Dziergonomia stosowana

Roboty drogowe, czyli robótki na czas podróży

Istnieje co najmniej kilka rodzajów robótek, które można zabrać w podróż, co najmniej kilka, które ja mam zwyczaj zabierać. Mam tu na myśli tylko czas przejazdu różnorodnymi środkami transportu, a nie całe wycieczki łącznie z pobytem gdziekolwiek.

Po pierwsze i najłatwiejsze – doskonałe są robótki nie wymagające żadnych schematów, zapisków, kartek, ołówków, ani innych przedmiotów, które mogłyby przeszkadzać. Takie na przykład skarpetki, jeśli się już opanuje na pamięć kolejność wykonywanych czynności.

IMG_9070.JPG

Opanowaniu temu dobrze służy wydzierganie dwóch lub trzech par jedna po drugiej, choć oczywiście można się też nauczyć na pamięć. Jedyny problem odnośnie skarpetek dotyczy rozmiaru, a zatem, jeśli dziergamy dla siebie trzeba w tej podróży znaleźć moment na przymierzenie, a jak wiadomo uwalnianie stóp z obuwia w środkach komunikacji zbiorowej do czynności mile widzianych nie należy. O ile nie jedziemy transportem nie posiadającym toalety, sytuacja nie jest bez wyjścia. Poza tym można sobie na drogę zabrać jakiś przyrząd mierniczy (to już jest niestety dodatkowy grat lub gracik, w zależności, czym dysponujemy). W każdym razie skarpetki należą do tych robótek, które u mnie jako zajęcie podróżne się pojawiają. A przyrządem mierniczym jest… telefon, bo jego długość odpowiada tej, od której zaczynam wyrabianie pięty. Ach, zapomniałabym – warunek dziergania skarpetek w podróży to praca na drutach z żyłką. Przy pięciu skarpetkowych komfort nasz oraz współpasażerów spada poniżej poziomu opłacalności wyciągania robótki z bagażu, a przyznacie, że nie ma w tej materii nic bardziej frustrującego niż mieć przy sobie coś do dziergania i nie móc z tego skorzystać.

Moje kamelowe skarpetki (co to za kolor, jeśli nie kamel, niech mi kto powie) powstały z milutkiej włóczki akrylowej na drutach nr 2,75. Powstały z głowy, łącznie z elementem ażurowym. Ażur był tak prosty, że nie zapisałam sekwencji oczek, a mimo to powtórzyłam go trzy razy na wysokość – normalnie natchnienie jakieś mnie naszło i w dodatku mi wyszło. Wystarczył jeden motek 50 g.

IMG_9082
Tak wygląda wzmocniona pięta
IMG_9081
One są równe, tylko ja nie umiem równo założyć skarpetek
IMG_9068
Suszenie na słońcu

Kolejnym przykładem są wszelkie nieskomplikowane szaliki, czapki – słowem wszystko to, co można dziergać bez spoglądania w schemat. Ale ileż można tworzyć prostych szalików i czapek! Do nich mam mniej cierpliwości, jeśli nie posiadają elementów ozdobnych i przyznaję, że rzadko się za nie zabieram. Chyba, że mam do dyspozycji ciekawą włóczkę – wówczas nawet szalik ściegiem francuskim może być wciągający. Taki jeden mam właśnie w trakcie, ale jego ukończenie będzie wymagało jeszcze kilku godzin.

Jeśli warunki są sprzyjające, kiedy na przykład jadę pociągiem w wagonie bezprzedziałowym (tam są półeczki przy siedzeniach), albo kiedy – och cudowna okoliczności – nikt obok mnie nie siedzi, wtedy mogę sobie rozłożyć schemat i tylko trzeba się zastanowić, czy nie jest tak rozbudowany, że od samego spoglądania połączonego z poruszaniem się pojazdu nie dostanę oczopląsu. Od oczopląsu boli głowa, a tego wyjątkowo nie znoszę. Są w każdym razie takie robótki, które dobrze się tworzy w podróży nawet ze schematem. W moim przypadku ostatnio był to malutki kocyk na motywach szala Tibetan Clouds. Schemat sam w sobie prościutki i szybki do zapamiętania nie jest, ale ja już dwa szale według niego wydziergałam, korzystałam też co najmniej raz ze środkowego motywu w innym projekcie, toteż tybetańskie chmury nie są mi obce; ponadto zrezygnowałam z koralików – gdzie koralikom do grubej włóczki! Schemat, rzecz jasna, był mi potrzebny, ale nie szukałam w nim obsesyjnie każdego oczka, więc praca szła szybko. Zwłaszcza, że włóczka była dość gruba, druty bodajże nr 4,5, a kocyk zaplanowany malutki, dzięki czemu na całość wystarczył środkowy motyw z oryginalnego wzoru. Inna sprawa, że gdybym miała tej włóczki trochę więcej, dorobiłabym jeszcze kawałek, a tak – kocyczuś (bo jakże to inaczej nazwać?) ma ledwo 65 x 65 cm, tak mniej więcej. O rozciągnięciu przy blokowaniu w przypadku akrylu można zapomnieć, jak wiadomo (a ja i tak próbowałam!), ale że nawet żelazkiem nic nie wskórałam… no trudno. Miałam wielką chęć wydziergać kocyk, to wydziergałam. Już planuję kolejny w bardziej przyzwoitym rozmiarze, innym wzorem (bo ileż można tym samym), ale jeszcze nie wiem z jakiej włóczki.

IMG_9053
Próba blokowania (na nic się nie zdała)

IMG_9085

IMG_9086
Bardzo lubię ten wzór

AKTUALIZACJA z dnia 27 lutego 2019 r. (a powinna być jakieś pół roku wcześniej):

dorobiłam kocykowi brzeg z innej włóczki w kolorze określonym jako biały, a w rzeczywistości bliższym mlecznemu, co powoduje, że brzeg odróżnia się od reszty kocyka. Nic nie szkodzi. Tak pozostanie. Przynajmniej się brzegi, szydełkiem obrobione, nie wywijają. Teraz kocyk wygląda tak:

DSC_0966
sam brzeg
DSC_0480
cały kocyk (niepiękne to zdjęcie, wiem o tym)

KONIEC AKTUALIZACJI

Na prezentację czeka jeszcze sweter, ale przy obecnej temperaturze za oknem odechciewa mi się fotografowania go. Nawet niekoniecznie na sobie, ale w ogóle, jest bowiem wybitnie grzejący. Niech poleży, nabierze mocy urzędowej.

A tymczasem z nieskrywaną radością, tak szczerą, że aż się podzielę, choć rzadko to robię, na mych drutach powstaje coś, co mam nadzieję będzie śliczne, bo powstaje dla… nie, tego nie wyjawię. Dla mnie samej ta prośba o wykonanie była zaskoczeniem, to dla Was niech pozostanie niespodzianką 🙂 . A ja się cieszę i wzruszam, kiedy patrzę, co mi na tych drutach powstaje.

IMG_9092.JPG

Pięknego dnia!