dawno się nie widziałyśmy. Kiedy chcę podarować komuś prezent, staram się dużo myśleć o tej osobie, żeby jak najstaranniej wybrać to, co może sprawić radość i pasować. Jeśli kogoś spotykam często, jest mi łatwiej, mam go „na bieżąco”. Jeśli jest inaczej, przypominam sobie, co tylko mogę: sytuacje, zdarzenia, wspólnie spędzony czas, zabawne i smutne okoliczności. To wszystko buduje mi w głowie i w myślach przyszły zarys podarunku. Czasem jakieś z pozoru błahe wydarzenie lub wspomniany drobiazg mogą wpłynąć na pomysł, który miałam wcześniej albo nagle zaświecić światełko nad zupełnie nowym, sto razy lepszym. Lubię mieć takie rzeczy przemyślane. Nie zawsze jest na to czas, ale jeśli jest, wówczas staram się go dobrze, ale bez pośpiechu wykorzystać. I tym razem potrzebowałam czasu. Moje rozmyślania zaowocowały: w końcu zdecydowałam się na delikatny odcień jasnego niebieskiego. Mmmm, dopiero odcień, nie konkretną włóczkę. Jedno, co do czego byłam pewna, to że chcę wełny ręcznie farbowanej, całkowicie naturalnej, na wszelki wypadek delikatnej i miękkiej. Nie chciałam ponadto, żeby kolory układały się w chuście w paski, ale szukałam niejednolitej. Zdając sobie sprawę, że chusta musi powstać na określony czas, nareszcie postanowiłam, że wybieram Mirellę z Włóczek Warmii. Spędziłam na stronach z Mirellą sporo czasu, ponieważ dostępnych odcieni niebieskiego było kilka i kiedy już podjęłam decyzję – ha ha, to zawsze tak jest – mój kolor zniknął ze sklepu. Na szczęście miałam też upatrzony drugi, który podobał mi się co najmniej tak samo i pasował tak samo dobrze jak pierwszy, a jedyne wątpliwości budziły tzw. piegi, którymi włóczka jest lekko nakrapiana. Nie jestem przekonana do ciapek, czy może raczej nie byłam, bo do Mil Pasos, jak się okazało, pasują one doskonale: współgrają z dziurkami ażuru, a poza tym na płaszczyźnie lewych oczek nie rzucają się w oczy tak, jak w motku. Mój kolor to Lodowa Kraina (już wspominałam, że w kwestii nazw jestem słabiutka – mają dla mnie znaczenie przy wyborze włóczki). Tak wyglądała w motku, a za nieostre zdjęcie przepraszam, było robione telefonem (słowo daję, nie umiem zrobić telefonem ostrego zdjęcia):

20190617_073855

Odnośnie pracy z wzorem Asji mogę (i chcę) napisać tyle, że niczego mu nie brakuje, jest spisany bardzo czytelnie i nie trzeba się domyślać. Ażurowy wzór w tej chuście był dla mnie zupełną nowością, ale jego odtworzenie według opisu nie sprawiło mi żadnej trudności pomimo, że ogólnie wolę schematy. Swoją drogą, ten konkretny wzór jest chyba bardziej zrozumiały w formie opisu słownego, aż trudno mi sobie wyobrazić go na schemacie.  

Zatem dziergało się bardzo przyjemnie, w czym istotną rolę odegrała Mirella – 100% merino, miękka, sprężysta i, co tu dużo pisać, śliczna. Tych wrażeń, których oczekiwałam, żeby każde oczko było atrakcją, Mirella dostarczyła mi w zupełności. Ja dosłownie oglądałam poszczególne oczka, które mi schodziły z drutów i każdego kolejnego byłam ciekawa: w jakim wypadnie odcieniu, jak się będzie miało do oczek poniżej i co będzie dalej? Zasadniczo takich ciekawych kolorystycznie włóczek nie używam do prac ażurowych, ale tej chuście pasują one jak ulał. Poza tym, tyle się naoglądałam gotowych chust Mil Pasos w internecie, że zaraziłam się niejednolitymi i takiej włóczki poszukiwałam.

Jedyne, czego nadal nie wiedziałam i nad czym się biedziłam podczas dziergania głównej części chusty, to jaki kolor wybrać na falbankę. Bardzo chciałam coś niebieskiego, ale kompletnie nie umiałam się na nic zdecydować. Najbliższy ideału wydawał mi się lodowy błękit, ale tak się obawiałam, że nie trafię w odpowiedni odcień (kupowałam przez internet), że w końcu stchórzyłam i uciekłam w złamaną biel. Już nie będę opisywać całego toku myślowego, który mnie do tej decyzji doprowadził. Koniec końców kupiłam dwa motki Gazzal Baby Wool w kolorze mlecznym.

Wszystko wydawało się układać wprost cudownie do momentu, w którym zrozumiałam, że wbrew wszelkim moim oczekiwaniom, a potem już życzeniom cicho szeptanym, nie ma szans, by Mirelli wystarczyło mi na całą chustę. Niewiele myśląc (żeby nie tracić czasu), przed ostatnim planowanym powtórzeniem ażurowego motywu części głównej, wciągnęłam w oczka nitkę pomocniczą (moje żyłki mają w gwintach dziurki, które się do tego doskonale nadają – przeciągam nitkę przez taką dziurkę, a nitka, podczas przerabiania oczek, wplata się w oczka jak należy). Brałam pod uwagę dwie możliwości: jeśli się okaże, że włóczki wystarczy na ostatnie powtórzenie ażuru, co do czego miałam poważne wątpliwości, wówczas przejdę do falbanki, a w razie potrzeby to, co zostanie z Gazzala, przefarbuję na niebiesko i będę miała dość metrów na ostatni, zamykający rząd (który według opisu ma mieć kolor główny). Farbowanie przyszło mi do głowy chyba tylko dlatego, że byłam na świeżo z lekturą magazynu Knitensive, w którym akurat pojawił się artykuł o farbowaniu wełny (szal powstał w lipcu). To była pierwsza opcja. Druga zakładała sprucie tego ostatniego fragmentu w razie, gdyby nawet na niego nie wystarczyło niebieskiej włóczki. Nić pomocnicza miała mi to prucie ułatwić i umilić, bo powszechnie wiadomo, że prucie nie jest miłe, to niechbym przynajmniej nie musiała łapać oczek w popłochu, ale miała je już przytrzymane. Na szczęście obyło się bez prucia, a włóczki po ostatnim powtórzeniu ażuru jeszcze trochę zostało. To dla mnie oznaczało wyzwanie – farbowanie. Nigdy wcześniej nie farbowałam wełny, ale korciło mnie bardzo. Farbki z motylkiem kupiłam w lokalnej pasmanterii natychmiast po podjęciu decyzji o możliwości  farbowania i to w takiej ilości, żeby na pewno się nie rozmyślić. Przyznaję, że kupiłam wszystkie dostępne niebieskie, szary i jeszcze na bliżej nie określoną przyszłość – różowy. 

Przy farbowaniu korzystałam ze wskazówek zawartych we wspomnianym magazynie oraz z doświadczeń Marzeny, opisanych na początku Jej przygody z barwieniem włóczek. Przy mojej włóczce nie liczyłam na zbyt wiele. Choć nie, ja liczyłam na cud 🙂 . Bo Gazzal Baby Wool ma w składzie tylko 40% wełny, reszta to sztuczne składniki, które, jak się spodziewałam, nie będą się chciały bawić w zmianę koloru. Nie wiem, czy cudem, czy zupełnie wytłumaczalnie, ale włóczka dała się namówić i zabarwiła się na niebiesko. Wcześniej asekurancko podzieliłam ją sobie na dwie części – gdyby mi się kompletnie nie udało uzyskać potrzebnego odcienia, mogłabym spróbować jeszcze raz. Ostatecznie, pomimo wielkiej jazdy bez trzymanki i prawdziwego chaosu, jaki wprowadziłam w cały proces, już za pierwszym podejściem wyszło mi na tyle przyzwoicie, że postanowiłam ufarbować wszystko, co zostało z Gazzala. Chaotyczny proces, którego w szczegółach nie pamiętam, bo to było dawno, ale którego nie polecam jako nieprzewidywalny w skutkach (teraz to wiem, ha ha), wyglądał tak, że rozrobiłam barwniki, włóczkę położyłam na miseczce (to były malutkie ilości włóczki), po czym – tak jak Marzena – polewałam ją barwnikami, aż stwierdziłam, że jestem zadowolona z koloru. W tym wszystkim najpiękniejsze było obserwowanie, jak włóczka chłonie barwnik, a najgorsze, jak po włożeniu później do garnka, barwnik z włóczki wypływa 😦 . Winę zwaliłam na częściowo sztuczny skład i… dolałam barwników. To właśnie w garnku zagościł chaos, wcześniej myślałam, że będzie tak porządnie… Włóczkę włożyłam do garnka z ciepłą wodą w celu ostatecznego utrwalenia koloru, kiedy już ten kolor mi pasował. Wtedy właśnie barwniki zaczęły wypływać, z czym oczywiście nie zamierzałam się pogodzić i zamiast dodać kwasku cytrynowego jako utrwalacza, dolałam więcej niebieskiego, a potem jeszcze szarego, bo wyszło zbyt niebiesko, po czym znów niebieskiego, bo wyszło zbyt szaro i już nie pamiętam ile jeszcze razy tak się bawiłam, aż w końcu doszłam do wniosku, że dość tego. Nie pamiętam już, w którym momencie dołożyłam do tego garnka pozostałą, jeszcze nie ufarbowaną włóczkę. Dodam tylko, że tych niebieskich miałam chyba trzy kubeczki, w których też dokonywałam zmian poprzez dodawanie barwnika lub dolewanie innego. Naprawdę, jeśli nie chcecie się wygłupiać, nie róbcie takich rzeczy. No chyba, że tylko mi się to wydaje wygłupami, a w rzeczywistości tak po prostu bywa. W każdym razie na koniec dosypałam do garnka kwasku i dałam włóczce w nim odpocząć. A potem poszłam ją wyprać, żeby zobaczyć, ile z tego koloru stracę tym razem. I wiecie co? Nic nie spłynęło! Odetchnęłam z ulgą, to pamiętam dobrze. Nie mówiąc już, jak się ucieszyłam, że w sumie to się udało i mam błękit na wykończenie chusty. Proszę bardzo, nawet podobny do pierwowzoru:

DSC_0477.JPG
Na środku Mirella, po bokach moje dwa mini-preceki po farbowaniu

Na zamykający rząd z Mirelli zostało mi tyle, ile widać na powyższej fotografii. Wykorzystałam ten kawałek, po czym dołączyłam ten precelek po prawej, a kiedy się okazało, że i on nie wystarczy – kontynuowałam tym po lewej. Żałowałam, że nie zachowałam Mirelli na środek, jako łączenie między nitkami farbowanymi, ale po zamknięciu ostatniego oczka i rozłożeniu chusty, okazało się, że różnica między błękitami jest niewidoczna (chyba, że się ktoś będzie wpatrywał intensywnie). Ja tam jestem bardzo uradowana tym farbowaniem, choć następnym razem, jeśli on będzie, zamierzam do tego celu użyć wełny 100% i trochę bardziej usystematyzować czynności.

Na sam koniec przygód z Mil Pasos, czekała mnie niespodzianka po praniu. Polegała na tym, że z normalnej wielkości wyrobu po namoczeniu wyszedł dłuuugi szal. Wytłumaczenie jest takie, że albo ja za luźno dziergałam (używałam drutów takich, jak w zaleceniach Asji, czyli nr 4), albo ta włóczka jest aż tak sprężysta. Albo jedno i drugie. Rozwieszona (jak na zdjęciach – nanizana na nitkę, żeby było łatwiej)  chusta ma księżycowy kształt, ale blokować ją próbowałam tylko przez chwilę. W żadnym razie nie chciałam nic powiększać, co najwyżej – poszerzyć, stąd pomysł z rozwieszeniem w taki sposób, jak widać. Nawet rozłożenie bez blokowania na podłodze nie było możliwe, bo ja nie mam takiej połaci wolnych podłóg, a przecież trzeba by uwzględnić łuk. Po wysuszeniu chusta ma ponad 260 cm długości wzdłuż górnej krawędzi i 40 na szerokość. Nie myślcie, że niemożliwość blokowania była dla mnie rozczarowaniem, nic podobnego! Uśmiechnęłam się na myśl o tym, że blokowania nie będzie, bo jakby nie było, to padnij-powstań ze szpilkami jest męczące. Dziurki ażuru prezentują się jak trzeba i tylko falbanki nie udało mi się ułożyć tak ładnie, jak bym chciała, a sama też się ułożyć nie chciała. Widać to na zdjęciach. Mam nadzieję, że w noszeniu nie będzie chusty paskudzić.

To już koniec opowieści, dziękuję za cierpliwość. Teraz czas na zdjęcia.

DSC_0491

DSC_0494 (2)

DSC_0494

DSC_0498

DSC_0500

DSC_0502DSC_0506

Refleksja na koniec: chustę Mil Pasos dziergałam w lipcu, ale tak się złożyło, że wpisała się znakomicie w to, co jej Autorka, czyli Asja, napisała ostatnio na swoim blogu. Dzierganie dla Przyjaciół to jest to!

Dziergonomia stosowana

Fylleryd i Alpine Meadows, czyli ciąg dalszy następuje

To jest dosłownie ciąg dalszy, dlatego zawiera odniesienia do poprzedniego wpisu.

Kolejną włóczką, do której dobrałam wzór z założeniem takim samym, jak przy Sunny Roses (czyli wzór dobrany był do dostępnego metrażu), była Haapsalu Shawl w kolorze głębokiej, ciemnej, leśnej zieleni (przepiękny jest ten kolor, u mnie na banderoli ma nr 480). Wybrałam do niej wzór Fylleryd i to z dwóch powodów: poza tym, że pasował mi do posiadanej ilości włóczki, chciałam sobie porobić bąbelki zwane nupkami (nie lubię tego słowa, będę go unikać), ale bez przesady z ilością, a w tym wzorze nie ma ich zbyt dużo. Kiedyś już tę chustę dziergałam i wtedy wydawała mi się taaaka pracochłonna. Ale latka lecą i po wielu przerobionych ażurach tym razem Fylleryd zajęła mi dosłownie kilka dni (nie policzyłam godzin), a to między innymi dlatego, że zmieniłam sposób tworzenia bąbelków – dotarło do mnie, że oczka i narzuty trzeba w nich robić luźno, żeby potem bez trudu i zgrzytania zębami zebrać je na lewo w kolejnym rzędzie. Z tą chustą przyszła mi na nowo ochota na robótki z bąbelkami, także w miarę dostępnego zasobu czasowego zamierzam porobić ich jeszcze trochę (w następnych chustach i szalach rzecz jasna).

004 (2)

I znów, pomimo szczerych chęci zużycia włóczki do końca, zostało mi jej. Ale tym razem, nawet gdybym wiedziała, że tak będzie, nie dobrałabym grubszych drutów. I tak robiłam chustę na drutach nr 2,75, co wydaje mi się największym dopuszczalnym rozmiarem dla Haapsalu, która ma 1400 m w 100 g. To znaczy wiadomo, można i na szóstkach dziergać z cienizny, ale ja nie chciałabym zbyt dużych dziur. Jak już pajęczynka, to niechże ma swoją gęstość. No i ta chusta ją ma (nieładnie tak pisać: „no i”, ale tak mi najbardziej tutaj pasowało). Z efektu jestem naprawdę zadowolona. Z resztą, czy można nie być zadowolonym z chusty, która dzięki świetnej włóczce zablokowała się cudownie i po odpięciu szpilek nadany kształt pozostał taki, jak powinien? Gotowa chusta mierzy 182 cm wzdłuż górnej krawędzi i 77 cm na wysokość. Waży 47 g, można powiedzieć, że jest lekka jak piórko (choć to zależy, od jakiego stworzenia to piórko).

009008 (3)006 (3)006

003 (2)

008 (2)

 

I na koniec, z nożem – w postaci upływającego czasu – na gardle, powstał szal (a może to chusta?) Alpine Meadows Oksany Kushchovenko, czyli po naszemu Alpejskie Łąki. To w mojej dziewiarskiej działalności trzeci zdaje się szal według tego wzoru i jak słowo daję, chociaż wybitnie mi się podoba, chwilowo mam go dość. Zmęczyłam się nim (ciekawe, kiedy znów wezmę go na warsztat zapominając o tym wyznaniu). Niemniej, nadal uważam, że jest to jeden z najpiękniejszych szali, jaki znam. Tym razem była to robótka celowa: szal zrobiłam w prezencie urodzinowym dla mojej Chrzestnej Mamy, która jest bardzo ważną osobą w moim życiu i dla której chciałam wydziergać coś wyjątkowego. Wiedziałam, że ten wzór Jej się podoba. Kolor włóczki wybrała sama, nie wiedząc do końca na co (poza tym, że miało być na szyję – to była istotna wskazówka przy doborze koloru), z zaproponowanych przeze mnie możliwości. Nie ukrywam, że przedstawiłam Chrzestnej włóczki, z których bardzo chciałam sobie podziergać, a których dotąd nie miałam w rękach. Ku mojej wielkiej radości, wybór padł na Malabrigo Lace w kolorze Garnet (nr 42, farbowanie 11737). Kiedy przyszły ze Sklep-IKu zamówione motki, byłam nimi tak uradowana, że aż sobie je sfotografowałam. I dzięki temu mogę teraz zaprezentować, jak wygląda ta włóczka w motkach. Proszę bardzo, jeszcze w pudełku (pod spodem bladoróżowa Haapsalu, której zamówieniu „przy okazji” oprzeć się nie mogłam):

001

Szal robiłam na drutach nr 2,75 (zależało mi, żeby część dżersejowa była w miarę zwarta) i 3,25 (to na border). Malabrigo to czysta wełna merino, przy której praca nad ażurowymi wzorami ma sens – po blokowaniu chusta zachowała kształt i pięknie się rozciągnęła, także górna krawędź ma ok. 215 cm. Dolnej nie mierzyłam. Na szerokość w najszerszym miejscu jest nieco ponad 42 cm. Szkoda, że nie więcej, ale to dlatego, że kiedy blokowałam szal, nie mogłam wygospodarować więcej miejsca na podłodze. Tak czy inaczej, gotowe łąki alpejskie są szalem, więc nie wiadomo jak szerokie być nie muszą. Chrzestnej Matce szal bardzo się spodobał i to jest dla mnie w tym wszystkim najważniejsze.

DSC_0102

Jest jeszcze jedna historyjka związana z tym szalem, czy może raczej jest to pomysł, jaki nań miałam, kiedy dumałam nad tym, czy dwa motki Malabrigo, czyli około 860 metrów, to dość na Alpejskie Łąki. Wymyśliłam mianowicie wyjście z tego problemu, a inspiracją był w pewnym zakresie szal Sunny Roses. Szal Alpine Meadows oryginalnie powstaje z góry na dół, czyli najpierw dziergana jest część gładka, dżersejowa. Poszerzanie górnej krawędzi odbywa się poprzez dodawanie oczek na brzegach (trzy oczka na dwa rzędy bodajże), po czym następuje część ażurowa, również z poszerzaniem i na koniec pikotkowe zakończenie. A gdyby tak zacząć jeden rząd przed ażurem na prowizorycznym łańcuszku, zrobić ażur do końca (bo przecież nie od końca, jak w Sunny Roses), po czym zebrać oczka z łańcuszka i rzędami skróconymi pociągnąć szal w górę? Mogłabym wówczas dostosować wielkość części gładkiej szala do posiadanych zasobów włóczkowych. Byłam prawie zdecydowana na takie rozwiązanie, jednak poczytałam sobie Ravelry, a konkretnie wyszukałam parametry gotowych szali, jakie powstały z wzoru na Alpejskie Łąki i wyszło mi, że włóczki wystarczy. Tak też się stało – nie tylko starczyło, ale i nie wykorzystałam wszystkich posiadanych metrów, zużyłam 83 g. W każdym razie jest to jakiś sposób na konstruowanie szali w księżycowym kształcie.

Bez nazwy 2

DSC_0115

DSC_0114

DSC_0113

DSC_0111

DSC_0101

DSC_0100

DSC_0107

DSC_0109
Jak pod słońce 🙂
Dziergonomia stosowana

Tęczowy otulacz i szal Sunny Roses (przy czym ciąg dalszy nastąpi)

Otulacz i szal, które chcę dzisiaj zaprezentować, powstały w sierpniu i wrześniu (roku 2018). Dawno… ale mam jakieś tam notatki ich dotyczące. Wróć. Tęczowy szalik powstawał bodajże od lipca, ale w bardzo ślamazarnym tempie, bo zaaawsze się okazywało, że jest coś innego, co można by porobić, a włóczki nie ubywało… to ja może od tego szalika zacznę.

DSC_0699

Był sobie wściekle tęczowy i strasznie cieniutki akryl. Chociaż nie całkiem był cieniutki, miejscami był grubszy, bo to taka nitka o zmiennej grubości, ale według załączonej doń informacji miał jakieś 1200 m w 100 g, co dla mnie znaczy, że był cienki. Część przerobiłam na chusty, dodając pojedynczą jego nitkę do mohairowej szarej. Te chusty już pokazywałam, o tutaj. Chusty nie pochłonęły zbyt wielu metrów i jeszcze sporo tej tęczy mi zostało, powiem jednak szczerze, że nie sądziłam, że będzie tego aż tyle, ile się być okazało. W każdym razie, postanowiłam tęczę przerobić na szalik, tym razem bez żadnych dodatkowych włóczek, natomiast tęczą potrojoną. Inna sprawa, że byłam ciekawa wyglądu takiej potrójnie wziętej nitki, która już pojedynczo jest dość szalona. Zrobiłam próbkę i zadowolona z efektu przystąpiłam do pracy. Och jakże mi się ta praca dłużyła! Na początku szło mi opornie z uwagi na to potrojenie nitki – ja nawet przy pojedynczej dość często trafiam drutem między włókna, a co dopiero przy potrójnej! Jak wiadomo, do prawie wszystkiego można się przyzwyczaić i choć do samego końca nie pozbyłam się wspomnianego problemu, to jednak po niedługim czasie doszłam do jakiej takiej wprawy. A i zmienna grubość włóczki też mi zadania nie ułatwiała. Natomiast materia, która schodziła z moich drutów nr 3 ściegiem głównie francuskim (z małym dodatkiem dżersejowego), była tak milutka, że hej. To taki rodzaj akrylu – śliski, chwilami zjeżdżający z drutów, ale bardzo milutki i lejący w „konsystencji”, że się tak wyrażę.

DSC_0703DSC_0705

Tak to sobie dziergałam, jednak ze słabnącym zapałem, gdyż włóczka wydawała się nie mieć końca, a ja się uparłam, że wyrobię ją całą. Na dodatek plątała mi się, a rozplątywanie zajmowało sporo czasu. Plątanie było moją winą, ponieważ ciągnęłam nitkę od środka motka, a wiadomo, jak to się czasem układa – zamiast nitki wychodzi pęczek, albo wręcz pęk, który trzeba rozsupłać. I ja, jak ten Kopciuszek, rozsupływałam. Odkładałam robótkę na święty nigdy przy każdej możliwej sposobności, czyli kiedy tylko wpadło mi coś innego do wydziergania (w większości sama sobie wymyślałam, co by tu sobie innego porobić, byle odłożyć ten szalik), ale w końcu włóczka się skończyła (hurraaa!!!). Natenczas zdążyłam już zmienić koncepcję (po drodze szalik miał być miedzy innymi bluzką) i ostatecznie sprułam początek, po czym połączyłam go graftingiem z końcem i tym sposobem powstał otulacz, przeeedługi otulacz, którym można się omotać na kilka razy – u mnie do pięciu razy). Złożony na pół ma 158 cm długości (na szerokość ma 25 cm), to sobie łatwo policzyć ile by miał jako zwykły szalik. Gdybym wiedziała, że wyjdzie taki długi, zrobiłabym szerszy, a krótszy. Obrobiłam mu brzegi na szydełku zwykłymi półsłupkami, żeby się nie rozciągał na długość, jak to się często dzieje w przypadku ściegu francuskiego. Nie miałam już tęczy, toteż wybrałam pasujące kolorystycznie szmaragdowe merino. Przy tej swojej długości, otulacz waży wcale niedużo – 186 g. I to by było na tyle o tęczowym szaleństwie, dla którego teraz szukam właściciela.

DSC_0716

DSC_0700

DSC_0715DSC_0721DSC_0718DSC_0723

 

Następny w kolejce był szal Sunny Roses, którego autorką jest Larisa Valeeva. Ten wzór przerabiałam już co najmniej raz (wydaje mi się, że więcej, ale głowy za to nie daję, nie pamiętam; pisząc, że przerabiałam, mam na myśli, że robiłam z niego szal, a nie, że coś w nim zmieniałam) i bardzo bardzo mi się on podoba. Ma księżycowy kształt, który uważam za bardzo praktyczny i łatwy do zawinięcia na szyi, ale przede wszystkim ma śliczne ażurowe róże (z nazwy szala wnoszę, że to róże). Pięknie to autorka wzoru zaprojektowała. Szal jest o tyle ciekawy, że jego dzierganie zaczyna się od dolnej krawędzi, która powstaje na szydełkowym łańcuszku, a liczba oczek stopniowo jest redukowana. Część bez wzoru jest tworzona przy pomocy rzędów skróconych. Wszystko to jest bardzo miłe i przyjemne, może poza kilkoma rzędami początkowymi, kiedy robótki jest dużo na szerokość, a mało na wysokość, co powoduje, że to, co jest kręci się na drucie i trzeba odwijać i odwijać, i jeszcze raz odwijać. Ale przynajmniej nic się nie plącze, poza tym można sobie zawsze powiedzieć, że najdłuższe rzędy ma się już za sobą.

DSC_0616

Szal powstał z włóczki Gazzal Dennis w kolorze nr 911 (ciemny morski) na drutach nr 4. Miałam tej włóczki jeden motek i zamierzałam tak przeprowadzić robótkę, żeby mi te 500 metrów wystarczyło (włóczka ta ma 500 m w motkach po 50 g). Tak naprawdę dobrałam wzór do włóczki. Bo ten wzór można sobie dostosować: skoro zaczyna się od części ażurowej, to przecież po jej ukończeniu mogłam sobie dalej zrobić, co mi się będzie podobało, na przykład zrobić mniej rzędów skróconych albo ostatecznie zrezygnować z ażuru, który autorka wzoru zaplanowała przy górnej krawędzi. Jak się okazało – nie było takiej konieczności, ponieważ włóczki nie tylko nie brakło, ale jeszcze trochę zostało (powstały z niej dwa spore prostokąty w krzywym kocyku). Gdyby zatem ktoś zapałał pragnieniem samodzielnego stworzenia szala Sunny Roses (na dobrą sprawę, ja nie wiem, czy w takim kształcie to jest szal, czy raczej chusta), to 500 m cienkiej włóczki przerabianej na czwórkach wystarczy. A może i na 4,5 by starczyło. Moje słoneczne róże mają 158 cm wzdłuż krótszej krawędzi, 204 cm wzdłuż dolnej, 37 cm na szerokość i ważą 43 g (a zatem poszło na nie ok. 430 m).

DSC_0715
Nie ma się co oszukiwać: Gazzal Dennis jest bardzo milutką (merino w składzie) i ładną włóczką (na fotografii nie widać cudnych iskrzących niteczek, które widać przy sztucznym świetle), ale nie blokuje się najlepiej na świecie

DSC_0716

DSC_0718
Kiedy wisi, prezentuje się bardzo dobrze…
DSC_0719
… jednak na leżąco górna krawędź nie za bardzo pamięta, że była blokowana

DSC_0717

DSC_0614
Tak to wyglądało na podłodze po odpięciu szpilek (dziwne tło zrobiłam w programie graficznym, po wymazaniu karimat i prześcieradła)

Ciąg dalszy nastąpi, ponieważ kolejna chusta i szal zajmą trochę miejsca, a na dzisiaj wystarczy.