Dziergonomia stosowana

Szal orenburski Russian Empire po raz trzeci

Nie ma sensu zarzekać się, że ten trzeci jest ostatni, jednakże potwierdzam słowa już raz tutaj wypowiedziane: potrzebuję od tego wzoru i tego miliona maleńkich oczek odpocząć. Odwołać z kolei muszę prezentację ramy przy okazji orenburskiego, ponieważ pogoda podczas blokowania była wyjątkowo niesprzyjająca i chociaż zrobiłam sporo zdjęć, są bardzo słabe. O ramie będzie następnym razem, ponieważ blokowałam na niej kolejną pracę i tak się złożyło, że słońca i jasności tamtego dnia było w bród. Słabość zdjęć z blokowania szala możecie zobaczyć na poniższym przykładzie, gdzie możecie przy okazji podglądnąć ramę.

DSC_0449

Dzisiaj zatem będzie zwięzły tekst o moim trzecim z kolei szalu według wzoru Russian Empire autorstwa Russian Lily. Nie będę się specjalnie rozpisywać, ponieważ ani technicznie, ani na temat wrażeń z produkcji nie mam wiele do dodania poza tym, co już pisałam przy poprzednich szalach (dla chętnych wpisy są tutaj i tutaj).

Trzeci powstał z tej samej włóczki, co poprzednie, czyli z Haapsalu Shawl od Midary w kolorze o numerze 030 (61) na drutach nr 2. Byłam bardzo ciekawa, ile zużyję nitki tym razem i ku mojemu zdziwieniu – ponieważ mam wrażenie, że za każdym razem wychodzi mi inaczej – ponownie zeszło mi 110 g wełenki, czyli mniej więcej 1540 m. Wprawy w dzierganiu tego szala zdążyłam już nabrać, oczka w poszczególnych rzędach miałam z góry policzone, a ich liczbę zanotowaną i nie musiałam szczególnie wnikliwie wpatrywać się w schemat podczas pracy. Pomimo to, z różnych przyczyn szal powstawał naprawdę długo. Nie pamiętam już, kiedy dokładnie zaczynałam, ale było to w okolicach marca, a skończyłam dopiero w grudniu. Bo to widzicie jest tak, że jeśli czasu na robótki jest mało, to takiego szala przybywa powoli – to rzecz wiadoma. Ale do tego dochodzą inne czynniki spowalniające: a to koniecznie trzeba z jakąś inną robótką zdążyć w międzyczasie (trzeba, bo goni termin urodzin lub np. chrztu u przyjaciół), a to nie ma warunków do dziergania precyzyjnego (w samochodzie, dajmy na to, z cieniutkimi włóczkami praca jest uciążliwa i po prostu nawet nie warto się za nią brać) i sięga się po coś innego, żeby zająć ręce. A wiadomo, że jak się już sięgnie, to dobrze jest kontynuować i jeśli jest to robótka szybsza niż szal orenburski, to ciągnie do niej, och ciągnie. Ze wszystkich trzech Russian Empire’ów najlepiej szło mi dzierganie tego drugiego, a to dlatego, że miałam już pewne doświadczenie, a ponadto – dużo wolnego czasu i szala dosłownie przybywało w oczach. Z doskoku, jak tym razem, tempo spada. Zawzięłam się na koniec, gdy miałam gotowe mniej więcej dwie trzecie i zastanawiam się, czy większą mobilizacją była potrzeba wywiązania się z zamówienia, czy może sama świadomość, że już bliżej niż dalej. I przyznam, że kiedy już nie pozwalałam myślom biegać wokół innych robótek, bo też nie miałam nic rozpoczętego, kiedy skoncentrowałam się na tej jednej, wówczas wróciła mi cała radość z dziergania tej delikatnej płachty i miałam wrażenie, że nawet tempo mojej pracy wzrosło.

Jak już wiecie, szal blokowałam na ramie. Wykorzystałam jej cały rozmiarowy potencjał i otrzymałam szal o wymiarach 80 x 200 cm. Rama daje wspaniałe możliwości w zakresie blokowania, ale ma też swoje ograniczenia, o których napiszę przy jej prezentacji. Tutaj zaznaczę tylko, że szal spokojnie można było jeszcze trochę rozciągnąć. Gdybym miała duże pomieszczenie z pustą podłogą i wielką matę, z pewnością wyciągnęłabym jeszcze kilka centymetrów. W tym wypadku nie jest mi żal, bo te dwa metry to i tak jest bardzo dużo – w końcu to ozdobny szal do noszenia w postaci raczej rozwieszonej niż zamotanej.

W zakresie opowieści o tym szalu to by było na tyle. Udało mi się zrobić kilka przyzwoitych zdjęć, zatem teraz czas na prezentację. Na marginesie dodam, że podziwiam wszystkie dziewiarki, którym przy obecnej pogodzie udaje się uchwycić nieliczne słoneczne chwile na fotografowanie swoich wyrobów; podziwiam również te, które potrafią zrobić ładne zdjęcia w warunkach ponurych. Mi do mistrzostwa w tej dziedzinie jeszcze daleko, a że nie znoszę używać lampy błyskowej, która moim zdaniem kradnie piękno z fotografowanego obiektu, to zdjęcia są jakie są – częściowo niedoświetlone. Zapraszam do oglądania.

Ale nie, jeszcze jedna ważna kwestia, o której nie godzi się nie wspomnieć: podziękowania dla Agnieszki Intensywnie Kreatywnej, która przygotowała kilka lat temu kurs tworzenia szala orenburskiego z tym konkretnym wzorem i sposobem dziergania brzegu. Ja wiem, że już dziękowałam i że odnośniki już były, ale widzicie, sama bym sobie nigdy w życiu takiego brzegu nie rozpisała. Moje pozostałe szale, te, które mają inne brzegi, powstają przy użyciu dużo mniej skomplikowanej, ale i mniej efektownej wizualnie metody. Tak więc Agnieszko, dziękuję Ci za kurs. A teraz zdjęcia.

DSC_0487

DSC_0490

DSC_0491
Ząbki w szalu są równe, tylko szal wisi niezupełnie równo

 

DSC_0512

DSC_0495
Czy zgodzicie się ze mną, że trudno się do takiego zdjęcia ustawić tak, żeby nie wyglądać, jakby się miało poważnie krzywy kręgosłup?

DSC_0500DSC_0499

DSC_0498
Tak tak, to jest nieostre, ale uważam, że takie zdjęcia w ruchu mają swój urok, pomijając, że mój Mąż zazwyczaj nie czeka z fotografowaniem, aż ja się ustawię i zastygnę w bezruchu albo aż wiatr na chwilę przestanie wiać

DSC_0501DSC_0504

DSC_0510DSC_0509

DSC_0506
To wygląda raczej na zdjęcie goździków niż szala, ale wyjątkowo mi się ten zestaw kolorystyczny spodobał

 

Dziergonomia stosowana

Na szybko, ale niezbyt krótko

Cisza zapadła, od dawna żadnych treści. Bardzo chciałam napisać kilka słów na początek Adwentu. Potem chciałam składać świąteczne życzenia, a wyszło na to, że w ogóle nie zdążyłam z niczym w tym galopującym grudniu. Na prezentację nie doczekały się dotąd dwie chusty i dwa szale. Są jeszcze skarpetki, ale to drobiazg. Wszystko przez to, że nie ma kiedy pisać. Jeśli już mam wolną chwilę do zagospodarowania, wybieram bezmyślny relaks, czyli dzierganie bez główkowania. Żeby tylko podziergać, bo skomplikowane prace, wymagające myślenia i obliczeń, to jest coś, na co nie mam czasu. Chęci – jak najbardziej, wprost marzę o jakimś swetrze, ale naprawdę nie mam dość czasu, żeby poświęcać go na rozmyślanie. Bardzo szkoda. Zatem teraz dziergam na szybko.

Najlepszą wiadomością z ostatniego miesiąca jest ta, że skończyłam szal orenburski według wzoru Russian Empire – to ten sam, który już dwa razy prezentowałam. Ten jest trzeci i chwilowo mam dość. Zauważyłam u siebie takie zjawisko, że po trzeciej sztuce wyrobionej według tego samego wzoru mam tego wzoru dość. Nie zmienia to jednak mojego uwielbienia dla cieniutkich szali, ani zamiłowania do dziergania szali orenburskich i wszelkich innych. Prezentacja szala nastąpi, kiedy poprawi się pogoda, ponieważ czekam z blokowaniem na słońce albo przynajmniej jasność wystarczającą do zrobienia przyzwoitych zdjęć. Albowiem szal będę blokować na ramie i tej ramie chcę też kilka zdjęć przy okazji zrobić. O samym szalu ileż można pisać, jeśli jest już trzeci taki sam? A o ramie napiszę bardzo chętnie i podejrzewam, że może się ona dla Was okazać większą atrakcją niż szal. Skąd to podejrzenie? Jakoś nie widuję na innych blogach ram do blokowania, więc wnoszę, że nie każdy taką ma, a odkąd ja mam swoją, poziom mojego szczęścia dziewiarskiego podniósł nie niemal do nieba. Niebo będzie wtedy, kiedy będę mogła ramę położyć na odpowiedniej wielkości stole. Choć może wcale nie będzie mi wtedy wygodniej blokować? No nie wiem, póki co nie sprawdzę, bo na taki stół się nie zanosi z uwagi na brak miejsca na dostępnej powierzchni mieszkalnej. 

Kiedy tylko skończyłam szal, dziergany na drutach nr 2 z cieniutkiej włóczki (bodajże 1300 m w 100 g), z dziką (słowo daję) radością rzuciłam się na włóczkę grubą, najgrubszą, jaką mam w zasobach, czy Tatrawool, wygraną w konkursie na Woolniej.pl. Pewnie już nikt o tym nie pamięta, więc przypomnę, że miałam z niej tworzyć kamizelkę dla Męża mego. To Mąż wybrał kolor (ciemna szarość) oraz grubość (podwójna). Bo gdyby o mnie chodziło, to kupiłabym same farbowane, których wielki wybór nie dawał mi spokoju przez długi czas, jako że musiałam się zdecydować na jedną, żeby nie przekroczyć zaplanowanego budżetu. Albo białą do samodzielnego farbowania. No i tak się właśnie ustala z ukochanymi… Po pół roku od tamtego zakupu, czy raczej nabytku, poprosiłam Męża o bliższe wytyczne dotyczące kamizelki (Mąż zawsze ma wytyczne, co mnie zwalnia z obmyślania, tylko czasem zmusza do kombinowania), na co usłyszałam, że właściwie to On ma w szafie tyle swetrów i naprawdę nie potrzebuje kolejnego odzienia wełnianego, że może bym coś dla siebie zrobiła? Wiecie, co sobie pomyślałam? To ja kilogram ciemnej szarej kupiłam… specjalnie na tę kamizelkę, bo tej grubości w tym kolorze nie było w pojedynczych motkach i musiałam wziąć cały kilogram… a mogłam mieć tyle… Ech, szkoda się truć. Powstrzymałam się przed skargą wygłoszoną wprost, w czym pomógł mi pomysł, który szczęśliwie szybko zaświtał mi w głowie: w takim razie będzie kocyk. Prosty, szybki, bez udziwnień. Nawiązując do tytułu dzisiejszego wpisu – na szybko. Tak też na szybko chciałam o tym napisać, ale wygląda na to, że tego nie potrafię, a prawda jest też taka, że nie chcę. Najwyżej będę pisać przez kilka dni. 

Kocyk jest w trakcie produkcji. Wytyczne ustaliłam następujące: rozmiar dziecięcy, bo na duży kilogram włóczki by nie wystarczył oraz – z tego samego powodu – niezbyt włóczkożerny wzór, w dodatku taki, żebym nie musiała go śledzić, tylko mogła dziergać z głowy i miała możliwość rzucić robótkę i wrócić do niej w każdej chwili i bez dumania. Ze dwa dni poświęciłam na wybór wzoru, ostatecznie decydując się na warkocze na całej powierzchni. Początkowo nie chciałam warkoczy, ale po zrobieniu kilku próbek różnymi ściegami, doszłam do wniosku, że warkocze będą najlepsze – kocyk będzie mięsisty, a włóczki na pewno wystarczy. A ja nie będę się wkurzać na wzór. Zobaczcie, jak to wygląda. Ja jestem usatysfakcjonowana bardzo.

DSC_0433
Warkoczowy wzór…

 

DSC_0434
…wspaniale mięsisty

 

No i co ja robię najlepszego? O kocyku chciałam pisać, kiedy już go skończę i będzie co pokazywać. Wrócę do tego, jak to zabrałam się z zapałem za najgrubszą posiadaną włóczkę i co z tego wyszło, gdyż sama się zdziwiłam. Do tej grubej włóczki wybrałam początkowo druty nr 4,5. Po kilku rzędach próbki zmieniłam na szóstki, które dostałam w prezencie od Ewy razem z zamówieniem mojej Tatrawool. Z szóstkami ścieg nie jest szczególnie zwarty, ale dzianina wychodzi miękka, a właśnie o to mi chodziło. Jeszcze się po praniu i blokowaniu gotowego kocyka okaże, czy to był na pewno najlepszy wybór, bo jednak co innego mała próbka, a co innego swoje ważący kocyk. W każdym razie, radośnie dziergałam na tych drutach nr 6 z tej grubej włóczki… no, radośnie to po jakimś czasie, kiedy się przyzwyczaiłam do samej włóczki, która jest wełną z polskich owiec, surową, nie zmiękczaną, a zatem z sobie tylko właściwym charakterem. Przyzwyczaiłam się dość szybko jak na mnie, za to niedługo potem stwierdziłam, że tak radykalna zmiana robótki – z cieniutkiego szala na dwójkach przecież dzierganego – nie za dobrze wpływa na moje samopoczucie, zwłaszcza w zakresie przyzwyczajania nadgarstków.

Tak się złożyło, że kiedy akurat mój zapał zaczynał opadać, moja Siostra napisała tzw. list do gwiazdki, w którym poprosiła o skarpetki z wełną w składzie. Czasu nie było dużo, więc na wszelki wypadek gwiazdka jedną parę kupiła, ale też natychmiast zabrała się za produkcję własnoręczną z wiśniowego (kolor nr 57) motka Alize Wool Superwash (75% wełny, 25% poliamidu). Włóczka ta ma 420 m w 100 g i w pierwszym odruchu dobrałam do niej druty nr 2,75. Och jakaż to była ulga dla moich dłoni! Przyznaję, że samą mnie zaskoczyło, że po wielkiej płachcie orenburskiego szala, mając ogromną potrzebę podziergania na grubych drutach, takim ukojeniem będą dla mnie druty znów dość cienkie. A nawet jeszcze cieńsze, ponieważ po kilku okrążeniach doszłam do wniosku, że 2,75 są za grube i zmieniłam na 2,25. I wtedy naprawdę poczułam się komfortowo 🙂 . Pomimo, że tak bardzo miałam dość dwójek, a w każdym razie wydawało mi się, że mam dość. No cóż, wygląda na to, że ja jednak lubię cienkie druty, a istotną rolę z dużą pewnością odegrała w tym wypadku grubość włóczki. To jednak co innego – przynajmniej w moim odczuciu – dziergać z cienizny, jaką jest szalowa Haapsalu, a co innego, kiedy włóczka jest trzy razy grubsza. Z grubszą jest mi wygodniej. Zastanawiam się natomiast, na ile ma znaczenie wzór: ażur w szalach, gładki w tych konkretnych skarpetkach. Pewnie ma, bo ja takimi cienkimi drutami notorycznie trafiam pomiędzy włókna, więc im grubsza włóczka, tym częściej trafiam. O ile przy dżerseju jest to tyci problem, o tyle w ażurach pewnie by mnie to trochę demobilizowało do pracy. Ech, te rozważania, można tak ciągnąć w nieskończoność i pewnie każdy dodałby coś od siebie. Swoją drogą, ciekawa jestem, czy moje odczucia znajdą u Was potwierdzenie. Kiedyś przeczytałam słowa dziewiarki, którą szczerze podziwiam, bo napisała, że nie robi jej różnicy, czy dzierga z Haapsalu, czy z grubszej włóczki. Mi robi różnicę. Bardzo lubię cieniutkie włóczki, ale wymagają one ode mnie więcej skupienia i to, wbrew pozorom, więcej nawet przy ściegach gładkich, niż przy ażurach. Dlatego jeśli już nabieram na druty cieniutkie nitki, to zdecydowanie wolę je przerabiać na ażury, niż na przykład dżersej. To dotyczy naprawdę cienkich włóczek, takich jak właśnie Haapsalu. Przy Lace Dropsa i innych około 800 m w 100 g nie ma to już dla mnie znaczenia. Koniec dywagacji.

Skarpetki skończyłam niemal w ostatniej chwili, także Siostra mogła je wyciągnąć spod choinki w należnym terminie. Żeby cel zrealizować, wybrałam zupełnie gładki wzór, z jednym tylko cienkim warkoczykiem 2×2 na tle samych prawych oczek. Oczka warkoczyka robiłam jako przekręcone. Oczka górnego ściągacza zamykałam po włosku. Sposób dziergania skarpetek zaczerpnęłam jak zwykle z moich ulubionych Tara Socks Janneke Maat. Bardzo proszę, oto szybkie skarpetki w kolorze czerwonego wina (mój Mąż stwierdził, że w gotowych skarpetkach ten kolor jest wyjątkowo efektowny), który tutaj odbiega od pięknej rzeczywistości. Siostro kochana, bardzo Ci dziękuję za wykonanie i przesłanie mi tych zdjęć, które ogromnie mi się podobają (od razu widać, że to nie ja robiłam, prawda?) (skarpetki bez nogi w środku nie trzymają formy, gdyż są jeszcze przed praniem).

Teraz jakoś przyjemniej dzierga mi się kocyk, do którego wróciłam po skarpetkowej przerwie. Może to nie była potrzeba radykalnej zmiany grubości drutów i włóczki, gdyż zmiana stopniowa znacznie bardziej mi tym razem pasowała. I już ani druty nr 6, ani gruba wełna nie są dla mnie żadnym problemem. Tylko ciężko zaczyna się robić (kiedy ja ostatnio dźwigałam na drutach pół kilo robótki?), ale to przynajmniej znak, że robótki przybywa i jaki grzejniczek mam na kolanach!

Na koniec chcę Wam pokazać zjawisko, które zaskoczyło mnie któregoś dnia tuż po Świętach Bożego Narodzenia, a może by mnie zaskoczyło już na Święta, ale nie zauważyłam go wcześniej. Na moim stareńkim sukulencie o niezbyt ładnej nazwie „grubosz”, zwanym też drzewkiem szczęścia, pojawił się kwiatuszek! Nigdy wcześniej żaden z moich gruboszy nie kwitł, a ja nie przypuszczałam, że to w ogóle jest możliwe. Potraktowałam to jako świąteczny cud. Mąż zapytał, czy już go zapyliłam przy pomocy pędzelka. No nie, nie wpadłam na to, ale przemyślę. A malutki kwiatuszek wygląda tak:

DSC_0437

I to by było tyle na dzisiaj. Niezależnie od tego, ile z Was to wszystko przeczyta, bardzo mnie podniosła na duchu możliwość ponownego wirtualnego spotkania z Wami i wygadania się w tym pisemnym monologu (czy jest na to jakaś profesjonalna nazwa?). Na pewno nie jest jeszcze za późno, by życzyć Wam nie tylko pięknego i dobrego Nowego Roku, ale i tego, by radość dopiero co minionych Świąt Bożego Narodzenia, pozostała w Waszych sercach jak najdłużej. Niech zatem Wszystkich Wam niosą one tę samą miłość i nadzieję.

Dziergonomia stosowana

Szal na motywach Something Borrowed, czyli prawie jak orenburski

Prawdę powiedziawszy (a raczej napisawszy), dzisiejszy wpis miał być prezentacją szala i jednocześnie instrukcją wykonania, jednak tak bardzo się rozpisałam na temat produkcji, że postanowiłam podzielić temat na dwa wpisy, ponieważ jeszcze mnie trochę z tą instrukcją zejdzie. Ale powstaje i mam taki plan, żeby na jej podstawie można było zrozumieć konstrukcję i samodzielnie zaprojektować własny szal. Dzisiaj zatem napiszę tylko o tym jednym, który wytworzyłam ostatnio.

DSC_0422

Moim celem było stworzenie pięknego szala na wyjątkowy prezent. Kupiłam na ten cel wspaniałą włóczkę Lace Drops (odsyłacz prowadzi do sklepu, w którym ją kupiłam) w kolorze naturalnym (0100). Być może u kogoś, kto kocha ażurowe szale, zapasy tej włóczki powinny zalegać we wszystkich szafach, ale u mnie tak nie jest – dziergałam z niej po raz pierwszy. W sumie to nie wiem dlaczego, może trochę z przekory, że skoro wszyscy robią szale z Lace’a, to ja nie będę… To w każdym razie nie był dobry trop, ponieważ już teraz mogę powiedzieć, że włóczka mi bardzo odpowiada. Biorąc pod uwagę moje upodobania, brakuje jej tylko jednego – elastyczności, takiej choćby minimalnej, która znacznie ułatwia przerabianie oczek. Za dużo elastyczności to też nie dobrze, gdyż moje bardzo elastyczne oczka zjeżdżają z drutów z wielką łatwością, a połapać je później jest wielką trudnością. Jednak lubię, kiedy oczko podczas przerabiania troszkę się naciąga, a z Lace’m to nie takie proste. Nie wiem, czy ktokolwiek potwierdzi to moje wrażenie, ale mi tego właśnie brakowało. Zrobiłam z Lace’a jeszcze jeden szal (o nim napiszę innym razem), na grubszych drutach i w takim układzie było mi jeszcze trudniej przerabiać oczka. Mimo to, uważam włóczkę za bardzo dobrą, na szale i chusty doskonałą, na dodatek świetnie się blokującą. I jest tak milutka, jak tylko można sobie zamarzyć. 

Kupiłam więc te milutkie motki i właściwie bez dłuższych przemyśleń wiedziałam, co konkretnie z nich powstanie: szal na motywach Something Borrowed. Z tym, że postanowiłam go przerobić. Po pierwsze: żeby był szerszy, ale bez zwiększania liczby rombów. W moim odczuciu przy więcej niż trzech rombach na szerokość szal jest po prostu szalikiem w kratkę, a to mi się nie podoba i nie wygląda tak elegancko, jak było mi to potrzebne. Od początku nie miałam wątpliwości, jak to zrobić: poprzez dodanie ozdobnego brzegu oczywiście. Skoro już się tego nauczyłam i skoro wiem, że to wcale nie jest trudne, a wymaga jedynie wykonania obliczeń (o których napiszę przy okazji obiecanej instrukcji), to uznałam, że właśnie tę metodę i zdobyte umiejętności koniecznie trzeba wykorzystać. Poza tym dużo bardziej podobają mi się szale z borderem dookoła, niż tylko z ozdobnym początkiem i końcem. To była pierwsza zmiana w stosunku do wzoru autorstwa Kathy Lang. Po drugie: zrezygnowałam z koralików i bąbelków ze względu na Osobę, dla której szal miał powstać – byłam prawie zupełnie pewna, że takie ozdoby nie przypadną Jej do gustu. To bardzo skromna dziewczyna i nie wyobrażam sobie, by się w coś takiego ubrała z własnej woli (a może mnie kiedyś zaskoczy, kto wie). Po trzecie: skoro już pozbyłam się koralików i nupków, postanowiłam zrobić szal dwustronny, czyli tak jak w szalach orenburskich – przerabiać wszystkie rzędy na prawo. Możliwość noszenia szala bez kontrolowania, która strona jest prawa, a która lewa, jest bez dwóch zdań bardzo pożyteczna.

To, nad czym się najdłużej zastanawiałam, to czy dodawać przed motywem rombów i po nim jakieś inne detale, jak w szalu dla małej księżniczki. Nade wszystko jednak nie chciałam zrobić drugiego takiego samego szala (wyszło mi, że brzeg będzie ten sam), na inne motywy nie mogłam się zdecydować (gdybym miała kilka tygodni więcej 🙂 pewnie bym coś wybrała), toteż postanowiłam pozostać przy tych pięknych rombach (ja uwielbiam ten motyw i nawet po tym szalu jeszcze mi się nie znudził). Drugi element, nad którym długo myślałam, to właśnie wspomniany brzeg. Szukałam w moich zasobach oraz w internecie wzoru jakiegoś innego, szerszego, niż ten, który w końcu wybrałam, ale nie znalazłam żadnego lepiej pasującego, takiego, który by mi się podobał, a jednocześnie nie przytłoczył centralnej części szala – to romby miały odgrywać główną rolę! Wobec tego wybrałam znany mi już z Ardrum Scarf brzeg, który jest delikatny, bardzo ładny i nienachalny. Nie wiem kto ten wzór wymyślił, ale wydaje mi się, że widywałam go już w szalach orenburskich (a może szetlandzkich?). Mogę się mylić, w każdym razie rozpisany znalazłam tylko w Ardrum.

DSC_0433

Tworzenie tego szala było wielką przyjemnością i to z kilku względów. Po pierwsze: Przyjaciółka, dla której go robiłam i o której przy tym sobie myślałam. Po drugie: ta włóczka, naprawdę miła we współpracy. Po trzecie: śliczny (moim zdaniem) wzór, który sobie wybrałam. I wreszcie po czwarte: ta konstrukcja z borderem dookoła (im wyższy stopień komplikacji, tym większe wyzwanie). Wszystko to złożyło się na dzierganie szybkie i radosne. Po kilku dniach od rozpoczęcia pracy szal był ukończony, tylko trochę się naczekał na blokowanie, do którego jak zawsze musiałam nieco przemeblować pokój (poza tym czekałam na ramę do blokowania, ale z tym nie wyszło).

Jak łatwo policzyć ze zdjęcia (ale kto by liczył!), planując długość szala zdecydowałam się na 11 powtórzeń motywu rombów. To tyle, ile proponuje autorka wzoru Something Borrowed, wobec czego spodziewałam się więc uzyskać podobną długość szala, czyli około 180 cm. Mógł wyjść nieco krótszy, ponieważ dziergałam na cieńszych drutach – na 3,25. Ponadto mój brzeg jest nieco węższy, niż u Kathy. Dzięki temu wszystkiemu ukończony szal zmieścił się do blokowania na jednej karimacie 🙂 . Ma 166 cm długości i 50 cm szerokości. Przyznaję, że podczas blokowania starałam się go bardziej poszerzyć, niż wydłużyć. Zależało mi na szerokości powyżej 40 cm. Teraz jest moim zdaniem w sam raz. Zużyłam na niego 70 g włóczki. 

Na koniec – sesja zdjęciowa:

DSC_0425

DSC_0432

DSC_0431

DSC_0468

DSC_0466

DSC_0462

DSC_0461

DSC_0465

DSC_0436

Pięknego dnia!

 

Dziergonomia stosowana

[spektakularny tytuł] Szal orenburski

Zastanawiałam się, jaki by tu niezwykły tytuł nadać dzisiejszemu wpisowi, ale jedyne, co mi przyszło do głowy to… „Imperium atakuje”. Ma się to nijak do delikatnej materii, jaka jest treścią, a ponadto mogłoby wywołać nieodpowiednie skojarzenia natury politycznej. A przecież chodzi tylko o nazwę szala: Russian Empire. Zostanę więc przy najbardziej prostym z możliwych, bo przecież chodzi o szal orenburski.

DSC_0034

To był ten większy projekt, podczas którego robiłam sobie przerwy na inne robótki. Kiedy sobie wspomnę, ile czasu powstawał mój pierwszy orenburski szal (przypomnę: półtora roku), sama nie mogę się nadziwić, że tym razem poszło tak sprawnie – około półtora miesiąca, nawet trochę mniej. Szal dziergałam w lipcu i sierpniu. Przerwę zrobiłam sobie mniej więcej w połowie pracy, wtedy bowiem zaczął mi się mylić wzór, poprawki (czytaj: prucie) obejmowały coraz większe fragmenty, a oczka wykazywały tendencje do zjeżdżania z drutów. Tak więc doszłam do wniosku, że konieczna jest krótka przerwa. Krótka – żeby mi rytm, w który już zdążyłam wpaść nie uleciał zupełnie. Bo ten szal dziergało mi się cudownie (pomijając to przesilenie), dość szybko pomimo cienkiej nitki (Haapsalu od Midary) i cienkich drutów (nr 2). Co więcej, po zmianie drutów na grubsze przy innej robótce jakoś nie mogłam sobie poradzić, tak się do tych, jak to wiele osób nazywa, wykałaczek przyzwyczaiłam. 

DSC_0043

Na temat samego szala nie ma się co specjalnie rozpisywać, wymienię tylko to, co najważniejsze. Po pierwsze, powstał na podstawie wzoru Russian Empire, którego autorką jest Russian Lily. Powstał przy pomocy kursu stworzonego przez Intensywnie Kreatywną (po raz kolejny oglądałam niektóre filmy, chociaż tym razem już wystarczyły mi fragmenty). I nie wiem, czy nie najważniejsze: zrobiłam ten szal dzięki kochanej osobie, która zapragnęła taki mieć dla siebie, po tym jak zobaczyła mój. Ja się z zamówienia bardzo ucieszyłam, bo tworzenie tego szala to wielka przyjemność (była, jest i będzie) i od razu wyraziłam gotowość zabrania się do pracy. Dopiero po chwili przypomniałam sobie, ile czasu zajęło mi dzierganie mojego, ale przecież to było dawno, poza tym miałam ostatnio znacznie więcej czasu na robótki. Jak to miło pracować nad czymś, jeśli się całym sercem do pracy człowiek garnie. Nie wiem nawet, jakich by słów użyć, żeby były adekwatne do radości, jaką ja miałam dzięki temu szalowi. Po raz kolejny napiszę: uwielbiam cienkie włóczki i dodam jeszcze, że również cienkie druty. O niegasnącej miłości do ażurowych wzorów nie wspominając.

DSC_0051

To właściwie wszystko. Nie było po drodze żadnych dramatów ani komplikacji, które mogłabym opisać, tak dobrze mi się pracowało. Tylko jeszcze szczegóły robocze: włóczka to Haapsalu Shawl Yarn od Midary (100% wełna merino, 1400 m w 100 g), kolor 030; zużyłam 110 g na drutach nr 2. Starałam się dziergać ścisło, żeby oczka były równe, co zaowocowało wymiarami szala 64 x 183 cm.

I przypomniał mi się jeszcze jeden szczegół, który korzystnie wpłynął na tempo mojej pracy nad szalem. Otóż ja wolę schematy, dlatego rozrysowałam sobie przygotowany przez Intensywnie Kreatywną opis słowny brzegu szala, zostawiając na kartce po jego prawej stronie miejsce na odhaczanie rzędów części głównej szala, których jest blisko 800. Obok każdej linijki w schemacie wpisywałam sobie kolejno, który rząd przerabiam i dzięki temu łatwo było mi się połapać i nie pogubić pomiędzy brzegiem a szalem, którego schemat miałam wydrukowany na osobnej kartce. Tej metody używałam już wcześniej przy innych pracach i w moim przypadku sprawdza się ona doskonale.

Na tym kończę, pozostawiając Was z efektami mojego dalszego zapoznawania się z nowym sprzętem do fotografowania.

DSC_0065
Szal widziany od jednego końca
DSC_0055
i od drugiego
DSC_0063
od lewej strony
DSC_0045
i od prawej
DSC_0059
w całości w poziomie

A dalej w mniejszych lub większych fragmentach:

DSC_0052DSC_0063DSC_0066DSC_0036DSC_0037DSC_0038DSC_0039DSC_0040Bez nazwy 1

Pięknego dnia!

Dziergonomia stosowana

Koronkowe życzenie

Wspominałam ostatnio, że tworzę coś, co bardzo mnie cieszy i to będzie niespodzianka. Na załączonej fotografii widać było tyle, że włóczka to Haapsalu od Midary i że będzie ażurowo. I jest. Skończyłam, zablokowałam, oddałam we właściwe ręce.

IMG_9122.JPG

A było to tak…

Podczas rodzinnej uroczystości pod koniec maja pewna młoda dama, lat 7 i jedna czwarta, zobaczyła mój orenburski szal, w który byłam przystrojona. Zachwyciła się nim natychmiast, dotykała, przykładała do swojej małej postaci i, jak się to mówi, nie posiadała się z zachwytu nad ilością delikatnej koronki. Spojrzała na mnie i poprosiła: „uszyjesz mi taki?”. Cóż, takiej prośbie, popartej takim zachwytem i jednocześnie pragnieniem, jakie ja wyraźnie widziałam w jej oczach, oprzeć się po prostu nie da. Obiecałam, że uszyję, to znaczy zrobię, rzecz jasna, na drutach. Chciała taki sam, zgodziła się oczywiście na rozmiarem dostosowany do siebie (mój jest wielki), ale żeby był cały taki koronkowy i z tej samej włóczki, w tym samym kolorze. Przyznam, że ta prośba zaskoczyła mnie, choć znam tę dziewczynkę na tyle dobrze, że mogłam się spodziewać, że prędzej spodoba się jej koronkowy szal, niż lalka typu barbie lub świecące tenisówki (o młotku i gwoździach nie wspominając – to nie jest żart, ja w jej wieku miałam przy łóżku jako dyżurną zabawkę pożyczony od Taty mały młotek, kilka deseczek i gwózdki, z których z wielkim upodobaniem zbijałam różne rzeczy, a Tatuś mój kochany zaprenumerował mi najlepsze w moim ówczesnym świecie pisemko dla dzieci p.t. „ABC techniki”).

Powróciwszy do własnego domu, wyciągnęłam z pudła z włóczkami Haapsalu, która została mi po moim orenburskim szalu, oceniłam jej ilość jako wystarczającą i zaczęłam szukać wzoru. Miałam wprawdzie pomysł, by wykorzystać Russian Empire, jednak szybko zrezygnowałam z jego pomniejszania (i z niego w ogóle), bo przy tej ilości oczek, jakie miałam w planie, zostałaby tylko jakaś marna namiastka pięknego ażuru. Sporo czasu zajęło mi to szukanie, jak to zwykle u mnie bywa, aż w końcu postanowiłam samodzielnie sklecić coś, co mi będzie pasowało do skromnej wielkości szala. Piszę „sklecić”, ponieważ poza dwoma elementami nie wymyślałam wzorów sama. I tak: ozdobny brzeg szala łącznie ze sposobem jego tworzenia pożyczyłam z szala Ardrum Scarf (jeszcze nie opanowałam samodzielnego dostosowywania schematów brzegów do takiego sposobu tworzenia rogów, jakiego uczyła Intensywnie Kreatywna w swoim orenburskim kursie); dwa wąskie paski ażuru, te najbliżej górnej i dolnej krawędzi, rozrysowałam sobie sama, bo jednak bardzo chciałam tam coś swojego dodać; trzeci pasek – ten najbliższy części środkowej – to pomniejszona wersja choineczek (czy cokolwiek to jest), które stanowią środki rombów wspomnianej środkowej części. Tu następuje kropka, bo ileż można średników wrzucić do jednego zdania. Ażurowe paski rozdzieliłam rzędami zwyczajnej sekwencji: narzut, dwa oczka przerabiane razem. Część środkowa i zasadnicza szala to romby, pochodzące z kolekcji wzorów estońskich. Tym samym (i coś mi się zdaje, że również sposobem tworzenia brzegu) zaprzepaściłam orenburski charakter szala, nadając mu cechy estońskiego. Inna sprawa, że oczka przerabiałam konsekwentnie tak, jak to ma miejsce w szalach orenburskich, a i same romby nieco w tym celu zmodyfikowałam. Wszystkie rzędy są zatem przerabiane na prawo, dzięki czemu szal jest dwustronny. Wszystkie oczka po dwa i trzy razem są przerabiane jako przekręcone, bez układania i zmiany kolejności, czyli po prostu tak, jak leżą na drutach, tak są zebrane razem (u mnie leżały prawą nóżką do przodu, drut wbijałam w nie od prawej do lewej, zbierając je za tyle nóżki – nie umiem tego bardziej zrozumiale opisać). We wzorze rombów nie robiłam bąbli, zwanych też nupkami, gdyż wydaje mi się, że w orenburskich szalach bąble nie występują (jeśli się mylę, bardzo proszę o pouczenie), zamiast nich przerabiając zwykłe prawe oczka.

Sama nie wiem, do jakiej kategorii ten szal zakwalifikować, ale jakie to ma znaczenie? Jest koronkowy, odpowiedniej wielkości, ku własnemu zdziwieniu memu powstał dosłownie w półtora tygodnia (po czym ze dwa czekał łaskawie na zblokowanie…). Przekazałam go Mamie tej młodej damy, od której cała historia wzięła początek, a kilka dni później nowa właścicielka dostała go w swoje ręce. Z relacji wiem, że się tak bardzo ucieszyła, że trudno to wyrazić słowami. Przymierzała przed lustrem i nawet chciała zabrać wychodząc na podwórko, ale to, jak również spożywanie obiadu z szalem na ramionach, zostało jej wyperswadowane. Dla mnie to chyba jeszcze większa radość – z dorosłymi jest jednak inaczej, natomiast dziecku sprawić taką uciechę – to szczególne przeżycie.

Teraz nastąpi sesja zdjęciowa, a po niej ciąg dalszy.

aIMG_9118IMG_9124

aIMG_9114
Blokowanie nie wyszło mi idealnie, wszystko przez pośpiech

aIMG_9129aIMG_9130aIMG_9119aIMG_9141

aIMG_9144
Przez obrączkę przechodzi 🙂

Na wypadek, gdyby ktoś pomyślał, że w wykonaniu takiego szala jest jakaś trudność, chciałabym temu zaprzeczyć, a na dowód rozpiszę krok po kroku, jak szal robiłam. Miejcie tylko proszę na uwadze, że to jest nieduży szal, po zablokowaniu ma 40 x 132 cm. Z nieco grubszej włóczki i na grubszych drutach na pewno wyjdzie większy. No i masz ci los! Nie zapisałam sobie, jakich drutów używałam i teraz nie pamiętam na pewno, ale wydaje mi się, że 2,25. O ile dobrze pamiętam, zużyłam 37 g Haapsalu, czyli malutko.

Szal zaczyna się od ozdobnego brzegu, który powstał według opisu wspomnianego już Ardrum Scarf, do którego Was odsyłam w kwestii instrukcji, z tym, że ja potrzebowałam mieć na środku 55 oczek, dlatego przerobiłam 10 powtórzeń schematu. Każde powtórzenie to 16 rzędów, czyli 8 oczek do nabrania na zasadniczą część szala. To daje w sumie 80 oczek, jednak tutaj nie nabiera się wszystkich oczek z brzegu – w rogach szala brzeg ma zakręcać, zatem tych oczek nabiera się mniej. Autorka wzoru dokładnie to opisała. Co moim zdaniem ułatwi pracę, to nabranie początkowych 12 oczek nie metodą zaproponowaną przez autorkę, ale na prowizoryczny łańcuszek – łatwiej potem przełożyć je na drut.

Po przerobieniu dziesięciu powtórzeń schematu brzegowego, nabrałam 56 oczek na brzegu szala (3×4 oczka, 4×8 oczek i znów 3×4 oczka), co jest bardzo bliskie zamierzonych 55. Tego nadmiarowego nie odjęłam – zostawiłam je po lewej stronie części głównej. To jest jednak widoczne w gotowym szalu i być może na drugi raz odjęłabym to oczko w kolejnym rzędzie, a potem sobie je dodała przed przystąpieniem do dziergania górnego brzegu szala.

To był mój pierwszy rząd zasadniczej części szala. Dalej będę pisać tak, jak powinno być, a nie jak ja zrobiłam, ponieważ u mnie na samym końcu szala trzeba było dorobić cztery rzędy prawych oczek, żeby dopasować się do ozdobnego brzegu, a spokojnie mogłam dwa z nich dodać na początku i wówczas rozkład wzorów byłby równomierny (ale sobie tego nie przeliczyłam na początku pracy). W poniższej instrukcji nadmiarowe rzędy rozłożone są równomiernie. Środkowa część szala liczy 56 oczek (jak u mnie).

Zapomniałam napisać, że należy kontynuować ozdobny brzeg, z tym, że na początku rzędów przerabiamy oczka w odwrotnej kolejności, niż na końcu (te przerabiamy tak, jak wcześniej). Można to sobie podejrzeć w opisie szala Ardrum Scarf, gdyż autorka rozpisała to bardzo dokładnie. A teraz wracam do mojego środka.

Rz. 2-6: wszystkie oczka prawe

Rząd 7: oczko prawe, (dwa razem, narzut) – zawartość nawiasu do końca, na końcu oczko prawe

Rz. 8-12: wszystkie oczka prawe

Rz. 13-22 według schematu 1:

Schemat 1

Rz. 23-26: wszystkie oczka prawe

Rz. 27: jak rz. 7

Rz. 28-32: wszystkie oczka prawe

Rz. 33-40 według schematu 2:

Schemat 2.jpg

Rz. 41-44: wszystkie oczka prawe

Rz. 45: jak rz. 7

Rz. 46-50: wszystkie oczka prawe

Rz. 51-60 według schematu 3:

Schemat 3.jpg

Rz. 61-64: wszystkie oczka prawe

Rz. 65: jak rz. 7

Rz. 66-70: wszystkie oczka prawe

W kolejnym rzędzie rozpoczynamy schemat 4, czyli romby. Przerysowałam go do takiej postaci, w jakiej ja go przerabiałam:

Schemat 4.jpg

Schemat rombów przerabiałam 3 razy na szerokość i 9 razy na wysokość. W ten sposób dochodzi się do rz. 394. Oczywiście można wykonać więcej powtórzeń. W przypadku dziwięciu, dalej przerabiamy następująco (odbicie początku):

Rz. 395-398: wszystkie oczka prawe

Rz. 399: jak rz. 7

Rz. 400-404: wszystkie oczka prawe

Rz. 405-414 według schematu 3 (= Rz. 51-60)

Rz. 415-418: wszystkie oczka prawe

Rz. 419: jak rz. 7

Rz. 420-424: wszystkie oczka prawe

Rz. 425-432 według schematu 5:

Schemat 5.jpg

Rz. 433-436: wszystkie oczka prawe

Rz. 437: jak rz. 7

Rz. 438-442: wszystkie oczka prawe

Rz. 443-452 według schematu 1 (= Rz. 13-22 )

Rz. 453-456: wszystkie oczka prawe

Rz. 457: jak rz. 7

Rz. 458-464: wszystkie oczka prawe

Na tym koniec części środkowej i powinno się to zgodzić z ostatnim rzędem schematu ozdobnego brzegu. W następnej kolejności należy dorobić górny brzeg – zgodnie z instrukcją w opisie szala Ardrum Scarf. U mnie wyszło to tak, że przy trzech pierwszych powtórzeniach schematu brzegowego przerabiałam ostatnie oczko brzegu z jednym oczkiem części środkowej szala (jako 2 razem) w co 4. rzędzie. Przy kolejnych czterech powtórzeniach – w co 2. rzędzie i w ostatnich trzech – znów w co 4. rzędzie. Oczka, które pozostały na drucie trzeba połączyć z tymi z lewego brzegu szala. Ja łączyłam graftingiem, ale jeśli ktoś nie lubi, może je po prostu zszyć (u mnie grafting jest bardziej estetyczny, niż szycie).

Ufff, to koniec. Tylko namoczyć i zablokować. Mam nadzieję, że niczego nie poplątałam, gdyby jednak coś było niezrozumiałe, piszcie proszę w komentarzach pod tym wpisem.

Na sam koniec chciałabym wyrazić swoje uwielbienie dla cienkich włóczek. Kocham cienkie włóczki i Haapsalu Midary jest wśród nich 🙂 .

Pięknego dnia!