Dziergonomia stosowana

Och, te chusty!

Gdyby chodziło o szale, napisałabym, że w ostatnich tygodniach poszalałam. Ale to chodzi o chusty, więc jak? Zachustowałam? Hmmm… Mniejsza o określenie, większa o serię chuścianą, gdyż mnie znowu napadła. Chusty powstawały dość szybko, gdyż skomplikowane nie były. Przedstawię je pokrótce w kolejności produkowania.

Najpierw była Angora Active YarnArt (25 % mohair, 75 % akryl), piękna gradientowa, niebieska z domieszką prawie białego (gdzieś posiałam banderolę z numerem koloru, ale na moje oko oraz według tego, co widzę w pasmanteriach, jest to nr 842). Motek leżał sobie i czekał na pomysł. Jak już kupuję niebieską włóczkę, to najczęściej znaczy, że chcę z niej coś wytworzyć dla samej siebie, gdyż odnoszę wrażenie, że nie jest to najczęściej wybierany przez innych kolor, czego dowodem niewielka, żeby nie powiedzieć znikoma liczba zamówień, jakie do mnie spływają, na cokolwiek o tej barwie (czego ja, wielbiciel niebieskości, oczywiście nie pojmuję). Tak też dla siebie kupiłam ten puchaty motek, a że z jednego mohairowego motka najlepiej zrobić chustę lub szal, taki właśnie miałam plan. Łatwo wymyślić, trudniej zdecydować się na wzór. Z braku dostępu do drukarki, z niechęci do dziergania z ekranu, z chęci skorzystania z gotowego schematu, kilkakrotnie przewertowałam mój segregator z wzorami oraz inne papierowe źródła, będące w moim posiadaniu. Najbardziej chciałam Nymphalideę Melindy VerMeer, ale nie miałam w zasobach żadnego motka pasującego jako kontrastowy. Czas jakiś gryzłam się z myślami, aż w końcu pomyślałam sobie, że a co ja się tym tak przejmuję? No bo co w końcu, kurczę blade! Czy to jest gdzie napisane, że jednym kolorem Nimfa powstać nie może? Nie ma, więc może. I powstała. Gradientowa włóczka nadała się do tego doskonale, paski, choć nie w określonych miejscach, są, a ja z chusty jestem bardzo uradowana, bo bardzo chciałam ją zrobić i na dodatek mieć dla siebie. Nimfa powstała jeszcze w kwietniu na drutach nr 5, o ile dobrze pamiętam. Nie jest idealnie zablokowana, ale zdaje mi się, że z tej włóczki, z której powstała, trudno wyciągnąć coś więcej, na co z resztą byłam przygotowana.

IMG_9012

IMG_9014

IMG_9013

IMG_9016a

Kolejne chusty powstały jako wariacja na temat szaleńczo tęczowego motka, a nawet dwóch, choć ten drugi leży jeszcze nietknięty. Szaleństwo wynika ze zmiany kolorów dosłownie co parę centymetrów. Nitka byłaby może odpowiednia do samodzielnego wykorzystania, ale jeszcze nie przyszedł mi do głowy żaden projekt, do którego by się nadawała bez dodatków, ponieważ jest akrylowa i bardzo cienka. Ta cienkość nie jest jednakowa na całej długości – zmienia się prawie tak często jak przebiegające po niej kolory, cały czas pozostając cienizną (według danych ze sklepu ma ok. 1200 m w 100 g). Robiłam z niej różne próbki kombinując z grubością drutów, przerabianiem nitki podwójnie lub potrójnie, ale najbardziej satysfakcjonujące wydało mi się połączenie jej z tą tutaj obecną grafitową, o zupełnie innych parametrach. Grafitowa składa się z mohairu (20 %), wełny (60 %) i akrylu (20 %) i ma 710 m w 100 g. Na jej tle cieniutka tęczowa niteczka pięknie się prezentuje i nie razi w oczy.

Z tej mieszanki zrobiłam dwie chusty. Co do pierwszej, zakończonej jeszcze w kwietniu, nie miałam większych wątpliwości projektowych. Wymyśliłam ją sobie sama, nadając jej uwielbiony przeze mnie kształt półksiężyca. Kształt powstał przez dodawanie przy brzegach po dwa narzuty w rzędach nieparzystych i po jednym w rzędach parzystych. Ze względu na charakterystyczny kolor, co chwilę się zmieniający, zrezygnowałam z wytwornych ażurów na rzecz prostych ściegów. Gotowa chusta waży 84 g, wzdłuż górnej krawędzi mierzy 213 cm, wzdłuż dolnej – 350 cm, za to jest dość wąska – w najszerszym miejscu ma 40 cm, toteż bardziej nadaje się na szalik niż zwisanie na plecach, ale nawet w takim układzie jest się czym owinąć. W półksiężycach bardzo cenię to, że po zarzuceniu na szyję lub ramiona bez szczególnej uwagi, trzymają się i nie zjeżdżają, co zawdzięczają właśnie swemu kształtowi. Moja „Tęcza na nocnym niebie” (tak mi się skojarzyła, kiedy ją blokowałam, choć dobrze wiem, że na nocnym niebie tęcza nie bywa) powstała na drutach nr 4.

IMG_9022

IMG_8849

IMG_9025

IMG_9020

IMG_9046

 

Zdjęcia nie są najlepsze, wiem o tym, ale popsuł mi się podgląd w aparacie i nie mam możliwości ustawienia niczego poza wyłączeniem lampy błyskowej i włączeniem trybu makro, zatem wszystko fotografuję na programie ‚auto’. Prawdopodobnie czeka mnie zakup nowego sprzętu, bo nie wiem, jak długo zniosę stan obecny.

Tym ponurym akcentem nie zakończę, ale przejdę do drugiej chusty, wydzierganej z tego samego połączenia włóczek, co chusta powyższa.

Tym razem męczyłam się intelektualnie, nie mogąc wymyślić niczego, co chciałabym w tej chuście zmieścić. Dosłownie nic mi nie pasowało: żaden wzór, żaden kształt. I właśnie wtedy, kiedy już miałam serdecznie dość samego nawet patrzenia na przeznaczone na chustę włóczki, Intensywnie Kreatywna Agnieszka zaprezentowała na swojej stronie prostą instrukcję wykonania chusty, zaczynanej od rożka, bardzo atrakcyjnej w formie i dającej sporo pola do popisu projektowego. Ucieszyłam się jak mrówka, jak to mówi moja kochana Mama, po czym zabrałam ochoczo do pracy, która poszła sprawnie. Bardzo mi się to dzierganie trójkąta podobało, zważywszy, że taki kształt tym sposobem tworzyłam po raz pierwszy. Pomieszałam w chuście różne ściegi, ale z założeniem, że nie robię nic skomplikowanego, co by się przez barwne refleksy włóczki i tak nie przebiło. Jest zatem ścieg gładki prawy, francuski, najzwyklejszy ryż, a ponadto trochę narzutów w różnych konfiguracjach, bo bez tego byłoby mi smętnie. Zdawało mi się, że chusta wyjdzie malutka, taka tylko na raz na szyję, jako że większość zasobów poszła na poprzednią – księżycową, ale myliłam się. Może to kwestia kształtu, że chusta w blokowaniu dała się bez trudu wyciągnąć do przyzwoitej wielkości, w której każdy bok trójkąta ma inną długość (nie wiem, czy to prawidłowy wynik przy tym sposobie dziergania, ale tak mi wyszło): 128 cm, 143 cm i 195 cm. Jeśli przyjąć najdłuższy bok za podstawę tego trójkąta, wówczas jego wysokość wynosi 58 cm, co moim zdaniem jest całkiem w porządku. Mierzyłam chustę na sobie i w zupełności jej wystarcza do normalnego zawieszenia na ramionach lub owinięcia szyi. Waży przy tym ledwo 61 g. Powstała, tak jak poprzednia, na drutach nr 4.

Agnieszce ogromnie dziękuję za inspirację i opis, bez którego nie wymyśliłabym chyba nic i schowała włóczki na dno pudła.

Dodam jeszcze, że w tej chuście niezwykłą radość sprawiły mi nieograniczone możliwości stosowania wzorów i układów oczek, które ja wprawdzie wykorzystałam w dość ograniczonym zakresie, ale ile pomysłów przy okazji przychodzi do głowy! Bardzo polecam tę technikę Waszej kreatywności. Pod odnośnikiem, który umieściłam wyżej, znajdziecie wszystkie wskazówki potrzebne do jej zastosowania.

IMG_8978

IMG_9003.JPGIMG_8986

IMG_9048.JPG

Chuścianą litanię zamyka projekt o nazwie Longsuffering autorstwa Anny Yamamoto. Wybrałam ten wzór dlatego, że chciałam wykorzystać Kid Mohair Fonseca YarnArt (55 % kid mohair, 45 % micro poliamid, numeru koloru na banderoli brak, ale to 05) w bardzo wciągającym i żywym zielonym kolorze z połyskującą nitką (też zieloną jak na moje oko). Przyznaję, że ta włóczka zarówno w motku, jak i w robótce, jest po prostu śliczna. Zielona nie jest może szczytem elegancji, ale ten połysk dodaje jej…  blasku 🙂 . Miałam jej dwa małe motki po 25 g, w sumie 460 m. Cóż można stworzyć z takiej ilości (i dlaczego nie kupiłam jej więcej)? Niewielką chustę, ażurową oczywiście. To właściwie nie wzór, ale chustę jako taką wybrałam, by wykorzystać tę zieleń. Wzór natomiast wybrałam dlatego, że znajdował się wydrukowany w segregatorze, podoba mi się oraz zakłada niewielkie nakłady materiałowe. Autorka użyła wprawdzie merino z jedwabiem, ale mi pasowały ten same rozmiary drutów, więc pomyślałam, że mojej włóczki na tę chustę wystarczy. Jeśli już mowa o drutach, to trochę ich tam potrzeba: do nabierania oczek nr 4, do części gwiazdkowej nr 5,5 (nie posiadam, wzięłam nr 5, ale oczka przerabiałam niezbyt ściśle), do części ażurowej nr 4,5 oraz nr 5, do zamykania znów nr 5,5 (tym razem użyłam drutów nr 6).

Z ogólnych refleksji nad wzorem. Nazwa: „longsuffering” kojarzy mi się w pierwszej kolejności z długim cierpieniem, ale motto, które autorka umieściła w opisie wyprowadza z błędu – chodzi o cierpliwość, a owym mottem są słowa z Pisma Świętego: „Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest […]” (1 Kor 13, 4). Nie znalazłam jednak u Anny Yamamoto wyjaśnienia dla powiązania tych słów z chustą. Nie chciałabym tutaj profanować słów z Biblii, ale anielskiej cierpliwości stanowczo wymagała ode mnie część gwiazdkowa chusty. Nie to, żeby było w tym fragmencie coś nadzwyczajnego – ja po prostu zapomniałam, że gwiazdki to nie jest to, co ja lubię najbardziej, a nawet jest odwrotnie. Dobrze, że były tam rzędy skrócone, które mi uprzyjemniły pracę. W gotowej chuście ta część wyszła mi bardzo mała w porównaniu z tym, co pokazuje na swoich zdjęciach autorka i sądzę, że przyczyny są dwie: zmniejszyłam o 18 liczbę początkowych oczek, a co za tym idzie cała ta część wyszła mniejsza; po drugie – mogłam jednak wziąć większe druty i jeszcze luźniej te gwiazdki przerabiać. Pewne jest, że gdybym nabrała tyle oczek, ile przewiduje opis, nie starczyłoby mi włóczki, dlatego nie narzekam, przyjmuję do wiadomości, że moja chusta nie musi być identyczna z pierwowzorem, i tak jest ładna.

IMG_9030IMG_9031IMG_9035IMG_9036

IMG_9040

Strasznie mnie korci, żeby jeszcze coś napisać na inny temat, ale powstrzymam się do następnego razu, bo kto dotrwał aż dotąd, temu już i tak należą się podziękowania i podziw za cierpliwość. Anielską cierpliwość 🙂 Także dziękuję i zakończę piosenką mojej ukochanej Evy Cassidy, do której jeszcze wrócę. Piosenka jest krótka.