Dziergonomia stosowana

Aaa, kocyki dwa… duży i mały

Po ukończeniu pracy nad dużym kocem i jednym rzucie oka na całość, przypomniała mi się piosenka z dzieciństwa, której pierwsza zwrotka zaczynała się od słów: „Był sobie kocur bury”. Bo to taki duży koc wyszedł, czyli kocur 🙂 . I na dodatek jest bury, gdyż takich włóczek miałam najwięcej.

002

Dzierganie koca zaczęłam jeszcze w maju lub czerwcu, już nie pamiętam. I nie pamiętam, czy to przez przypadkiem znaleziony w internecie wzór o nazwie „OpArt”, który bardzo mi przypadł do gustu, czy z potrzeby opróżnienia choć jednego pudła z włóczkami, na które nie miałam pomysłu, a chciałam zwolnić trochę powierzchni życiowej w domu. Dość, że jedno i drugie powiodło się – koc zrobiłam i pozbyłam się jednego pudła. Gwoli ścisłości, użyte włóczki nie zajmowały całego pudła – pozostałe upchnęłam gdzie indziej, żeby koniecznie pozbyć się tego jednego. Co za wspaniałe uczucie – pozbyć się czegoś, co zagraca (zagraca oczywiście pudło, nie włóczki).

Koc kończyłam na początku października, ale to nie dlatego, że zabrał mi całe letnie miesiące, o nie! Letnie miesiące po prostu nie nadawały się do dziergania koca z uwagi na upał nie do zniesienia (przemilczmy mohairowy szal, który pojawił się w jednym z wcześniejszych wpisów), toteż zawiesiłam pracę nad kocem, czekając na lepszy czas.

Dziergało mi się całkiem przyjemnie, choć przy ostatnich okrążeniach nie mogłam się doczekać końca, a i tak nie dotrwałam do takiej liczby okrążeń, jaką zakłada wzór dla rozmiaru dorosłego, a mianowicie dającej 888 oczek w jednym okrążeniu. U mnie jest ich nieco ponad 800, ale jest to naprawdę małe nieco. Tak więc dzierganie było łatwe i przyjemne, szczególnie, że koc jest cały wykonany ściegiem francuskim, czyli na zmianę okrążenia prawe i lewe; podejrzewam, że byłaby to doskonała robótka filmowo-meczowa lub lekturowa dla osób, które lubią podczas dziergania porobić coś jeszcze – ja nie bardzo, dostaję oczopląsu.

Pozytywnie zaskoczył mnie wynik wykorzystania różnokolorowych włóczek, nie sądziłam bowiem, że takie pomieszanie może dać zamierzony przez autorkę wzoru efekt iluzji optycznej – wydawało mi się, że będzie to możliwe tylko przy użyciu dwóch kontrastujących ze sobą kolorów naprzemiennie, tak jak u Melissy. W dodatku zgodnie z wzorem pasy kolorów powinny być coraz szersze, a u mnie podyktowane są najczęściej ilością włóczki w danym kolorze. A tu proszę, mam wrażenie, że linie na kocu są powykręcane. Osiągnąć ten efekt można w bardzo prosty sposób: zwykle kwadrat w okrążeniach tworzy się dodając w co drugim okrążeniu po dwa oczka w każdym rogu kwadratu, a dokładniej – jedno oczko przed rogiem i jedno za rogiem, czyli w sumie 8 oczek w co drugim okrążeniu; tutaj oczka dodawane są w każdym okrążeniu, tyle że w sumie 4 i tylko za rogiem. Gdybym miała możliwość zablokowania koca w celu nadania mu bardziej wyraźnego kształtu, uzyskany wiatraczek wyglądałby jeszcze ciekawiej, ale taką powierzchnią (wolną) nie dysponuję. Koc nie jest wprawdzie przeogromny, bez rozciągania jeden bok ma ok. 130-135 cm, a po przekątnej 200, ale ścieg francuski ma to do siebie, że można go mocno rozciągnąć, zwłaszcza, jeśli się przerabiało oczka w miarę luźno, a ja tak właśnie robiłam. I takiej powierzchni wolnej nie mam. Przy użyciu drutów nr 4,5 oraz włóczek różnej grubości i o różnym składzie, oczka wychodziły raz bardziej raz mniej ściśle, ale w większości – mniej ściśle. Niektóre włóczki były tak grube, że te druty były dobrane akurat, inne włóczki zostawiały trochę luzu, jeszcze inne przerabiałam w dwie lub więcej nitek (do ośmiu, o ile dobrze pamiętam, przy bardzo cienkich nitkach). Oczka zamykałam na drutach nr 6.

Tak to właśnie było z tym burym w kolorystyce kocem, który jest intensywnie użytkowany (również jako narzuta na kanapę lub peleryna, gdy Mąż wietrzy pokój), świetnie można się nim otulić, a rozciągliwość działa bardzo na jego korzyść – przy mojej długości ciała wystarcza od stóp do głów (dosłownie, ponieważ już przykrywałam się razem z głową). I to by było na tyle odnośnie dużego koca.

Mały kocyk z dużym ma wiele wspólnego – poza tym, że jest bury, on też powstał z zalegających włóczek, samych końcówek właściwie, z tym że według własnego mego pomysłu pod roboczą nazwą: łącz kolory we wszystkie strony bez przekładania drutów i zszywania. Zamiar miałam taki, by kolejne elementy dorabiać w różnych kierunkach, czyli na przykład dobierać oczka na boku właśnie zakończonego fragmentu, zaczynając od miejsca, w którym ten fragment skończyłam. I udało się, choć miałam chwile zwątpienia, czy jest sens, bo mi to trochę chwilami na siłę wychodziło. Zaczęłam od dużego niebieskiego prostokąta, po czym leciałam dalej, ale w jakiej kolejności to już nie tylko nie pamiętam, ale nawet nie jestem w stanie odtworzyć na podstawie gotowego kocyka. Ramkę robiłam już w okrążeniach, ale też zaczynając od miejsca, w którym skończyłam wcześniejszy element.

DSC_0478

Jeśli ktokolwiek chciałby poczynić uwagę na temat doboru włóczek i tego, jaki mają wpływ na potrzebną ilość oczek oraz ostateczny kształt wyrobu, to ja od razu informuję, że wiem, widzę, że kocyk jest niemożliwie krzywy, ale nie, zupełnie mi to nie przeszkadza, choć nie było tego w planie. A nawet mi się podoba, bo dzięki krzywiznom nie jest… prosty. No dobrze, nie wiem, jak to wyrazić. Po prostu nie jest taki bardzo od-do. Chociaż mógłby jako całość bardziej przypominać prostokąt.

Kocyk powstał na drutach nr 2,75 (oraz 3 na ostatnie okrążenia i 4 do zamykania oczek) z włóczek o grubościach od 400 do 1000 m na 100 g (Gazzal Dennis, Alize Lanagold 800, Drops Fabel i jeszcze takie bez nazwy). Ma 77 na 83 cm, czyli jest to malutki kocyk i cienki dość, ale za to lekki. Kolory ogólnie bure, choć jest tam i różowy i niebieski i piękna zieleń, nie mówiąc już o intensywnie żółtym.

I tak od koca (kocura) burego do kocyka małego wyszły mi… aaa… kocyki dwa.

To wszystko na dzisiaj. Uprzejmie dziękuję za uwagę i oddalam się w kierunku obowiązków domowych (mówiąc wprost – idę szykować zaczyn na chleb).